Wędrówki:

Zakładki dotyczące wędrówek, są rozszerzone i znajdują się po prawej stronie bloga.

"Odpowiadam za to co powiedziałam, nie za to co zrozumiałeś."

11 czerwca 2020

W poszukiwaniu kości niezgody – część druga.

"Nietolerancja i zabobon zawsze były własnością głupich między pospólstwem i nigdy, jak mniemam, z gruntu wykorzenione nie będą, bo równie wieczne są jak sama głupota. Tam, gdzie dziś piętrzą się góry, będą kiedyś morza, tam, gdzie dziś wełnią się morza, będą kiedyś pustynie. A głupota pozostanie głupotą."
– Andrzej Sapkowski "Krew elfów"


↜ część poprzednia
początek czerwca, 2020
Poprzednim razem nasza misja odnalezienia kości niezgody nie całkiem się udała, chociaż byliśmy bliżej celu niż za pierwszym razem kilka lat temu. W tym roku jesteśmy bardziej zdeterminowani i niedługo po drugim podejściu, zrobiliśmy trzecie.
   Czy kość niezgody jest prawdą? Czy tworzy rozłamy między ludźmi? A może jest mitem, nieistniejącą wymówką dla kłótliwych osób? O tym udało nam się przekonać i dziś poznacie całą prawdę o kości niezgody.
   Kto przegapił, kto pierwszy raz, zachęcam do zapoznania się z pełną historią z poprzedniej części. Ponadto myślę, że nasze odkrycia z tamtego dnia są całkiem warte uwagi:

Zdjęcie z przygód poprzedniej części poszukiwań.

Byliśmy bardziej pewni siebie niż poprzednio. Nadal nie znaliśmy właściwej lokalizacji kości, szlak wytyczony na mapie był wolnym strzałem. Musieliśmy mieć oczy dookoła głowy aby nie przegapić właściwego azymutu. Istniała obawa, że nie dostrzeżemy kości, że coś ją nam zasłoni. Cały czas z mapą w ręce, mieliśmy na celowniku najbardziej prawdopodobny punkt jej występowania. Obserwowaliśmy też położenie sąsiednich szczytów i ścieżek (z których ją widzieliśmy), którymi wędrowaliśmy wcześniej, przed laty i poprzednio tego roku w maju.
   W pierwszej kolejności musieliśmy przedrzeć się przez las. Tam również warto być spostrzegawczym, bo nigdy nie wiadomo co ciekawego może kryć się w krzakach. Np. malowniczy potok.


Wybierając się na tę wędrówkę nie oczekiwaliśmy żadnych złowrogich wydarzeń i nie było się czym martwić. Gdyby moc kości okazała się prawdą, najwyżej zdarzyłaby się między nami pierwsza kłótnia w życiu. Oboje z mężem nie jesteśmy przesądni, nie wierzymy w przekleństwo stawiania torebki na podłodze i tym podobne bzdury.
   Czasami myślę, że nas nie da się ze sobą skłócić. Oboje z mężem mamy też podobne metody na osoby, które z nami próbują swary – wychodzimy z pokoju albo odkładamy słuchawkę jeżeli to rozmowa przez telefon. W emocjach nie ma sensu rozmawiać. A nasze emocje? Zawsze dziesięć tonów niżej niż u reszty społeczeństwa. Za to kiedy wygłupiamy się, bawimy, żartujemy, jesteśmy na poziomie rozbawionych dzieci, a gdzie wtedy jest reszta społeczeństwa? Zgaduję, że wiecie.





Ponieważ lato przyszło do Szwajcarii bardzo szybko, nachodziły mnie lęki o moją wytrzymałość na słońce. Rok temu w czerwcu szukaliśmy już wysokości adekwatnych do potrzeb gorącokrwistych ludzi, którzy zbyt szybko się przegrzewają, ale nie było tak źle. Mogę nawet przypuszczać (skromnie i nieśmiało), że może wymodliłam odporność także i w tę drugą stronę... O tym, że na mróz jestem całkowicie niewrażliwa, wie już każdy. Chciałabym jeszcze nie padać pod słońcem jak mucha pod muchozolem.





Opuściliśmy las trafiając na drogę obok gospodarstw i małych pastwisk gdzie rządziła królowa podwórka pod królewskim drzewem w karminowej koronie. Królowa dumnie zadzierała dziób i patrzyła spod oka jak przystało pani monarsze.


Mniej więcej w połowie drogi zobaczyliśmy ją – kość niezgody – bielący się gnat na tle zieleni, stał prosto jakeśmy go zostawili poprzednim razem. Nie leżał na naszym zaplanowanym szlaku, ale nie był też daleko. Tu już wiedzieliśmy, że trasa nam się wydłuży, bo mimo wszystko chcieliśmy iść dalej naszym wytyczonym szlakiem, więc cierpliwie skręciliśmy w bok, tracąc ją z oczu.


U pierwotnego celu w punkcie widokowym rozsiedliśmy się na drewnianych ławkach i spałaszowaliśmy śniadanie. Królujące w tym miejscu owady zaczęły nam subtelnie podpowiadać żebyśmy się w końcu stamtąd wynieśli, więc zaraz po naładowaniu akumulatorów, ruszyliśmy na dalszy szlak, a był on sielski do bólu. Zdjęcia stamtąd nadawałyby się do kalendarza. Tapety Windowsa wymiękają.






Była już blisko. Tak blisko jak nigdy wcześniej. Ekscytacja rosła, to było nawet fajniejsze niż szczyt górski, bo takie inne, nowatorskie, odkrywcze... Elektryzująca kość niezgody, widziana tylko z oddali, niedostępna, odległa i niezdobyta, stała na horyzoncie niemal na wyciągnięcie ręki. Już blisko.


Do samej kości nie prowadzi szlak. Należy przejść przez bramkę, całkiem zejść z drogi i iść trawiastym zboczem aż do celu. Kość stoi na łagodnym wzgórzu. Tam widział nas jakiś staruszek stojący na sąsiednim pagórku, pomachał.
   A oto ona – KOŚĆ NIEZGODY.


Została wykonana z marmuru, przypominała mi blaty w kuchni u moich rodziców. Nikt nie zostawił informacji o tym skąd się tutaj wzięła i dlaczego ktoś ją tu postawił. Pozostaje zgadywać. Może jakiś Marsjanin miał dosyć niezgody na swojej planecie i przeteleportował ją do nas?
   Tak czy owak niniejszym oświadczam że – NIE DZIAŁA. Kość niezgody to MIT! Próbowaliśmy się nawet specjalnie pokłócić, mąż mnie pobił na próbę i nic. Gnat nie ma mocy.


Powiedziałabym nawet, że po tym zetknięciu się z mityczną legendą, jeszcze mocniej nam odbiło. Wracając, ja udawałam helikopter, machając kijkami – jednym nad głową, drugim za sobą, a mąż postanowił sturlać się na dół.



Znając już całą prawdę i Wy możecie odetchnąć i spać spokojnie. Teraz już wiecie, że jeżeli w Waszym domu jest kłótnia, to nie za sprawą kości niezgody tylko TOPORA WOJENNEGO, który ktoś odkopał dawno temu i podłożył w Waszym ogródku! (Sprawdźcie w krzakach lub doniczkach).
   A tak naprawdę, awantura wisi w powietrzu, którym oddycha najpewniej jakaś mało inteligentna forma życia, bądź człowiek z przypadku (jak to zwykle bywa) chory na nerwicę. Dobra wiadomość – to da się wyleczyć.


Nasza dróżka powiodła nas dalej, także i mąż na nią w końcu wrócił.


Kolejnym naszym punktem przystankowym był sklepik samoobsługowy, jakich w Szwajcarii jest wiele. Jak już kiedyś opowiadałam, w tym kraju nie ma złodziejstwa, rowerów nie spina się łańcuchem, a w samochodzie można zostawić kluczyki. Towaru którego nikt nie pilnuje, nikt nie kradnie.


Beton osypany ziemią, zabudowany drewnem. Konstrukcja utrzymywała w środku chłód. Towarem był ser żółty od miejscowego. Bez konserwantów i innych dodatków.
   Zakup był naprawdę wart jeżeli ktoś lubi żółte sery, a my z mężem bardzo. Ten kawałek smakował jak żaden dotąd nabyty w markecie. Najczedarniejszy z serów. Naprawdę dawno nie miałam takiej pyszności w ustach.

Skarbonka.

Po drodze spotkaliśmy miłą panią, która akurat mocowała się z 50-litrową bańką pełną wody dla zwierząt. W bagażniku miała jeszcze dwie pokaźne bele siana. Mąż pomógł jej to wyładować, a przy okazji ucięliśmy sobie pogawędkę.
   Pokazała nam z daleka swoje gospodarstwo (chciała nas zaprosić do siebie na piwo, ale 20 kilometrów samo się nie zrobi, a było już popołudnie) opowiedziała nam m.in. o hodowli alpak.
   Od dawna obserwuję różne stada koło nas (i po drodze dokądkolwiek jedziemy). Podobają mi się te zwierzęta, a nie wiedziałam, że to są tak rentowne hodowle.
   Za zwierzęta słono się płaci. Są sprowadzane aż z Ameryki Południowej, więc rozmnażanie i sprzedaż może się zwrócić wielokrotnie. Ich wełna jest lepsza od owczej i oczywiście dużo droższa, co przynosi kolejny zysk.
charakteryzuje się brakiem lanoliny, przez co świetnie nadaje się dla osób uczulonych na owcze włókno. Z tego też powodu łatwiej utrzymać ją w czystości. Szacuje się, że wełna z alpaki jest ok 7 razy cieplejsza niż ta z owcy, wytrzymalsza, a w dotyku przypomina włókno kaszmirowe. Czysta włóczka z alpaki jest biodegradowalna, a przy jej produkcji nie używa się zbyt wielu chemikaliów, zwłaszcza w procesie farbowania. Występuje przecież w naturalnych 22 kolorach i około 200 odcieniach.
– info ze strony: link
W Szwajcarii za kilogram mięsa alpaki, płaci się 100 CHF.


Przed wejściem na gospodarstwo. Całkiem pomysłowe.
Chyba też sobie kiedyś kogoś wypatroszę pod kwietnik. Z nawozem od razu będzie.
Opuszczaliśmy już górskie pejzaże nurzając się na powrót w leśnych cieniach. Samo zejście między drzewa jawiło się jakby krainą czarów. Alicjo, ruszaj – chociaż królika nigdzie nie było widać, ale mnie wystarczy żółty znak. A tam w dole kryształowe sekrety...



Kryształowa woda spływała sobie spokojnym potokiem, a dno było tak wyraźne, że można było przysiąc, iż tam wcale nie ma wody. Mimochodem dostrzegłam tam ryby.
   Po krótkim przystanku fotograficznym, zagłębiliśmy się jeszcze bardziej w las (nie było komarów). Głęboko w chaszczach ukrył się szumiący potok. By tam zajrzeć, należało zboczyć nieco ze szlaku. Wykonanie dobrego zdjęcia było niemożliwe (tak gęsto zarośnięte), ale widać, że woda czyściutka. Mąż nazrywał w międzyczasie trochę ziół do terrarium naszych ariant.




Ponieważ zrobiliśmy dość duże koło, oraz zaparkowaliśmy na górze, aby wracać pod górę, ostatnie podejście było najcięższym fragmentem wędrówki, ale ma to dwa bardzo ważne plusy w kwestii przetrwania.
   1+ schodzenie na sam koniec niszczy już dość zmęczone kolana. Lepiej jest na koniec podejść, wiem co mówię.
   2+ najbardziej wymagający etap miał miejsce jak słońce już straciło na mocy.
   Zakończyliśmy wędrówkę późnym popołudniem, zostało więc wystarczająco czasu aby przejechać się przez górskie miejscowości.


Gwiazdką zaznaczyłam kość niezgody. Zielone kółko to parking.









A na koniec kanapki. Następnego dnia śniadanie z alpejskim serem na bogato. Szczypior własny.


29 komentarzy:

  1. Samoobsługowa budka z serem - u nas nie do pomyślenia, nawet wiat na spoczynek nie uszanują...
    Widocznie kość niezgody wyzwala konflikty tylko u tych, co i bez niej by się pokłócili:-)
    Ważne, by zawędrować i podziwiać, a po drodze cudne alpaki.
    Lato, powiadasz? Tu do lata daleko...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ostatnio miałam taką refleksję przechodząc obok grupy młodzieżowej zabawiającej się przy małym ognisku w plenerze. W Polsce takie grupy należy mijać szerokim łukiem, bo można w łeb dostać, a tutaj Cię pozdrowią. I można chodzić z aparatem przewieszonym przez szyję, nikt tu nie okrada ludzi.
      Aktualnie chwila ochłody, bo deszcz nadszedł, ale tamtego dnia wędrówki było bardzo ciepło. W dolinach już 30°C zaliczyliśmy kilka razy.

      Usuń
    2. No dziś przygrzało solidnie, zwiedzaliśmy miejsce w Twoim klimacie, napiszę niebawem:-)

      Usuń
    3. 😁 Super, będzie pomysł na weekend w Polsce.

      Usuń
  2. Zamiast skoncentrowac sie na czyms przyjemniejszym, np. szukaniu kwiatu paproci albo swietego Graala, to Wy akurat rozgladacie sie za jakimis gnatami. Niezgody zreszta. Za to trasa calkiem do rzeczy, okolicznosci marszu przepieknej urody. I wreszcie ONA!
    Mam pytanie, czy Wyscie ja tak nazwali, czy ta nazwa tkwi gdzies w przewodnikach i na mapach? W rzeczy samej przypomina kosc jakiegos dinozaura czy innego smoka z basni. Ooo, zadzialala!!! Chlop Ci na chwile zwariowal, a potem sie stoczyl, doslownie :))))) Moze ona nie nazywa sie koscia niezgody, a gnatem wariactwa?
    Takie sklepiki samoobslugowe bywaja i u nas, sami kupowalismy kiedys pomodory, a wiem, ze sa jeszcze na polu gladioli, jest kartka, ile hodowca oczekuje za np. 10 sztuk kwiatow albo i nie ma zadnej informacji i kazdy daje, ile uwaza. No a sery szwajcarskie to prawie legenda, pyszne, drogie, ale warte swojej ceny.
    Mniasteczko (nie poprawiac!), a dlatego mniasteczko, bo jest takie mniam.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Akurat kwiat paproci próbuje wyhodować, bo mam leśną w doniczce już drugi sezon. Pięknie rośnie, ale zakwitnąć wciąż nie chce. 😈
      My ją tak nazwaliśmy. Przeszukałam chyba cały internet i nie znalazłam żadnych informacji o tym gnacie. Pomysł na nazwę powstał konkretnie w mojej głowie parę lat temu kiedy ujrzeliśmy ją pierwszy raz. I prawdopodobnie masz rację. Możliwe, że jest w niej zaklęte szaleństwo do szpiku kości. :D
      W Szwajcarii pełno takich sklepów samoobsługowych. Na polu słoneczników jak co roku będzie wywieszka "brać za franka", a skarbonka będzie w postaci bańki po mleku. A jesienią na wlocie do pobliskiego miasteczka, stanie wielki stragan z dyniami.
      W górach ich najwięcej, spotkaliśmy już sklepiki z miodami, sokami własnej roboty, przetworami, zwłaszcza powidłami, wszystko domowej roboty, żaden sanepid i przepisy. To jest dopiero wolność. Zrobiłaś ogórki małosolne? Wystaw na ulicę i podaj cenę :)

      Usuń
    2. I jakos nie notuje sie grupowych zatruc, a sprzedajacy nie notuja strat finansowych.

      Usuń
  3. Kość niezgody? Nareszcie wiem, gdzie jej szukać, niesamowity gnat:) Cytat z Sapkowskiego bardzo adekwatny, choć u mnie przesądów i zabobonów brak. Samoobsługa na odludziu mnie zaskoczyła bardzo pozytywnie,a tak w ogóle Helweci to bardzo pozytywny naród, jak nauczyć naszych takiego podejścia, kiedy nie możesz ufać nawet policjantowi...
    Pozdrawiam serdecznie i czekam na kolejne ciekawe posty.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. U nas tez zabobonu nie ma, ale słyszy się to i owo nie raz od ludzi, którzy w dziwne rzeczy potrafią uwierzyć. Np. że wracanie się po coś do domu przynosi pecha.
      Przede wszystkim jest szacunek do człowieka i szacunek do pracy. Dlatego na ulicach jest czysto, dlatego po psach każdy sprząta, nie ma złodziejstwa i ogólnie chamstwa. Można spacerować z aparatem w ręce, nikt mnie z niego nie okradnie. Jeziora i rzeki są czyste, można wejść bosą stopą. W Polsce wiadomo, że to ryzykowne, nie raz już przecięłam sobie stopę szkłem.
      Kiedyś myślałam, że taki kraj to utopijne marzenie, a tu proszę. :)

      Usuń
  4. Dość głowę podnieść, ileż tu widoków... Tak, tak, z samej gry obłoków... Przepiękne widoki i wspaniali zabawni ludzie.
    U nas alpaka kosztuje ok. 2 tys., znajoma kupiła, ale hodowla się nie opłaca, nie ma gdzie sprzedać ani wełny, ani mleka, a rodzice nie chcieli, aby dzieci siadały na grzbiecie alpaki. Tak również chciała sprzedawać truskawki, ale truskawki znikały, a pieniędzy nie było zostawionych. Inna kultura i mentalność.
    Serdeczności zasyłam

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dzięki za info, bo zastanawialiśmy się z mężem jak by wyglądała hodowla alpak w Polsce. Wszystko jasne, nikt nie będzie kupował czegoś co jest droższe, skoro są tańsze zamienniki. Czego się zresztą spodziewać...
      Historia truskawek nawet mnie nie zaskoczyła. Jakie to smutne...

      Usuń
  5. Też przesądna nie jestem ani tym bardziej swarliwa :) Chociaż jako lwica lubię mieć ostatnie zdanie :) Nie po to jednak, aby się kłócić :) :) Lamy- najcudniejsze, szkoda, że idą na człowieczy żer :(
    Potem przyroda zachwycająca. No i jakże tam cudownie z tym, że nikt niczego nie ukradnie... Ojej! A u nas? Echhh...
    Sklepiki samoobsługowe ekstra, u nas niewielu by zapłaciło... Taki naród!
    Kość niezgody to jakby rzeźba przez kogoś zrobiona...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Mnie się już nawet nie chce komentować tego co w Polsce mamy. Wychodzisz na ulicę, oczy dookoła głowy żeby w łeb nie dostać, a po zmroku to w ogóle strach wyjść. Takie sklepy nie mają racji bytu, ukradliby wszystko, a stoisko zdewastowali.

      Usuń
  6. Zazdroszczę tym społeczeństwom, które przestrzeń wokół siebie szanują i umieją upiększyć. Żałuję, że niektórzy wolą bród i bałagan wokół siebie. I choć potrafią zachwycać się czystością np u Skandynawów, nie umieją pozamiatać własnych schodów. Nigdy nie byłam w Szwajcarii, ale może kiedyś jeszcze Bóg da.... Pozdrawiam i dziękuję za wycieczkę.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. W Skandynawii nigdy nie byłam i też liczę na to, że jeszcze się kiedyś uda. To bardziej moje klimaty niż Szwajcaria.
      Mentalność klasycznego Polaka jest przerażająca. Wieczne narzekanie, ale żeby coś zmienić, coś zrobić aby było lepiej, to niech ktoś inny się za to weźmie. Ale cóż z tego skoro nawet zmieniwszy coś (np. posprzątawszy otoczenie) po pewnym czasie wszystko i tak wraca do punktu wyjścia.

      Usuń
  7. Uwielbiam takie górskie widoki :)

    OdpowiedzUsuń
  8. Witaj Aniu.
    Fajna wędrówka, wspaniałe widoki i ta budka samoobsługowa z serem.
    U nas, tu ser ukradli a budkę zdewastowali. Bo co kraj, to obyczaj.
    Pozdrawiam serdecznie.
    Michał

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Mam tę świadomość i przykre to co się w naszej ojczyźnie dzieje.

      Usuń
  9. Super, że udało Wam sie znaleźć tą kość niezgody. Ja też nie wierze w przesądy albo zabobony.
    Pięknie wyglądają te chmurki, są takie puszyste :)

    OdpowiedzUsuń
  10. Czekałam na tę kość niezgody i się doczekałam. Tak sądziłam, że to wszystko bajki z tymi przesądami. Tak jak i z trzynastką i czarnym kotem :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Czarny kot kiedyś codziennie przebiegał mi drogę, bo miałam go w domu. Miał białe wąsy, to może dlatego w domu nie było pecha... 😅 A torebkę na podłodze stawiasz? 😈

      Usuń
    2. Nie, :D zdecydowanie wolę ją trzymać bliżej siebie :))

      Usuń
  11. Droga Aniu
    Piękne zdjęcia, kanapeczką się częstuję 😀🧡
    Zabobony nie dla mnie, spokoju mi potrzeba, jak wiesz!
    Serdeczności zostawiam z samego wczesnego ranka 🌸🙋‍♀️☕

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękuję i pozdrawiam znad parującej słodko kawy. ☕😊

      Usuń
  12. Fajne kanapecki :P Nie mogę uwierzyć, że sie jeszcze nigdy nie kłóciliście :o Ja jestem z chłopakiem trzy lata i kłócimy się z raz w tygodniu bo obydwoje jesteśmy bardzo uparci xD Na szczęście umiemy ze sobą dobrze rozmawiać, wytłumaczyc sobie wszystko i się pogodzić.
    Dobrze, że kość nie zadziałala :p

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Preferujemy ożywione rozmowy celem wyjaśnienia swarliwych kwestii. Kłótnie uważamy za bezcelowe. ;)

      Usuń
  13. No i wreszcie dopadliście kość niezgody :) Zdjęcie Twoje z nią - cudne.
    A widoki, no cóż, powtarzam się - piękne. Słodkie te alpaki. W dzielnicy mojego miasta znajduje się gospodarstwo gdzie właściciele hodują kilka sztuk.
    Super z Was para. Mało która potrafi bez niepotrzebnych kłótni przejść przez życie.:) Brawo WY!

    Zmieniając temat, moja wiara ciągle przechodzi przez różne etapy. Wierzyłam w to, że Córka mnie słyszy...
    Codziennie w myślach lub głośno z Nią rozmawiam, tzn wiadomo, ja mówię...
    To wszystko jest takie trudne, moja głowa już tego nie ogarnia..

    OdpowiedzUsuń
  14. Podobno alpaki w Polsce nie przynoszą żadnych dochodów z hodowli. Zastanawialiśmy się kiedyś z mężem, czy by nie spopularyzować tego tutaj, ale na logikę, jeżeli istnieje tańsza wełna, (popyt na wyroby z alpak jest naprawdę mizerny, a ceny wysokie), to nie będzie się dało na tym wyżyć. Szwajcarzy zachęcają, że super biznes, a Polacy zniechęcają.

    Po prostu kłótnie uważamy za bezsensowne marnowanie energii. ;)

    Wierzę biblijnie - to wiesz. Dusza jest nieśmiertelna - to wiadomo powszechnie. Śmierć zabiera człowieka z ziemi, ale ten człowiek, taki sam - ten sam człowiek - jest, trwa i będzie trwać. Bóg dał nam obietnicę zmartwychwstania do nowego życia. Wiadomo Ci o tzw. "Dniu Pana"? Mniej więcej w tym czasie wróci życie do wszystkich, którzy już opuścili ziemię. Ja nie chciałam Ci odebrać wiary i nadziei tamtymi słowami. Ale chciałabym przybliżyć Ci Słowo Boże, które mówi, żeby się nie martwić, że wszystko będzie dobrze.

    OdpowiedzUsuń

Pewnego dnia wymyśliłam sobie, że będę dzielić się pięknem świata, którego doświadczam podczas swoich wędrówek. Że będę pisać ku pokrzepieniu serc i być może zachęcać do podróżowania. W tym samym celu wydałam książkę, czyli dla Waszej przyjemności. Czasami piszę też o Bogu, który jest dla mnie najważniejszy i dzielę się chętnie swoim studium biblijnym.
Jednak nie robię tego dla poklasku, nie chcę samych duserów.
Dziękuję za każdego czytelnika, który podzieli się ze mną swą refleksją miast "odhaczonym" komplementem. Jestem wdzięczna za każde nasze wspólne rozważanie. Za komplementy dziękuję, ale nie na tym mi zależy. Proszę rozważ to nim pozostawisz po sobie te dwa/trzy słowa :) i tak zwyczajnie: porozmawiajmy.