Wędrówki:

Zakładki dotyczące wędrówek, są rozszerzone i znajdują się po prawej stronie bloga.

"Odpowiadam za to co powiedziałam, nie za to co zrozumiałeś."

7 czerwca 2020

Goggein – a co się nie da? Musi się dać!

"Bądźcie realistami, chciejcie niemożliwego."
– Milan Kundera "Życie jest gdzie indziej"


u schyłku maja, 2020
Zgodnie z zapowiedzią z poprzedniej górskiej wyprawy, samodzielnie zaprojektowałam wędrówkę na górę, której nazwa nie widnieje na mapach. Poznawszy już szwajcarską mentalność byłam absolutnie pewna, że już dawno powstał jakiś dziki szlak i że Szwajcarzy cieszą się spokojem na tej nieturystycznej górze. Trzeba tylko znaleźć drogę na jakiejś internetowej stronie i zapamiętać, ponieważ nie zaznaczono jej na żadnej mapie szlaków górskich.
   Goggein, znaleźć tę nazwę nie było łatwo, (od tego są notatki i blogi Szwajcarów), jest to góra, która kształtem przypomina stożek jaki wielu z nas rysowało w dzieciństwie, czyli góra o klasycznym kształcie, którą widać już z drogi. Z innej już strony okazuje się, że masyw ten ma dwa szczyty.

To ten szpic nad lasem.
Zdjęcie z poprzedniego wpisu górskiego.
Dwa szczyty Goggeien są osadzone na jednym masywie górskim, który stoi w regionie Toggenburg. Pomiędzy nimi jest tzw. siodło, do którego idzie się dziewiczym lasem. Właściwy kierunek jest łatwo przeoczyć. Ścieżka, choć w dobrym stanie, nie jest oznaczona drogowskazem na tę górę.

Goggein od innej strony.
Stein, krótka historia

Startowaliśmy z miejscowości Stein. Nad ranem był jeszcze senny i ocieniony, ale słońce już zaczynało wkradać się w życie mieszkańców. Miejscowość wzięła swoją nazwę od zamku Starkenstein, który znajdował się na południowym brzegu rzeki Thur. Wzniesiony przez hrabiów Montfort w XIII wieku, był długi czas własnością hrabiów Werdenberg. Zamek został zniszczony przez przemysł górniczy. Podczas wydobywania żwiru osunęła się ziemia i zamek runął.


Początek szlaku

Znalazłam na stronie internetowej: link, trochę wskazówek dotyczących wejścia na tę górę oraz mapkę, stąd pewność, że prowadzi tam wydeptana trasa. Ustaliłam z mężem, że do siodła dojdziemy na pewno, a potem sami ocenimy, czy warto podejmować ryzyko wędrówki na dziko.
   Stąd aż do szlaku górskiego prowadzi krótki odcinek asfaltowy. Później ścieżka meandrowała między drzewami tuż nad brzegiem potoku Durrenbach (wpadającego do rzeki Thur). Wił się pomiędzy głazami, spadał kaskadowo, raz przeciekał ledwie strumieniami, by potem gdzieś w zagłębieniu utworzyć jezioro krystalicznie czystej wody. A potem znów wodospad i rwący potok.
   A las był w moim ulubionym wydaniu. Mnóstwo odmian paproci, języczników, mchów i porostów. Interesujący biotop, barwna ściółka i sporo kwiatów. A zapach obłędny.


Im wyżej wchodziliśmy tym las dziwaczał. Powiedzcie sami, czy te drzewa nie zachowywały się dziwnie? Zamiast rosnąć wygodnie w ziemi, wyrastały z kup kamieni. Raz nawet widzieliśmy jedno takie drzewo, które wyrosło na dachu groty, a ten dach był szerokim głazem grubości 30 cm. Drzewo oplatało go swoimi korzeniami i tak rosło długie lata, bo to wcale nie było małe drzewo.


Na linii lasu środowisko zaczęło mi się kojarzyć z jurą. Białe skały i suche pieńki, mnóstwo skalnych roślin. Powoli docieraliśmy do siodła. Był to dosyć stromy fragment ziemi z kamieniami, ścieżka szła zygzakiem, a na niej już prawie u samego końca dojrzeliśmy parę staruszków.



Siodło Jöggelisberg

Gdy dotarliśmy do końca tego szlaku i przekroczyliśmy drewniany płotek, naszym oczom ukazały się drewniane chaty gospodarcze i szeroki widok na obie strony masywu. Tutaj chwila przerwy na zdjęcia, bo decyzja o ciągu dalszym wędrówki podjęta została automatycznie. W bok biegł wyraźnie wydeptany szlak. Staruszkowie zniknęli nam z oczu, najwyraźniej nie robili postoju. Skoro poszli tam starsi ludzie – a starsi ludzie są raczej rozsądni – to i my idziemy.




Speer – fotorelacja ze zdobywania: link
Z daleka widzieliśmy nasz cel.
Nie lada atrakcją stała się krótka skalista przestrzeń zabezpieczona stalową liną. Dziadków nigdzie nie było widać, więc albo spadli, albo poszli dalej. Obstawialiśmy to drugie, więc ruszyliśmy w ślad za nimi, bo nie mieliśmy pewności, czy szlak wkrótce nie stanie się tylko umowny, wówczas lepiej mieć na oku jakiegoś przewodnika.
   To wspaniała sprawa, że ktoś zadbał o zawieszenie liny. Szlak przecież nie jest szlakiem państwowym, więc najprawdopodobniej zrobił to ktoś prywatnie. Dróżka wiodła prosto, nie wymagała żadnych wspinaczek, po prostu stopa za stopą i do przodu na drugi brzeg.


Siodło Gogge

Znaleźliśmy się pomiędzy dwoma szczytami Geggein, na trawiastym, niedużym siodle. Pod wielką, białą skałą czekała nas ostatnia decyzja, czy wspinamy się? Oczywiście, że tak, przecież rozsądni starsi państwo właśnie tam wchodzili, więc nic nie stoi na przeszkodzie.
   Kilka zdjęć i ruszamy w ślad za nimi. Starsza pani pomachała nam później z samej góry, co odebraliśmy jako zachętę.



Ominęliśmy więc pierwszy szczyt i rozpoczęliśmy wędrówkę na ten drugi, odkryty. Pierwszy bowiem jest w większości zalesiony i prowadzi na niego ledwie wyraźna ścieżka. Jakoś mnie po prostu nie zachęcał. Wiem, że na obu postawiono krzyże z pojemnikiem na "księgę gości". Stawia się je helikopterem, większość gór posiada takie cuś, nawet tych nieoznaczonych na mapach szlakowych.



Żeby wejść na tę górę, trzeba być fizycznie pewnym siebie i nie bać się wysokości. Pierwsze metry są łatwe do pokonania, skały ułożone są jak stopnie. Wg internetu, powinny na ostatnim kawałku być jakieś liny, ale niczego takiego nie zauważyłam. Możliwe, że weszłam od złej strony. To była wspinaczka na czuja, bez wyznaczonego szlaku idzie się tak, jak samemu jest najwygodniej, czyli po prostu do góry.
   Załącza mi się wtedy syndrom kota – kot wlezie wszędzie i w bardzo szybkim tempie, ale potem...

Szczyt Goggein

Satysfakcja z pierwszego podejścia na dziko jest gwarantowana. Rozpierała mnie energia, a już na samym szczycie czekało na nas rozgadane towarzystwo. Starsi państwo pytali skąd wiemy o tym szlaku, bo nie widywali tu nikogo. O tym, że ludzie tu przychodzą, świadczy jedynie księga w puszcze na krzyżu, zapełniona już po brzegi, że ledwo się wcisnęliśmy z samym tylko "Ania i Adam + data". Starsi państwo byli tu już kilka razy i cenią sobie ten szczyt, bo nie jest turystycznie oblegany.

/powiększ
Babcia zrobiła nam kilka zdjęć, nawet parę z dziadkiem, więc mamy wspólną pamiątkę. Sporo opowiadali o swoich przygodach, pytali też o nasze wojaże. Tego dnia ich znajomi właśnie byli Chli Aubrig, babcia akurat dostała od nich wiadomość z tamtego szczytu. My zdobywaliśmy Chli Aubrig w grudniu: fotorelacja



Gadali na okrągło. 😂 Po śniadaniu zostawiłam męża na ich pastwę i poszłam porobić zdjęcia, a nie był to długi spacer, bo powierzchnia szczytu jest mocno ograniczona. Nie ma żadnych barierek, uchwytów, krótko mówiąc natura pełną gębą.



Na dole niby kępka drzew i krzaków, a stąd widać – wyszło szydło z worka – że ktoś się zabunkrował w tych krzakach.

Fotorelacja z wejścia na Santis: link



Nasi towarzysze mieli jakiś problem z telefonem i zajęli się nim bardzo konkretnie. Zadzwonili stąd do biura obsługi klienta i próbowali go rozwiązać. Świetne miejsce do takich spraw, zasięg wszak perfekcyjny.
   Porwałam więc męża na małą sesyjkę zdjęciową. W końcu takie miejsce wymaga uwiecznienia siebie w "pozie zdobywcy".



A tak wygląda perspektywa zejścia na dół.
 Koty wejdą wszędzie, ale...

Tak jak mówiłam, mam syndrom kota. Wejście na szczyt zajęło mi mało czasu, za to zejście to już pokrętna ekwilibrystyka, raz na czworakach, raz na plecach. Raz w pozycji "na pająka", raz "na raka". Jakoś się udało, ale szczerze przyznam, że przeszkadzał mi plecak. Znosił mnie, ciążył, nie pozwalał mi lepiej przywrzeć do skały. Nie dziwię się, że wspinacze skałkowi nie mają ze sobą ekwipunku.
   W domu kombinowałam jakby tu odchudzić swój plecak. Jedzenia ze sobą zawsze mam mało, bo apetyt raczej w górach niewielki, za to zawsze mam dużo wody – tego lepiej nie uszczuplać. Ubrania kolejny problem. Rozsądne jest, by mieć w plecaku kurtkę przeciwdeszczową. Rano nosi się koszulkę z rękawem i cieplejszą bluzę, bo chłodno, potem trzeba to wszystko zdjąć i schować. Koszulki na zmianę mam zawsze dwie – żelazna zasada aby się nie przeziębiać – robisz przerwę? Zmień mokrą koszulkę na suchą. Do tego wszystkiego dochodzi jeszcze aparat.
   Mam dobry mały plecak, który kupiłam w celu trenowania podbiegówek górskich. Ale tam wejdzie  tylko butelka z wodą, więc na kilkugodzinne trekkingi od rana, odpada.
   Dlatego noszę duży plecak, który rano jest zupełnie pusty, a na szlaku staje się pękaty od ubrań.
   Jeżeli kiedyś zginę w górach, to pamiętajcie, że zabił mnie mój własny plecak.

A to naskalne drzewo, o którym opowiadałam na początku. Pod nim widać prześwit groty.

Kolejne spotkanie

W niniejszym lesie spotkaliśmy dwie starsze kobiety (średnia wieku wchodzących na tę górę wynosi 70+). Zatrzymały nas aby zapytać, czy jest przymocowana stalowa lina po drodze od siodła do siodła. Widocznie zdarzało się, że brakowało tego kawałka drutu. Zapewniliśmy, że wszystko jest i że właśnie wracamy z tego szczytu. Ucieszyły się, że szlak został przetarty i poszły dalej.

Już końcówka

Po opuszczeniu tego lasu, ominęliśmy szlak wzdłuż potoku aby urozmaicić sobie powrót. Głównie mieliśmy widok na kolorowe łąki. Obserwowaliśmy na polach prace rolników, na niebie kołujące ptaki drapieżne, a na pastwiskach młode jałówki pasące się z matkami. Bardzo idylliczna strona Szwajcarii, ta najsłodsza jej odsłona rodem z pocztówek.



Koniec

Wiecie, że z samochodu potrafię zrobić prawie tyle zdjęć co na samej wędrówce. Dziś wymyśliłam sobie nawet temat, mianowicie – życie. Domy i ich obejścia. Pracujący ludzie i małe miejscowości.

Grabienie traw.
Domy na zboczu.
Wildhuser Schafberg. (Ostatnio był pod chmurą, więc poprawiam zdjęcie.)
Stworzone dla turysty przy głównej drodze, hotel i restauracja.
Drewniane chaty gospodarcze na zboczu.
Skupisko małych domów, przypuszczam, że sezonowych.
Szlak, którego nie ma, na górę bez imienia.

34 komentarze:

  1. Jeju, ja sobie myślałam podczas czytania, że bałabym się spadnięcia, a potem jak zaczęłaś pisać o schodzeniu to sobie pomyślałam OMMGGGG wtedy to już w ogóle bym się zabiła.
    Te drzewa ze skal to rzeczywiście jakieś magiczne
    PS. Bardzo fajne te fioletowe spodnie hehe

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. P.S. Zwykłe getry z bawełny, dodatkowo cerowane, bo rozdarłam je kiedyś na udzie. :P

      Usuń
  2. No powiem Ci, że sam kształt robi wrażenie...
    Drzewa sprawiają wrażenie, jakby walczyły o miejsce ze skałami.
    Ja podziwiam tamtejszych rolników, jak pod takim katem uprawiają ziemię?
    Skoro spotykacie zaawansowanych wiekiem turystów, to jest dla mnie nadzieja...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ziemię pod uprawę mają pod normalnym kątem, ale pod nachyleniem bywają pastwiska i trawy na siano. A maszyny do zbierania to mają takie, że mucha nie siada. Nie ma możliwości, żeby to spadło.
      Praktycznie 70% a może nawet 80% wędrowców w Szwajcarii to emeryci.

      Usuń
  3. Ten szlak podoba mi sie, choc rzeczywiscie drzewom odbilo, ale bo to trafisz za drzewem? One kieruja sie wlasna filozofia. Siodlo tez przepieknej urody, duzo zieleni, czyli uczta dla oka i nosa. Panorama gor zachwycajaca, ale cel juz mniej. A ostatnia wspinaczka to moze jest atrakcja dla kozic i dla Ciebie, ale mnie sie wcale nie podoba. A na samym szczycie to juz mi niedobrze, nawet wirtualnie, choc widoki calkiem, calkiem. Czyzby na halach zolcily sie jeszcze mniszki?
    Dla mnie jestescie bohaterami, mnie sciagalby stamtad helikopter i to po uspieniu, nie zlazlabym za nic na swiecie.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Mniszki kwitną w niektórych miejscach, zależy od wysokości. W samej dolinie już dawno lato, a w górach gdzieniegdzie nadal wiosna. Przypuszczam, że w tych wyższych partiach, przyroda nadal jest uśpiona i na wiosnę dopiero czeka.
      Nos był bardzo zadowolony, łąki pachną wyjątkowo intensywnie. :)

      Usuń
  4. No, Kochana! Znów podniosłaś mi ciśnienie samym tylko czytaniem treści i fotkami, które pokazują stromiznę. Ufff... podziwiam Was za odwagę i determinację (zwłasza podczas schodzenia). No ale radość zdobywania i ten triumf zwycięstwa wynagradza Wam wszelkie trudy :) Pozycja zdobywczyni mówi zresztą sama za siebie :)
    Warto było, bo cała przyroda tych okolic jest absolutnie niezwykła...
    Brawo!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Warto jest wyjść z domu, a rodzaj przygody zależy już od nas. Moje wędrówki kreuje otoczenie, właściwie bardzo rzadko wyjeżdżam poza jej obręb, czyli dalej poza sąsiednie kantony. Świat jest bardzo różny ale też bardzo podobny do siebie. Wiele razy słyszałam, że to co tu pokazuję, przypomina jakieś miejsce w Polsce, albo gdzieś na drugiej półkuli. Fajnie byłoby wyrobić własne zdanie. Może kiedyś będzie mi dane np. poznać lepiej południową część ojczyzny. :)

      Usuń
  5. Ciekawe te drzewa, które wyrastały z kamieni. Bardzo interesująca musi być taka wyprawa w góry 😊

    OdpowiedzUsuń
  6. Genialna góra, świetnie spędzony czas. Ciekawe, że pomimo tego, że góra nie jest oznaczona na szlakach, zamontowano na niej liny. Mi też łatwiej się wchodzi, a potem stresik jak zleźć :D!!! Odnośnie plecaka, jeśli schodzicie tą samą trasą, mogłabyć go skitrać w krzakach, ale nie będziesz miała gdzie wsadzić aparatu, więc odpada. Hmmm.... nie ma rady, musisz się przyzwyczaić ;D!!!
    Piękne fotki, rzeczywiście jak ze szwajcarskiej pocztówki :D!!!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. To ponoć nie jest szlak państwowy, ktoś to zamontował prywatnie i samo to już jest fascynujące. W niektórych miejscach były dziwnie przymocowane, np. na linii kostek stóp. Ale nie ma na co narzekać, mocna i porządna robota.
      Też myślałam, by plecak zostawić pod górą (ludzie np. zostawiają pod górami wspinaczkowymi kijki i inne niepotrzebne akcesoria), ale mój aparat nie jest kieszonkowy... -_- No i zazwyczaj jemy na górze śniadanie. XD

      Usuń
  7. Witaj Aniu.
    I znowu sobie wirtualnie powędrowałem.
    Fizycznie bym już nie dał rady.
    Pozdrawiam serdecznie.
    Michał

    OdpowiedzUsuń
  8. Niesamowita wyprawa i podziwiam Was za te górskie wyprawy i wspinaczki, bo skałach na pewno nie było łatwo, szczególnie schodząc. Super, że ktoś zamontował line, zawsze jakieś ułatwienie i jest czego się złapać.

    OdpowiedzUsuń
  9. Aniu, Wy to jednak jesteście mocno pozytywnie zakręceni wariaci :D. BRAWO WY!!!
    Piękne widoki, a wspinaczka wprawiała mnie o szybsze bicie serca. Zdjęcia mistrzostwo!
    Podziwiam staruszków. I pomyśleć, że za kilka lat, będą o mnie mówić staruszka :D
    Strach się bać...
    Pozdrawiam Cię ciepło.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Starość z jakąś fajną pozytywną pasją nie prezentuje się wcale tak źle. Każdego czeka i póki można, dbamy o jej jakość z wyprzedzeniem. :) Mam pozytywne nastawienie do starzenia się, a jesień zawsze byłam moją ulubioną porą roku. ;P

      Usuń
    2. Chciałabym dożyć 70 -tki, może i więcej. I nie boje się zmarszczek, tylko o swoją kondycję i stan zdrowia.
      Właśnie otrzymałam wynik biopsji, czeka mnie klinika. Jutro idę do lekarza po skierowanie.
      Pasje, marzenia, to wszystko mam. Prawie trzy lata źle prowadził mnie poprzedni lekarz. Złą diagnozą dopuścił do rozwinięcia się groźnej choroby.
      A teraz przede mną wielki znak zapytania. I jak tu być optymistą? Kiedyś byłam wielką optymistką. Kiedyś...
      Wiem, że starość może być piękna, pogodna. Chciałabym być w przyszłości w miarę zdrową staruszką...
      Przepraszam za ten smutny komentarz. Proszę, trzymaj kciuki.

      Usuń
    3. Rzeczywistość jednak stąpa twardo na ziemi, a my tuż za nią. Czasami na dwóch nogach, czasami na czworakach. Sama nie mogę być pewna czy za kilka, kilkanaście, kilkadziesiąt lat nie złoży mnie choroba. Są sprawy, na które nie mamy wpływu. Wierzę, że moja dbałość o kondycję fizyczną jest moją składką emerytalną i zdrowotną, ale nigdy nie wiadomo. Jednakże wierzę nadal, że najgorsze mnie ominie.
      Również kiedyś lekarz leczył mnie na coś innego i na koniec przewlekła choroba (którą w końcu wyleczył inny doktor) okazała się na zawsze osłabić mi odporność. Pomyłki w medycynie nie są mi obce. Jeszcze dawniej jeden błąd pozbawił mnie całkowitej sprawności. Papiery tajemniczo zaginęły, nie należy mi się renta, ani sąd ani prokurator mi nie pomógł. Świat bywa okrutny. Ale póki co, radzę sobie.
      Pierwsza przypadłość niesie za sobą ciekawą historię. Być może Ci już o tym mówiłam, a może nie... nie pamiętam. Modlono się o mnie i zostałam uzdrowiona. Odporność wróciła, minęły chyba jakieś 2 lata, ani razu nie rozchorowałam się od tamtego czasu. A druga przypadłość nie przeszkadza mi. Mam po prostu krótszą i mniej sprawną manualnie rękę.

      Usuń
  10. Wow. Magiczne miejsca! :)

    Rośliny to takie ciekawe organizmy, że poradzą sobie w najbardziej ekstremalnych sytuacjach i ukorzenią w miejscach na pozór dla nich zupełnie nie do życia. U mnie zaczynają rosnąć na foli, która przykryta jest mnóstwem kamieni. Wcisną się w każdą wolną przestrzeń ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Zadziwiające, że w domu potrzeba czasem tyle zachodu, bo jak coś roślinie nie pasuje to umiera. Może posadzę moją kapryśną paprotkę na kamieniach na kilka tygodni to zrozumie i doceni, że ma naprawdę dobre warunki i zacznie w końcu ładnie rosnąć. 😅

      Usuń
  11. alpiniści radzą, żeby nie wybierać się na nic, z czego nie potrafisz zejść. to znakomita rada, chociaż chęci (jak zwykle) zdają się być większe od możliwości. dobrze, że udało się zleźć - bo o tym, że się gdzieś było wiadomo dopiero, kiedy się wróci. i opowie oczywiście.
    obyś miała o czym opowiadać jeszcze długo.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Każda góra ma inne warunki. Goggein jest obły i ja podczas schodzenia nie widzę gdzie nogi stawiać. Podobny przypadek miałam na Margelkopf, a byłam na nim już dwa razy. Alpinistom chodzi o zagrożenie życia i zdrowia, mnie tylko o to, że zajęło mi to jeden raz dłużej niż wchodzenie, bo dodatkowo plecak przeszkadzał. Ale zagrożeń żadnych nie było.

      Usuń
  12. Trzeba mieć odwagę by stawić czoła nowym nie do końca przetartym szlakom :) Szczerze gratuluję tej wędrówki i widzę, ze się opłaciła, przepiękne widoki, miłe znajomości i świetna przygoda. Hehe tak się właśnie zastanawiałam czy najtrudniej będzie zejść :D Grunt, że jakoś z tym plecakiem dałaś radę hehe. Pozdrawiam serdecznie <3

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Doświadczenie sprawia, że o jakiejś tam odwadze się nie myśli, to tylko następna droga. Trzeba sprawdzać i mierzyć siły na zamiary. Jeżeli na pierwszy rzut oka widać, że nie damy rady ani w jedną ani tym bardziej w drugą stronę, lepiej zawrócić. Ale znamy mentalność niektórych człowieka i historie śmiertelnych wypadków ludzi, którzy kreują w ten sposób powagę zagrożeń w górach. Najgorsza na szlaku jest brawura. I oczywiście japonki. :D

      Usuń
  13. To dopiero radość dotrzeć na sam szczyt i zostawić wpis przy krzyżu. Widoki z góry niesamowite, domki jak budowle z klocków a drogi jak niteczki. Spotkane na szlaku babcie to wytrawne wspinaczki. Przed kilku laty chciałam dotrzeć do Czarnego stawu, ale w połowie drogi zawróciłam. Nie miałam siły, bo za mną była piesza trasa z Łysej Polany, to chyba 10 km.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. I ile jeszcze kilometrów było do Czarnego stawu?
      Kilometry są sobie nierówne, zazwyczaj przemierzamy w górach około kilkunastu, rzadziej 20. Zmęczenie rozkłada się na... sama szczerze powiem, że nie wiem na co. Niby górski szlak wydaje się najtrudniejszy, ale ostatnio zmachaliśmy się na 10-kilometrowym leniwym spacerze po płaskim terenie. 😅 Czułam się jakbyśmy zrobili 20 km pod górę. 😅 I jak to wytłumaczyć? 😄

      Usuń
    2. To było jakieś połowę drogi od Morskiego Oka. Siostra, ciut starsza ode mnie weszła, ale z zejściem miała problem. Najchętniej wezwała by helikopter do pomocy. No, ale chciała sobie udowodnić, że da radę mimo wszystko. Ja tak nie potrafię.

      Usuń
    3. W górach bardzo ważne jest mierzenie sił na zamiary. Na stokach nie ma miejsca na udowadnianie sobie czegokolwiek, trzeba myśleć. Ja tu sobie często pozwalam za żartobliwy opis, faktycznie czasami mam jakiś problem przy zejściu, ale sytuacji nigdy nie powoduje zagrożenia zdrowia i życia. Jeżeli mam jakiekolwiek wątpliwości, to po prostu nie wchodzę. Wycof już niejeden raz miałam i się tego nie wstydzę.

      Usuń
  14. Słuchaj, Aniu, jestem zauroczona Twoimi zdjęciami. Są perfekcyjne, idealne i to one zapierają dech. Co zdjęcie, wstrzymany oddech, zapewne nie tylko ja. Genialnie fotografujesz!
    Serdeczności zasyłam

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Tak naprawdę w górach nie potrzeba mieć żadnych super umiejętności do fotografowania. Zwłaszcza przy takich warunkach i przejrzystości powietrza. Ale dziękuję za miłe słowa.
      Są jednak fotografowie, którzy potrafią wyczarować takie zdjęcia na górskiej wędrówce, że aż żal ściska, że mnie się nigdy nie udało takiej pracy wykonać na aparacie. Do spektakularnych zdarzeń trzeba mieć po prostu szczęście.

      Usuń
  15. Ten cytat na początku z Kundery świetny :)

    OdpowiedzUsuń
  16. Oto świetny przykład, że nienawiść-uczucie powszechnie uważane za negatywne-potrafi tak pozytywnie zmotywować. Jak dla mnie- to jedna z Waszych najfajniejszych wypraw:-) Widoki ze szczytu jak i z całej wspinaczki epickie.
    Pozwolę sobie podpatrzeć Twoją 'pozę zdobywcy'. Sfocę się w niej jak w końcu gdzieś wlezę. I może nawet pokażę na blogu.
    A jak Twoje uczucia do Goggein'a? Nadal go nienawidzisz?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Powszechnie wiadomo, że ja nienawidzę gór. 😈 Muszę je brać pod swój spiżowy sandał, inaczej nadal czułabym się tu malutka i pokonana...
      "Poza zdobywcy" jest u mnie chyba od pierwszej wędrówki zakończonej sukcesem. 5 lat blogowania w Szwajcarii i każde większe wyzwanie celebruję w tej lub podobnej pozie, którą zaczerpnęłam z symboli sportów sylwetkowych Body Building.
      Teraz na Goggein patrzę jak na swój podnóżek. 😅😅😅

      Usuń
  17. Zazdroszczę Ci a właściwie to zazdroszczę tym starszym ludziom których spotkaliście na szczycie. Jeszcze niedawno chodziłam tak po Tatrach... no ale cóż musiałam zakończyc swoje wędrówki bo już nie te siły...i nie te lata.
    Jestem pełna uznania dla Ciebie Anno.
    A poza zdobywcy rewelacyjna!!!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nie te siły i nie te lata... te słowa nie pasują mi do tego co widzę na szlakach górskich. Ponad połowa wędrowców to 70+.

      Usuń

Pewnego dnia wymyśliłam sobie, że będę dzielić się pięknem świata, którego doświadczam podczas swoich wędrówek. Że będę pisać ku pokrzepieniu serc i być może zachęcać do podróżowania. W tym samym celu wydałam książkę, czyli dla Waszej przyjemności. Czasami piszę też o Bogu, który jest dla mnie najważniejszy i dzielę się chętnie swoim studium biblijnym.
Jednak nie robię tego dla poklasku, nie chcę samych duserów.
Dziękuję za każdego czytelnika, który podzieli się ze mną swą refleksją miast "odhaczonym" komplementem. Jestem wdzięczna za każde nasze wspólne rozważanie. Za komplementy dziękuję, ale nie na tym mi zależy. Proszę rozważ to nim pozostawisz po sobie te dwa/trzy słowa :) i tak zwyczajnie: porozmawiajmy.