Wędrówki:

Zakładki dotyczące wędrówek, są rozszerzone i znajdują się po prawej stronie bloga.

"Odpowiadam za to co powiedziałam, nie za to co zrozumiałeś."

11 października 2020

Krzaki, w których żyję.

 "Zawsze silniejszy jest ten kto się uśmiecha
niż ten kto się wścieka"
– jakiś Japończyk


październik, 2020

Ostatnio wspomniałam Wam, że mieszkam w cudzych krzakach. Pora to wyjaśnić: otóż rozróżniam dwa miejsca zamieszkania – w mieście i poza miastem. W mieście najwięcej jest betonu, poza miastem krzaków. Niektórzy ludzie mawiają o jakimś zadupiu, ale nie będziemy przecież wulgarni.
   A dlaczego w cudzych? Można powiedzieć, że jesteśmy z mężem bezdomni i aktualnie czekamy na cudowne sprzężenie naszych losów aby znaleźć się na swoim. Czyli jesteśmy domni i najedzeni, ale jednak nie możemy mówić, że mamy dom. Wzmacniamy szeregi licznych rodzin wynajmujących, z tym że my raczej pożyczamy. Od rodziny. Uczucie bardzo podobne, bo wiesz, że dbasz dla kogoś i raczej się nie chce.


Ogólnie krzaki są fajne.

Byłam już w bardzo wielu krzakach i zawsze świetnie w nich wypoczywałam. Do tej pory preferuję wakacje w krzakach, nie interesują mnie gwiazdki ani obsługa. Jakby było trzeba, mogę nawet sama sobie drewna narąbać.
   Dawno temu zasłynęłam z tego, że na wakacje pogarszam sobie warunki. Chodzi o to, że jako mieszkaniec wielkiego miasta, nie tylko jechałam w krzaki, ale krótko mówiąc, fundowałam sobie zatyrkę i brudzenie się. A to pomagałam w stajni (przeważnie w zamian za jazdę, albo po prostu dla frajdy), a to łowiłam ryby (czyste to hobby nie jest), a to łaziłam po chaszczach za grzybami albo jeleniami o 4 rano – ogólnie różne rzeczy się robiło, na co przeciętna Karyna nie zgodziłaby się za żadne skarby.
   Toteż ogólnie lubię krzaki i zamierzam wybierać tę formę wypoczynku do końca życia.

Do nabycia paleniska, zainspirowały nas ostatnie wakacje w mazurskich krzakach.


Te "nasze" krzaki.

Jest las (grzybki są i mam wreszcie gdzie chodzić na jogging, bowiem sezon już otwarty), mini-łąka (naprawdę tyci, tuż za płotem) i trochę dalej pola uprawne. Nie ma żadnych dostępnych jeziorek nad czym ubolewam. Kiedyś było takie miejsce (łącznie z kąpieliskiem) pod zacną nazwą Zgniłe Błota, ale zostały w całości kupione i ogrodzone.
   Jest jeszcze jedno w małym miasteczku, a więc strasznie zaludnione, a droga rowerowa do niego paskudna (ruchliwa jezdna, tam rowerzyści są zabijani). Może jeszcze się przekonam, czas pokaże.


Zgniłe Błota. Dzikie miejsce wyrwane z kontekstu.

Było to takie miejsce, które przed laty wykorzystywałam do zresetowania akumulatorów. Lubiłam pojechać tam po pracy na rowerze albo w dniu wolnym na trochę dłużej. Maleńka plaża, możliwość pływania. Szlak spacerowy, zadaszone "altany" na palach, pomosty i całe mnóstwo zwierząt wodnych. Różne gatunki ptactwa, np. dostojne czaple białe. Po prostu raj dla fotografa.
    Pojechałam tam we wrześniu na rowerze. Ponieważ mieszkam teraz bliżej tego miejsca, pomyślałam sobie, że będę tam mogła spędzać więcej czasu i ta myśl naprawdę mnie cieszyła!
   
Kiedy dojechałam na miejsce, po prostu serce mi pękło...💔  Całe jezioro zostało ogrodzone siatką, teren prywatny – stawy hodowlane.




Rzeka Warta.

Znad Renu nad Ner. Kwestia bardzo niemiarodajna, bo nad Ren miałam 3 minuty, nad Ner raczej nie dojdę, a ze względu na męża, który spędził wiele epickich przygód nad Wartą, na pewno będę częściej trafiać właśnie tam. Przygody z Wartą są związane z wędkowaniem.








Samochodem ciężko tam dojechać, to jest droga.
Można liczyć na brak turystów. Sami miejscowi i wędkarze.

Stamtąd jest blisko do Jeziorska. Jest to największy akwen w regionie łódzkim (42,3 km² / 202,8 mln m³). Południowa część zbiornika stanowi Rezerwat ornitologiczny.


Zdjęcie z tamy na Warcie.


Las do biegania i na grzybobranie.

W tym roku byłam na grzybach 5 minut. Nabierałam tyle ile mąż zmieścił do wywiniętej podkoszulki i tak zakończyłam przygodę grzybiarza. Niektórzy suszą na zapas, inni co dnia jedzą coś ze świeżych grzybów, a mnie w tym roku po prostu się nie chce. Mamy jeszcze sporo suszonych z zeszłego roku, grzybów nazbieranych we Włoszech. Spóźniłam się na kurki!
   Pierwszy raz w tym sezonie biegałam w tymże lesie. Zawsze sezon biegowy otwieram jesienią, a zamykam późną wiosną (nie znoszę biegać w gorąco). W ten sposób hartuję organizm dzięki czemu w ogóle się nie przeziębiam. Taka moja metoda od lat, zamiast szczepionki na grypę. Polecam.
   Nigdy nie liczę kilometrów, zawsze odmierzam sobie trasy na czas. Ostatnim razem przebiegłam godzinę.


Fauna.

W zamieszkiwanych przeze mnie krzakach jest parka bażantów. Czasami wrzeszczą nad ranem donośniej niż koguty, a te też pieją z rana. Sąsiadka ma fermę kur, niekiedy capi jak z pełnego wychodka...
   Pokazywałam Wam jakiś czas temu rogacza, może pamiętacie... jeżeli nie, przypominam obywatela:

Niestety leży już w rowie przy szosie.

Zostawił sarnę, ale od jego zgonu nie widziałam jej. Terytorium jest wolne, może przyjdzie nowy... ale... żadnemu zwierzęciu nie życzę prowadzenia tutaj stada. Wszędzie jest pogrodzone, nie mają czego tu szukać. Lepiej dla nich będzie trzymać się lasów.
   Zasięgnęłam ostatnio języka, pozwolę więc sobie na wymądrzenie się (jeśli nie mam racji, proszę mnie poprawić – samiec sarny to nie jest jeleń. Jeleń ma łanie, a sarna ma rogacza. Rogacz wywodzi się z rodziny jeleniowatych. Jeszcze raz:

rogacz + sarna
jeleń + łania

to są dwie zupełnie inne pary zwierząt.

Sarna sfotografowana na początku września, jak jeszcze rogacz żył.

Innych dzikich gości tu nie widziałam ani nie słyszałam. W poczet ten, nie wliczam myszy i wstężyków gajowych.


Moje odczucia odnośnie tych krzaków:
To jest napisane z dozą czarnego humoru, nie jestem nieszczęśliwa ani nie mam depresji

1. W krzakach nie ma komunikacji. Nadal nie mam swojego samochodu, zatem kiedy mogę, dojeżdżam do pracy rowerem, a kiedy nie mogę, dowozi mnie mąż. Mieszkając w mieście, dowoził mnie motorniczy tramwaju i był spokój.
   Życie w krzakach wymaga inwestowania w skarbonkę jaką będzie następny samochód (opłaty, benzyna podatek drogowy, usterki, przeglądy). Jest to przedmiot, którego nigdy nie planowałam mieć, bo skończy się tak, że będę pracować na jego utrzymanie.

Mój dzbanecznik zmienił w Polsce dietę
z ziemiurek na owocówki.

2. Trochę zbyt często bywa, że nie ma prądu, a jak nie ma prądu, nie ma również grzania wody. Ten tylko zrozumie kto próbował się wydepilować w lodowatej wodzie.
   a) Rzecz jest wkurzająca kiedy idziesz do pracy i nagle uświadamiasz sobie, że nie możesz się odpowiednio przygotować. Np., nie odpalisz robota kuchennego, by naszykować prowiant do pracy, nie włączysz młynka do kawy itd., albo zwyczajnie – nie umyjesz się dobrze po jakieś fizycznej pracy lub treningu, bo na grzanie wody w garnkach nie ma przed pracą czasu.
   b) Bez kompa i Internetu da się żyć, ale ja mam na komputerze programy treningowe, bez których żyć nie chcę, a wolny czas spędzam na pisaniu opowiadań, książek i postów, czym żyję.

3. Grzać w krzakach należy drewnem, a więc wiąże się to z pozyskiwaniem owego surowca, a potem rąbaniem. Niekiedy pomagam w tym mężowi, składujemy bowiem cierpliwie.
   Kominek w domu to fajna rzecz. Dla nas jest to także "być albo nie być".

4. Kocham spać przy otwartym oknie, ale tu każdy sąsiad ma psa (najbliższa sąsiadka ma ich bodajże 8). Szczekają i wyją wieczorami i nocami ciągle i przeciągle, a zamykają się dopiero nad ranem. Wychowanie to czy natura?
   Niektórzy powiedzą, że to drugie, ale żyłam w szwajcarskich krzakach na tyle długo, by zrozumieć, że pieskie mankamenty to po prostu brak wychowania. Tam żaden pies japy nie otworzy bez powodu (czyli dopóki ktoś nie wejdzie na teren posesji). Można było szwendać się po osiedlach i była cisza.

5. Zaczęłam żyć między pracą, a domem. Nie ma już spontanicznych wyjść i spotkań, bo daleko. Nie ma życia kulturowego (to akurat bardziej przez pandemię), czas się liczy, a benzyna kosztuje.
   Z krzaków jest totalnie inna perspektywa, inna ocena sytuacji i możliwości. Wyobraźcie sobie, że choć mieszkam tu od początku września, jeszcze z nikim – powtarzam – Z NIKIM się nie spotkałam...
   Z nikim prócz ludzi z Kościoła, oni byli nawet u nas w Szwajcarii, ogólnie widujemy się znacznie częściej niż nawet z rodziną. I chwała im za to, bo bez nich bym doszczętnie zdziczała.


Reasumując:

Dla mnie krzaki były i nadal będą doskonałym miejscem na wakacje, ale nie do życia. Powodem nie jest to, że się tu nie nadaję, ogólnie ogarniałabym gospodarstwo, gdyby było moje i sama bym je z miłością zaaranżowała (najlepiej od zera), harowała tutaj z pasją dla własnych krzaków i inwencji twórczych, ale w chwili obecnej nie czuję powołania z tytułu mieszkania na tej ziemi.
   Mija drugi miesiąc i wiem, że wiele jeszcze przede mną. Mogę zmienić zdanie, mogę je też pogłębić. Pożyjemy zobaczymy. Jeszcze bowiem długo tu będę.
   Cieszy mnie natomiast do głębi, że możemy przyjmować tutaj gości, którzy często cierpią na zasiedzenie w betonie. Niech im te krzaki przyjemnością będą, ile tylko chcą.

Tymczasem sąsiadka ze Szwajcarii przysłała nam taką fotkę z balkonu (mieszkała piętro nad nami):

Alpstein już pod pierzyną.

35 komentarzy:

  1. Lubię takie otoczenie. Jednak raczej na razie jako odskocznia. Może kiedyś zmieni mi się na tyle, że się przeniosę bliżej przyrody. Kto to wie w sumie.

    To akurat nie w tym filmie, bo oglądałem z okna wszystko. Ale może kiedyś pojawię się przypadkowo w jakimś dziele. :)

    Pozdrawiam!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Z krzaków szwajcarskich w krzaki polskie, a jednak dzień do nocy. Dopiero teraz mam poczucie, że jestem na wsi. Szczerze mówiąc, nie potrzebowałam tego odczuć, wolę jak nie trzeba się nadmiernie troszczyć o dom, bo to szybko prowadzi do poczucia, że nie mogę go opuścić, wyjechać itd. Często tak się dzieje i nie zawsze ludzie są w tym szczęśliwi. Ja na razie jestem dobrej myśli, bo żyję tu krótko, ale czas pokaże jak rzeczywistość mnie potraktuje no i najważniejsze – jak na to zareaguję ja.

      Usuń
  2. No właśnie, zawsze zastanawiałam się, czy mogłabym zamienić swoje lokum na krzaki, bo wakacje wakacjami, ale cały rok z dala od wszystkiego niemal? Skoro pracujesz, to zupełnie inny rozkład dnia i tygodnia, czasu mniej na ulubione zajęcia...
    Klimatyczne te wasze krzaki, oby czas na własne, a nie pożyczone przyszedł w porę:-)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Będzie inaczej jak będę już mobilna. Na razie mam poczucie zamknięcia, na szczęście mąż ma teraz dużo wolnego czasu i często gdzieś jedziemy.
      Jestem przyzwyczajona do pracowitego żywota. Od ukończenia liceum od razu poszłam do pracy i to takiej kilkuzmianowej, gdzie zdarzało się pracować na 12 godzin. Przywykłam wtedy, to i teraz będzie O.K. Miałam tylko 5 lat przerwy.
      Wszystko zawsze jest w porę, jak się jest pod dobrą opieką. :)

      Usuń
  3. Cóż, mieszkam na wsi, typowej wsi. Typowej wsi XXI wieku, bowiem nie hodujemy już kur, kaczek, kóz czy koni (a hodowaliśmy, znaczy hodował, mój dziadek, ja miałam między 0 a 8 lat). Jednak wiele typowo wiejskich zajęć pozostało. Rąbanie drewna nie jest moją mocną stroną, ja je znoszę do domu, układam pod piecem. Zdarza mi się przerzucać węgiel. Uczęszczam na wykopki. Plewię, sadzę itd. nie jest to moją miłością, zawsze ciągnęło mnie do miasta, do wszystkiego mam tak daleko. Ale ta przyroda, cóż, to wynagradza :)
    Krzaki są świetne :)
    Pozdrawiam cieplutko ♡

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ta nasza wieś to również, jak mówisz, typowa z XXI wieku. I żadnych zwierzaków tu nie mamy.
      W ziemi nie kopię, bo nie moja. Nie mam ciągotów, by klęknąć przed czyimś krzakiem. Zwłaszcza, że wizualnie mi się nie podoba i robienie czegoś takiego to żadna przyjemność. Zostaję przy swoich roślinach. Kopanie w doniczkach też jest fajne. :)
      Do miasta ciągnie mnie szalenie, teraz chyba bardziej niż kiedykolwiek.

      Usuń
  4. Całkiem sympatyczne otoczenie.
    Pozdrawiam serdecznie

    OdpowiedzUsuń
  5. Ja obecnie ( mam na myśli swój wiek ) nie zamieniłabym miasta na wieś. Oczywiście wieś wsi nierówna. Muszę mieć blisko sklepy, lekarza, przybytki kultury. Na łono natury mogę zawsze pojechać. Wieś nie jest mi obca, bo "gdzie praca-tam dom". Było, minęło. Jednak Twoja wieś jest ładniejsza. Szkoda, że jeziorko jest niedostępne. Życzę zaaklimatyzowania się :) Pozdrawiam :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Bardzo doceniałam w mieście to, że miałam do wszystkiego blisko, mogłam dojść pieszo i nie musiałam poświęcać wszystkiemu tyle czasu co teraz. To kluczowe w ogarnięciu swojej codzienności, aby mieć czas na ugotowanie, posprzątanie, hobby, zrobienie treningu, przeczytanie książki, jakieś spotkanie itd. Teraz niestety każde załatwienie sprawy albo każde zakupy wymagają więcej czasu, bo już nie jest 5 minut do sklepu na butach, ani 15 minut na pocztę, ale trzeba wsiąść w samochód (dodatkowy wydatek) i dojechać do większej miejscowości. To się wiąże z wyborami – mam czas, chcę pojechać do sklepu, ale dziś książki już nie poczytam, bo później idę do pracy. Mam czas, ale treningu nie zrobię, bo muszę odebrać awizo z poczty, a na później się umówiłam. I nagle coś co zajmowało kiedyś kwadrans i pozwalało zaoszczędzić czas na zrobienie czegoś jeszcze, zajęło mi w sumie cały wolny czas.
      Życie na wsi strasznie połyka czas, choćby na samo wędrowanie po domu. W mieszkaniu masz wszystko pod ręką, a tutaj śmigam góra-dół-góra-dół, a jak czegoś zapomnę, to znowu góra-dół. Zastanawiam się czy by plecaka po domu nie nosić. ;D

      Usuń
    2. To prawda. Nic dodać nic ująć. Pozdrawiam:)

      Usuń
  6. To jeszcze przed Wami "chrzest zimowy", chociaż ostatnio zimy nie sa takie srogie. Wtedy będziecie mogli wyciągnąć "średnią roczną" ocenę warunków mieszkalnych w krzakach. Zyczę Wam jak najszybciej zamieszkania "na swoim".

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Jeśli sypnie śniegiem, to dojdzie jeszcze "szuflowanie".

      Usuń
  7. Kiedyś zbudujecie własny dom i posadzicie własne krzaki, a nie jakieś tam cudze. Wiadomo, że nie od razu Kraków zbudowano. Wieś może być fajna, o ile ktoś Cię nie zmusza, żeby wpasować się w jedyny, odpowiadający mu schemat.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Wieś sama w sobie ma swój schemat, a ja nigdy nie lubiłam dostosowywać się do domu. Dom powinien być dostosowany do mieszkańca.
      Dom to dla mnie miejsce gdzie chodziłam spać, gotowałam, robiłam różne rzeczy, ale nigdy mnie nie absorbował, nie ograniczał (patrz odpowiedź pod komentarzem Podróżniczki). Nie przeczę, że własny teren mógłby odmienić mój pogląd. Dziś mnie drażni coś, co w przyszłości mogłoby koić. Obecnie patrzę na to z dużą dozą cierpliwości. Na razie jest jak jest i trochę Szwajcaria mnie do tego przystosowała, bo tam również z wielu rzeczy musiałam na 5 lat zrezygnować, więc jakby jestem do tego przyzwyczajona, że czegoś nie mam, że czas spędzam nie tak jakbym chciała, dlatego przeżywam to na lekko. A potem zobaczymy.

      Usuń
  8. Piękne są te twoje krzaki.
    Pozdrawiam:)*

    OdpowiedzUsuń
  9. a my na starość z mężem chyba uciekniemy w krzaki od jakiegoś czasu ciągle oglądam ogłoszenia na olx z domkiem na wsi
    mi marzy się własne podwórko kawałek ogródka i kuchnia z duszą jak się mówiło z taką kuchnią kaflową na drzewo wtedy nawet bez światła można nagrzać wody. A gdy już na emeryturze będzie mąż nic nas tu w mieście trzymać nie będzie i nie straszny nam będzie śnieg czy sklep daleko

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Zabawne, ale mieszkańcy krzaków, jak jeden mąż, planują na emeryturę przenieść się do bloków. Są świadomi, że siły już nie będą te, że drzewa sami sobie nie narąbią...

      Usuń
  10. Może być ciężko przyzwyczaić się do życia na wsi jak mieszkało się w mieście, ale na pewno z czasem będzie Ci łatwiej. Dobrze napisałaś, że inaczej jest pojechać na wieś na wakacje albo urlop, a inaczej jak się mieszka. Ja zawsze mieszkałam i dalej mieszkam w mieście, więc nawet nie potrafię sobię wyobrazić jak to może byc na codzień. Moja przyjaciółka od dziecka mieszka na wsi i niektóre punkty co napisałaś to idealnie się zgadzają i pewnie mogłaby się pod nimi podpisać.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Życie na wsi trzeba kochać od początku. W mojej rodzinie na wsi zostali tylko seniorzy, żyjąc tam jakby na pół gwizdka, bo nie ma im kto pomagać (ich latorośle w miastach). Można żyć na wsi z przyzwyczajenia i zasiedzenia, ale można też pragnąć tego i wtedy dostrzega się w większości same pozytywy. Ironia jest taka, że zawsze marzyłam o życiu w mieście, zawsze wyobrażałam sobie, że jak wyprowadzę się od rodziców to wynajmę jakieś ekstrawaganckie lokum w centrum. Trudno jest więc z takim nastawieniem szukać optymizmu w krzakach. Ale jak pisałam – czas pokaże, bo docelowo to nie mam pojęcia gdzie wylądujemy, póki żyjemy, póki ten świat stoi. Dużo łatwiej mi powiedzieć gdzie wyląduję potem. ;D

      Usuń
  11. Od trzech lat żyjemy w krzakach pod puszczą, w domu z małym ogrodem, czego i Wam bardzo życzymy, ale na starość. Bo młodzi powinni mieszkać tak, żeby nie tracić czasu na dojazdy, a gdy pojawią się dzieci, to wtedy naprawdę jest ciężko w krzakach.
    My w ciągu kilkunastu minut możemy się dostać do stolicy i pozwolić sobie na rozrywkę, pod warunkiem, ze już nie będzie zarazy.
    Teraz korzystamy z natury pełnymi garściami i podobnie jak ty obserwujemy zagarnianie natury przez człowieka, ogrodzenia, płoty... prywatność.
    Życzę spokojnej jesieni i jak najszybciej własnego lokum.:))

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Widzę to po moim szwagrze, który w związku z zamieszkaniem w krzakach z dwójką dzieci, mają twarde zasady ustalone na poczet dojazdów i ewentualnych, awaryjnych sytuacji. Ktoś zawsze musi być i móc wsiąść za kółko. System działa u nich sprawnie, ale ja na to patrzę z zewnątrz i nie widzę wielu rzeczy, tak czy owak, można się domyślać, że ów system jest zawsze napięty.
      Ja jestem mieszczuchem, mój mąż woli krzaki. Ciężko znaleźć remedium na to.
      Macie bliżej do dużego miasta niż my. Po dwóch stronach mamy dwa pomniejsze, ratują w związku z zakupami no i w jednym z nich pracuję. Ale jest to nadal za daleko, by obyć się bez drugiego samochodu.
      Dziękujemy i pozdrawiamy. :)

      Usuń
  12. Przepiękne miejsca. Móc w takich mieszkać to prawdziwe szczęście! Szkoda, że jezioro zostało ogrodzone, sama bardzo chętnie spędzałabym nad nim czas. Umiejscowione jest w malowniczej okolicy. Nic, tylko chłonąć oczami ile można, a resztę sfotografować i zilustrować. ;D Bardzo podoba mi się określenie "krzaki". Po prostu nic dodać, nic ująć, świetnie obrazują kontrast tego co oferują nam miasta, a co wioski. Mam nadzieję, że uda się Wam posiąść własne miejsce, które już całkowicie będziecie mogli nazwać domem. Pozdrawiam serdecznie! ♥

    OdpowiedzUsuń
  13. Ja też mieszkam w krzakach ale moje krzaki są cywilizowane, bo niczego nie brakuje, a do metropolii "rzut beretem". Wszystko ma swoje dobre i złe strony, i coś za coś... Poza tym, wiele zależy od tego jaki jest nasz styl życia i praca.
    Życzę Wam szybkiego zamieszkania "w swoim", a tymczasem czerpania dobrego z tego, co jest...
    Papapapa

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Brzmi jak alternatywa dla nas. Krzaki bliżej cywilizacji. Pożyjemy zobaczymy, na razie nie dzielimy skóry na niedźwiedziu. To jeszcze potrwa zanim...
      Pozdrówki! :)

      Usuń
  14. O Warta, to mamy widzę wspólną rzekę w tych krzaczorach. Też kocham krzaki i niestety, często zmuszona jestem je zmieniać.
    To taka domena wolności :)

    OdpowiedzUsuń
  15. wychodzi na to, że od czasu do czasu bywamy w jednych krzaczorach nad Wartą. Sumy tam bywają :)
    Wolność to dźwignia ciągłego przemieszczania

    OdpowiedzUsuń
  16. Krzaczory nad Wartą i Sumy. Jesteś w moich krzakach

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Zatem może się zdarzyć, że kawałek dalej od tamy, zastaniesz mnie kiedyś z wędką. ;)

      Usuń
  17. Świetnie Cię rozumiem, bo ja żyję w krzakach, ale uważam, że to miejsce nie do życia.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Wypisałam wiele wad, ale zalet też trochę się znajdzie. Gdyby wokół fruwało mniej negatywnych fluidów, jak ja to mówię, może miałabym łaskawsze spojrzenie. Podkreślam "może".

      Usuń
  18. Są krzaki i krzaki. Jest miasto i miasto. Warto poszukać takich krzaków lub takiego miasta które będzie do nas pasowało. To prawda - dostosować coś do siebie, a nie siebie do czegoś... Powodzenia, bo swoje miejsce na ziemi to jedna z najważniejszych spraw- tak czuję.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Może nie najważniejszych, ale na tyle istotnych, by tych naprawdę ważnych spraw nie blokowało miejsce na ziemi.

      Usuń
    2. Urodziłam się na wsi i... jedyne o czym marzyłam za młodu to uciec do miasta 🙃. Wyjechałem na studia i tyle mnie widzieli. Żartuję oczywiście, czasami tam się pojawiam 😍. Uwielbiam naturę i wakacje w krzakach też są dla mnie dużo atrakcyjniejsze niż w hotelach. Jednak, czy chciałabym mieszkać stale na wsi??? Raczej już nie. Na starość stałam się wygodna. Tu mam wszędzie blisko, a nasze mieszkanie w szarym bloczysku, okazało się całkiem przytulne. Mieszkanie w domu na odludziu jest bardzo romantyczne, ale hmmm... mąż często wyjeżdża, poza tym ma dwie lewe ręce do wszelakich usterek. Wszystko by było na mojej głowie i strach tak nocą w ciemnym domu bez chłopa
      I jeszcze kredyt do końca życia. O nie... nie ma mowy 🙃!!! Wolę to bloczysko i życie beztroskie... a w naturę zawsze można wyskoczyć, gdy przyjdzie na to ochota.
      Pozdrawiam serdecznie 😊!!!

      Usuń

Pewnego dnia wymyśliłam sobie, że będę dzielić się pięknem świata, którego doświadczam podczas swoich wędrówek. Że będę pisać ku pokrzepieniu serc i być może zachęcać do podróżowania. W tym samym celu wydałam książkę, czyli dla Waszej przyjemności. Czasami piszę też o Bogu, który jest dla mnie najważniejszy i dzielę się chętnie swoim studium biblijnym.
Jednak nie robię tego dla poklasku, nie chcę samych duserów.
Dziękuję za każdego czytelnika, który podzieli się ze mną swą refleksją miast "odhaczonym" komplementem. Jestem wdzięczna za każde nasze wspólne rozważanie. Za komplementy dziękuję, ale nie na tym mi zależy. Proszę rozważ to nim pozostawisz po sobie te dwa/trzy słowa :) i tak zwyczajnie: porozmawiajmy.