Wędrówki:

Zakładki dotyczące wędrówek, są rozszerzone i znajdują się po prawej stronie bloga.

"Odpowiadam za to co powiedziałam, nie za to co zrozumiałeś."

1 czerwca 2020

Hochalp und Ofenloch – w poszukiwaniu kości niezgody.

"Odkąd człowiek zszedł z drzewa, własność stała się kością niezgody. Stale ktoś komuś coś zabiera, daje, znów odbiera..."
– NKJP: Stracone złudzenia, Dziennik Polski, 2001-02-17


pod koniec maja, 2020
Niebo strojne w niskie kłęby chmur, a za plecami ognista kula. Nadeszły dni wytchnienia po gorących, kiedy oddychało się zbyt ciężkim powietrzem. Dzisiejsza opowieść będzie wyjątkowa pod dwoma względami. Miłośnicy gór odnajdą w niej idyllę appenzellskiego krajobrazu, a głodni ekstremalnych przeżyć, doświadczą piękna chłodnych, wąskich kotlin.
   Kilka lat temu podczas wędrówki na Hintertallenhopf, zauważyliśmy na wzniesieniu gnat. To pewnie legendarna kość niezgody – zawołałam. Na wszelki wypadek nie poszliśmy tam. Baliśmy się pokłócić. Dziś odważnie postanowiliśmy tę kość odnaleźć i zobaczyć co będzie. Wybraliśmy się najbardziej prawdopodobną trasą, sąsiadującą z gnatem. Link do pamiętnej wyprawy: tutaj. Kość niezgody: link do zdjęcia.
   Startowaliśmy ze Schwägalp Pass. Przełęcz ta już kilkukrotnie pojawiła się na blogu. Leży na wysokości 1278 m u podnóża masywu Säntis.

Rzut okiem na Alpstein.
Od razu zanurzyliśmy się w las w jego soczystą zieleń, stukając podeszwami o drewniane ścieżki ułożone po to, aby nie bezcześcić dziewiczej natury. Jej siła i wiek ukazywały się w postaci wielkich drzew i poskręcanych bajecznie korzeni. Mokradła i grzęzawiska, powietrze wilgotne i rześkie, wniesienia tak łagodne, że można by pomyśleć, iż znaleźliśmy się w nizinach.



Tylko gdzieniegdzie patrząc na przestrzał pomiędzy drzewami, można było zauważyć niweczące fantazję i sprowadzające na ziemię fakty – otaczały nas wysokie góry, niektóre jeszcze ośnieżone – które przypominały o naszym położeniu. Rzeczywistość hardo dobijała się do podświadomości.


Opuściwszy las znaleźliśmy się na terenie otwartym na pełną panoramę Appenzell. Czas przestać śnić o malowniczych lasach nizin i rozpocząć właśnie tutaj górskie podejście.
   Chmury wyraźnie uniosły się, bo z góry widać lepiej, po cóż więc mają ślizgać się wokół szczytów, skoro mogą je widzieć z przestworzy?


Speer – fotorelacja z naszego podejścia: link
I tak dostaliśmy się do grani.
Zostało nam niewiele do celu, a nadal nigdzie nie było śladu kości niezgody. Dojmująca sprawa, czyżby ktoś ją zabrał? Jak mi życie miłe, muszę się z nią zmierzyć! Muszę wiedzieć czy kość niezgody to prawda, czy może tylko fikcja literacka!
   Powietrze nie było idealnie przejrzyste, ostre światło słoneczne nie pomagało przy fotografii, więc z tego punktu przyniosłam niewiele pamiątek.

/powiększ
Hochalp leży na wysokości 1529 m osiem kilometrów w linii prostej od Santis. Rzeczywiście stąd świetnie go było widać. Na wysokości 1519 m, znajduje się górska karczma, która jest własnością rodziny Fuchsów od lat dwudziestych XX wieku.
   Jest czynna od końca maja do początku listopada, ale my się jeszcze nie załapaliśmy. Za to skorzystaliśmy ze stojących na zewnątrz stołów i ławek. W internecie chwalą się różnorodną gamą kaw (zazwyczaj jest po prostu biała albo czarna i może jakieś cappuccino i tyle). Na życzenie, gospodyni dusi pieczeń lub oferuje Chäshörnli (popularne danie na południu). To po prostu makaron z serem żółtym, bekonem i prażoną cebulą.

Powabny krągły szczyt.

Jakaś miejscowość daleko w dolinie.
W tym samym czasie, kozy wybrały się gdzieś na spacer.
Niedługo później dołączyły do nas dwie panie z psem (zaraz za nimi wróciły kozy), zajęły sąsiedni stolik. Zapytaliśmy je przy okazji o kość niezgody, pokazaliśmy nawet zdjęcie. Niestety, chociaż są stąd i znają te tereny, nigdy nie widziały owego gnata.


Panie miały zestaw do podgrzewania sera raclette i czerwone wino.
Kiedy próbujesz zrobić ładne zdjęcie gór, ale nagle pojawia się koza...
Po śniadaniu zostawiliśmy miłe panie przy biesiadzie i ruszyliśmy dalej. Już prawie się poddaliśmy, kość musiała nam się przywidzieć, a stare zdjęcia nie pewnie nie istnieją, to na pewno początki schizofrenii...
   Aż tu po kolejnych kilometrach mąż wskazał coś palcem. Ja oczywiście nic nie zauważam, bo z moją wadą wzroku to nawet w szkłach kontaktowych nie wiem co widzę i trzeba mi powiedzieć. Mąż na dalekim horyzoncie zauważył białą plamkę – tak bym to zinterpretowała. Dopiero na maksymalnym zbliżeniu obiektywu (i potem jeszcze w domu na zbliżeniu komputerowym) dojrzałam kość niezgody. ONA ISTNIEJE!


Jednakże byliśmy zbyt daleko... znowu... Innym razem, bo przed nami było coś fascynującego, czego wcale nie zamierzałam ominąć. Właściwie to nawet nie wiedzieliśmy co to będzie, ale nazwa "Ofenloch", czyli otwarta dziura, budziła pewne nadzieje na jakieś epickie doświadczenia i +10 000 do radości.
   Nie zboczyliśmy więc z trasy i ruszyliśmy prosto w las, który zamykał się za nami miękkim cieniem. Schodziliśmy w jego głąb w jakąś kotlinę. Usłyszeliśmy szum, który wzmagał się i wzmagał, aż dotarliśmy do małego strumienia pod wielką ścianą. Tam zrobiliśmy sobie przerwę na zdjęcia.

Zejście w kotlinę.










Strumień na całej swej długości tworzy małe, krystalicznie czyste baseny, a klify wznoszą się stromo w niebo.
   Dalej szlak poprowadził nas nieco wyżej, ale ziemia pod nim spadała coraz niżej i niżej, by nagle spomiędzy drzew odkryło się coś co można nazwać głęboką kotliną, może kanionem. Pierwsze co zobaczyliśmy do wodospad. Później zaś, gołą ścianę a w niej jama, kawałek dalej druga jama. Ściana ociekała wodą. Wszystko to było ogromne, a my tacy mali na wąskim szlaku... uczucie nie do opisania.







Szum wody znowu zaczął przybierać na sile dźwięku. Ścieżka zakręciła ostro w bok pod wysoką skałą, a stamtąd roztoczył się niebanalny widok na kamienną nieckę i wpadający do niej wodospad. Miejsce jak z bajki i tylko stada jednorożców brakowało. Tu zrobiliśmy sobie dłuższą przerwę.







Następnym naszym odkryciem była kolejna jama po przeciwnej stronie podobnej kotliny. Tam można było zejść, widzieliśmy ślady ludzi, ślady po ognisku, jednak mapa nie wskazywała żadnej możliwej drogi.

Widok na przód...
...widok w tył.


Ostatnią kotlinę zwiedziliśmy z bliska, ponieważ prowadził przez nią szlak. Teoretycznie nic już wyjątkowego, nic tak spektakularnego i wielkiego, ale znaleźliśmy w niej kość, a konkretnie czaszkę (przypuszczalnie koziorożca, dość duża). Nic nie wiem o czaszce niezgody, więc chyba nie ma o czym mówić...

Widok ze szlaku.
Szlak, którym przywędrowaliśmy w to miejsce.


Ostatnia część drogi do pokonania, zaraz po wyjściu z terenu pięknych kotlin zaczął się asfalt. Kiedy stamtąd spoglądaliśmy w las w dole, aż niewiarygodne dla nas było, że on skrywa takie tajemnice. Niczego z drogi nie było widać, tylko lasy i jeszcze więcej lasu schodzącego w dół. Doczytałam w internecie, że na tym terenie 650 lat temu posadzono klony, które tworząc gęstą plątaninę korzeni zabezpieczyło te drogi przed osunięciem się.
   Ciekawe jak odkryto te kotliny. Może zupełnym przypadkiem? Bo po cóż tam człowiekowi było schodzić, gdy jeszcze nie wiedział jakie tam się cudowności skrywają?


Typowe pastwisko.
Na koniec wracaliśmy tam samym, podmokłym lasem.
Zapuściłam jeszcze raz żurawia na Sanits.




Zatem w samochód i w drogę powrotną. Ale jeszcze Wam coś opowiem.
   Niektórzy z Was wiedzą, że największe wyzwania podejmuję z nienawiści i że niektóre góry mnie denerwują tylko dlatego, że istnieją i są uważane za trudne do zdobycia bądź nawet nie do zdobycia. Tak było np. z Santisem, tak też jest i z tym masywem (poniższe zdjęcie).
   Ma kształt piramidalny i kojarzy się z górami jakie rysują małe dzieci. Pomyślałam, że ciekawie byłoby zdobyć coś takiego, jednak później okazało się, że nie prowadzi na nią żaden szlak, a sprawdzaliśmy na paru mapach (nie było nawet podanej nazwy tej góry).
   Ilekroć ją widziałam przez szybę samochodu, rosła we mnie ta nienawiść pielęgnowana latami od niemal samego początku mojej bytności w Szwajcarii. Cokolwiek to jest za góra, rosło we mnie przekonanie, że jeżeli jej nie pokonam, nie umrę w spokoju.


Pewnego dnia uparłam się, że znajdę jej nazwę, ponieważ każda góra ma jakąś i to niemożliwe, żeby nie dało się na nią wejść. Szwajcarzy nie znają takich szczytów, co to by się nie dało wydeptać ścieżki na dziko, nawet takiej nieuznanej przez mapy dla włóczęgów.
   Wertowałam mapy, szukałam, kombinowałam i znalazłam. To jest Goggein. Z boku już nie jest taki niezwykły, ale nie szkodzi. Jest wystarczająco denerwujący. Powiedziałam, wtedy mężowi, że znajdę szlak, że następną wędrówkę projektuję sama i tam właśnie wejdziemy, choćby to miała być ostatnia góra w moim życiu.


Niepokój i frustracja unosiły się wewnątrz mnie, ale to powoduje, że ambicja aż kipi ze mnie i to przekonanie, że za kilka dni ostatnia z najbardziej denerwujących mnie gór, ostatnia z obdarzonych szczerą nienawiścią, zostanie wzięta pod mój spiżowy sandał.
   Tak więc kość niezgody została odnaleziona, ale wciąż jeszcze niezbadana. Za to został poczyniony nowy plan.

Tam w chmurach skrywa się Wildhuser Schafberg.
Też mnie tak jakby trochę denerwuje... 😶
A tu już nasza dolina Renu.

28 komentarzy:

  1. Mega interesujący opis Waszych wędrówek. Odkryłaś kolejny niesamowity skrawek szwajcarskiego intrygujacego krajobrazu. Momentami widoki zapierają dech w piersiach. Ale kozy urzekły mnie najbardziej. Kocham urodę kóz. A przy tym, są takie fotogeniczne!
    Cytat wstępny- zaje....y.
    P.S. A ja żałuję teraz Jerzego Pilcha, który zmarł, a był jednym z moich ulubieńców :(
    Uściski...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nawet taka rozmazana na zdjęciu koza, która weszła w kadr, wygląda fajnie. 😁
      P.S. Nie stoję tak blisko sercem z ludźmi za ich sztukę.

      Usuń
  2. Pięknie! Widoki wprost zapierają dech w piersiach z zachwytu. To chodzenie po górach jest jak spotkanie z boskoscią - twarzą w twarz. W tym jest uniesienie, wzruszenie, czyste piekno, okupione wysiłkiem wspinaczki iwielokilometrowej wędrówki. Życie jest wszak wędrówką, prowadzona czasem z radoscia, czasem z nienawiścią, czasem z pełnią mocy a czasem z bezradnością. Tyle gór i dolin trzeba przemierzyc po drodze.By na końcu poczuć coś zupełnie nieopisywalnego...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dlatego właśnie ludzie dzielą się na tych co chodzą po górach i na tych co nie chodzą. Ci pierwsi nigdy nie zrozumieją dlaczego ci drudzy to robią, bo nigdy nie czuli się w ten sposób. A wielu jest takich, którym ani bliskość przyrody ani Boga nie potrzeba.

      Usuń
  3. super!
    ja chyba nie mam takich gór, które mnie denerwują w ten sposób co Ciebie :)
    dobrze, ze na zdjęciu z wodospadem jesteś i Ty, bo dokładnie widać ogrom tego co dookoła, a przy tym malutkość człowieka.
    trzymam zatem kciuki za poskromnienie szczytu Goggein.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Jeśli masz czas, tutaj jest (trochę przydługa) historia mojej nienawiści do gór: https://ekstraktzycia.blogspot.com/2018/06/alpstein-gora-w-czterech-smakach.html 😉

      Usuń
  4. Rewelacyjny post, piękne zdjęcia, ciekawa podróż. Kość niezgody mnie zafascynowała. W ogóle to taki post budujący napięcie, a jednocześnie relaksujący. Końcówka toś mnie zaszokowała. Ty wejdziesz na tę górę, choćby nie wiem co, to Ty tam pewnie wejdziesz. Poczułam nawet lekki stres, typu, cóż ona to wymyśliła, a jak coś się jej stanie... o matko... i takie tam podobne. hehe Czuje się, jakbym przeczytała kawałek super książki i co dalej, i muszę czekać cierpliwie, rewelacyjny post. :))))))

    OdpowiedzUsuń
  5. Mam ochotę na Chäshörnli
    O tej kości nigdy nie słyszałam, ale lepiej żebym tam nie szła z chłopakiem XD
    PS. Słodkie kozy hihi

    OdpowiedzUsuń
  6. Piękne są te wąwozy i wodospad. Razem tworzą bajkowy krajobraz 😍!!!
    Myślę, że te góry nie denerwują Cię, lecz drażnią 😉!!! Właź na nie, ale... uważaj na siebie!!!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Z górami mam trochę jak z końmi. Pewien koń bardzo mnie drażni. Jedyny, nad którym nie potrafię zapanować i jest to dla mnie niebezpieczne, a mimo to lubię na nim jeździć.

      Usuń
  7. Każda Wasza wyprawa jest niesamowita, trudno nawet porównywać.
    Ten wodospad to wisienka na torcie! Szwajcaria mnie zachwyca:-)
    Kość niezgody pewnie nie ucieknie...jest szansa na powrót:-)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Wiem jak tanio uprawiać turystykę w Szwajcarii, te góry nam nie uciekną, niech ten czas płynie, jest tyle jeszcze do zobaczenia. :)

      Usuń
  8. Prześledziłam z podziwem Waszą wspaniałą wyprawę. Jestem zachwycona (jak zawsze ) Twoimi profesjonalnymi zdjęciami. Wszystkie 57 zdjęć pokazują piękno szwajcarskich gór i przyrody. Ta znaleziona kość niezgody to coś niesamowitego, udało się wam. Pozdrawiam :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Niezupełnie, my chcieliśmy do niej dojść, a była na zupełnie innej górze niż my. Ale wszystko jeszcze przed nami. :)

      Usuń
    2. No, mąż ma sokoli wzrok :) kość została zauważona i uwieczniona :)

      Usuń
  9. Uwielbiam Twoje wędrówki i niesamowite zdjęcia. Człowiek ma wrażenie jakby szedł szlakiem z Tobą i podziwial te piękne krajobrazy i wypoczywał w zieleni.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Myślałam o wędrowaniu Go-pro, ale widzielibyście ciągle moje stopy. 😅

      Usuń
  10. Witaj Aniu.
    Fajna wędrówka. Nie ma to iść, ciągle iść, aż do końca
    Ja mogę sobie jedynie pomarzyć...
    Pozdrawiam serdecznie.
    Michał

    OdpowiedzUsuń
  11. Widoki niezwykłe, a kość niezgody mnie też by nie dawała spokoju :)

    OdpowiedzUsuń
  12. Po przeczytaniu pierwszego zdania przypomniało mi się z czasów dzieciństwa: 'kto daje i odbiera, ten się w piekle poniewiera!':-)
    Kość niezgody intrygująca. I przyznam Ci się, że to ona najbardziej mnie wkurzyła bo... po co i na co ktoś ją tam postawił? Dzieła natury nie wywołują mojej nienawiści ale działalność człowieka nader często. Chyba, że to jakiś smoczy gnat wtedy zwracam honor i pieję z zachwytu;-)
    Fajna wędrówka i zdjęcia. Siedzę w pracy i jedyne co mogę zrobić to poczytać jak Ci dobrze i troszkę pozazdrościć. Typowe pastwisko bardzo mi się podoba. I kozy. I Twoje galotki:-)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nie wydaje mi się, żeby ta kość szkodziła środowisku. ;)
      Galotki z Decathlona. ^_^

      Usuń
  13. Piękne widoki, kocham góry :)

    OdpowiedzUsuń
  14. Kolejną mega świetną podróż z Wami odbyłam. Góry przepiękne, ale zdjęcia kóz - cudne, rozwalają system.:)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. O tak, kozy potrafią rozwalić system, zwłaszcza przy bliższym poznaniu. :D

      Usuń
  15. Koza na tle gór? Powinnaś wysłać to zdjęcie na jakiś konkurs. Nagroda murowana!
    Kość niezgody intrygująca...
    Serdeczności

    OdpowiedzUsuń

Pewnego dnia wymyśliłam sobie, że będę dzielić się pięknem świata, którego doświadczam podczas swoich wędrówek. Że będę pisać ku pokrzepieniu serc i być może zachęcać do podróżowania. W tym samym celu wydałam książkę, czyli dla Waszej przyjemności. Czasami piszę też o Bogu, który jest dla mnie najważniejszy i dzielę się chętnie swoim studium biblijnym.
Jednak nie robię tego dla poklasku, nie chcę samych duserów.
Dziękuję za każdego czytelnika, który podzieli się ze mną swą refleksją miast "odhaczonym" komplementem. Jestem wdzięczna za każde nasze wspólne rozważanie. Za komplementy dziękuję, ale nie na tym mi zależy. Proszę rozważ to nim pozostawisz po sobie te dwa/trzy słowa :) i tak zwyczajnie: porozmawiajmy.