Włochy, Południowy Tyrol – Seekopf (2635 m).

↻ część poprzednia

31 sierpnia, 2019
Planowanie na kolanie rozpoczęło się nad jeziorem, z którego wystawała kościelna wieża, ściągająca turystów jak rój os do zepsutego owocu. Jest w tym jakaś alegoria, wszak wieża należy do zalanego miasta, co może być nawet metaforą przemijania połkniętych przez przyrodę cywilizacji.
   W dalszym planie był krótki spacer cichymi ulicami, aż do stacji kolejki linowej o niespecjalnie wygórowanej cenie. Pierwsze zdjęcie zostało zrobione przez szybkę wagonu, a przedstawia ono szkocką krowę, moją ulubioną rasę. Wysiedliśmy na stoku leciutko tylko owianym przyjemnie chłodnym powietrzem.
   Warunki były bardzo zmienne, od cienia po jaskrawe słońce. Będzie tym razem widać wielką różnicę w zdjęciach, które zostały zrobione aparatem, a które telefonem.


Po nerwowych godzinach kiedy emocje wreszcie już opadły, rozsiedliśmy się wygodnie na tarasie restauracji. Podeszła kelnerka, zamówiliśmy śniadanie, pani wszystko zanotowała, po czym oznajmiła, że kuchnia jest zamknięta, ale spyta szefową czy zamówienie jednak będzie mogło zostać zrealizowane. Okazało się, że nie ma na to szans. Opuściliśmy lokal i poszliśmy zjeść kanapki na szlaku.
   Miałam wrażenie, że czuwał nad nami jakiś zły duch, robiąc wszystko żeby zepsuć nam ten dzień. Niech mi ktoś wyjaśni po co lokal jest otwarty, skoro nie mogą podać nic do jedzenia?


Podobały mi się drewniane szlakowskazy, ale żaden z tych widocznych nie był naszym kierunkiem. Robiąc to zdjęcie jeszcze nie znałam celu, a wyznaczał go ten zwrócony prosto, którego napisów nie widać.
   Byłam już raz we włoskich Alpach. Szlak nasz wtedy kluczył po granicy szwajcarsko-włoskiej. Pamiętam, że było bardzo gorąco. Piękna tama i czyściutkie jezioro były jednak warte wspinaczki, bo takie miejsca robią największe wrażenie z lotu ptaka.
   Jeżeli macie chęć zerknąć, zapraszam do archiwum:


Ledwie tylko wstąpiliśmy na wyższy szlak, naszym oczom ukazała się górska sawanna pełna wielkich grzybów. Niestety nie byliśmy wyposażeni w dodatkowe siatki, więc nazbieraliśmy tyle, ile się dało pomieścić w lunch-boxach.
   Nikt nie mógł się spodziewać takiego znaleziska. To było miłe zaskoczenie. Zaś nad nami nieziemskie widoki.


Dzięki pięknym chmurom nie musiałam się martwić o zgrillowanie żywcem. Słońce raz po raz pojawiało się i znikało, a wszystkiemu towarzyszył taniec białych kłębowisk, wypiętrzających się wyżej i wyżej. Nie był to dobry zwiastun, ale czas działał na naszą korzyść.
   Przed nami do pokonania niezły kawał suchej sawanny. Przez długi jeszcze czas mijaliśmy pełno grzybów.

/powiększ.
Tutaj szlak zaczął się unosić, zabierając nas w bardzo ciekawe miejsce. Początkowo wydawało się, że krajobraz nie ulegnie zmianie, że to wciąż pustkowie, skądinąd piękne i już jesienne. Rdzawe połacie przemijających traw wyglądały zjawiskowo na tle skał o zbliżonym kolorze. Jeszcze kępy zieleni zdobiły ten stok, a całość pięknie kontrastowała z błękitem i bielą nieba.



Chmury dały nam pokaz swoich możliwości. Artystyczny występ podniebnej ekwilibrystyki zdumiewa mnie za każdym razem, a im bliżej nich jestem, tym wszystko wydaje się bardziej niesamowite.


Nie byłabym sobą gdybym nie zerknęła w dół. Wody Lago di Resia błyskały w słońcu, a okoliczna zabudowa z tej perspektywy przypominała makietę.
   Lubię zatrzymać się na dłużej w zamyśleniu nad doliną. Spróbować zrozumieć zachwyt Boga pochylającego się nad naszym zwykłym życiem, kiedy obserwuje jak ono płynie. Mam tą samą radość kiedy patrzę na swoich podopiecznych w terrarium. Zabawne porównanie, ale jakże prawdziwe. Tak samo cieszy mnie obserwacja życia, ale ono jest ode mnie dużo bardziej zależne. Ograniczyłam je. Nie mają żadnego wyboru w przeciwieństwie do nas, ludzi.



Wygląd krajobrazu zmienił się niedługo później, przyjmując barwę szmaragdu. Wspaniałe są takie znaleziska, bardzo lubię oglądać kontrasty. Na żółtej, spalonej słońcem ziemi, krystalicznie czysty zbiornik wodny.
   Górskie wody są zjawiskowe, poświęcam im zawsze sporo uwagi, przywożę w doliny mnóstwo zdjęć. Podobają mi się wszystkie i później trudno mi jest wybrać dla Was jedno najlepsze.
   Jak zawsze ekscytujący krajobraz. Góry potrafią zaskakiwać i zachwycać.



Nasz szlak znów wywiódł nas wysoko, tym razem było troszkę trudniej, bo słońce mimo wszystko było obecne w pewien nikły może sposób, ale kiedy tylko wychylało się zza chmury, dało odczuć swój południowy temperament.
   To nie była długa wędrówka, ale nie miała nią być z założenia. Trochę dnia straciliśmy na samym, dość konfliktowym dojeździe i do samego końca nie opuszczało nas uczucie tkwienia w epicentrum szatańskiej intrygi.
 


Dotarłszy na szczyt Seekopf, usiedliśmy pod górką ułożoną ciasno z małych kamieni. Na jej wierzchołku stał krzywo drewniany krzyż o niewielkich rozmiarach. Zdobycie tej góry nie przyniosło może jakiejś wzniosłej satysfakcji, ale samo znalezienie się tutaj, związało nas mocno uczuciem wytchnienia i zdystansowania się do całości minionych wydarzeń. Można powiedzieć, że endorfiny musiały wykonać swoją robotę, aby przeminął nasz żal.



Był to poniższy szczyt. Następny obiekt westchnień znajdował się w zasięgu wzroku (za moimi plecami na powyższym zdjęciu) w całkiem przyjemnej odległości. Zdobycz w sam raz na koniec włoskich podbojów. Ale te chmury wokół zaczęły się jątrzyć jak zepsuta rana. Przyznaję, że piękny to widok, ale istnieją chmury złe i dobre.
   Zazwyczaj na wycieczkach towarzyszą nam dobre, przyjazne kłębuszki, zaś to byli szarzy nieprzyjaciele górskich wędrowców. Za godzinę tutaj mogła zajść diametralna zmiana pogodowa, więc poprzestaliśmy na niniejszym szczycie.
   Znowu coś się nie udało i szczerze mówiąc, nawet nie chciało mi się tam iść. Naprawdę – mnie – nie chciało się zdobywać. Miałam ochotę wrócić do domu i zająć się suszeniem grzybów.
   Pokrzepiwszy się tą myślą, zaanonsowałam powrót w dolinę. Przecież jasnym jest, że jeżeli zbliża się burza, to nie idzie się pod metalowy krzyż.
   Zaczęło padać ok. godzinę później.

Nieosiągnięty szczyt.


A chmury dalej czarowały i ośmielały do robienia zdjęć. Góry są środkiem do przemian, a celem jest człowiek. Wędruje się nie po to aby zdobywać, ale po to, by stawać się kimś lepszym. Nie po to aby mydlić sobie oczy światowym twierdzeniem, że trzeba szanować swoje ciało, ale po to, by ciało służyło człowiekowi. Szlak przyświeca też innemu celowi – człowiek zaczyna rozumieć jak wielu rzeczy nie potrzebuje do przeżycia i jak wiele rzeczy mu szkodzi.
   Każdy górski szlak w moim odczuciu ocieka specyficznym blaskiem, do którego opisania nie jestem nawet zdolna. Słowa ukryte w szeptach wiatru są jak niespodziewany pocałunek przyjaciela, który następnie mówi Ci, że jesteś dla niego wszystkim. Pozbawiona erotyzmu, najczystsza miłość, to wielka łaska. Tylko nie każdy potrafi ją przyjąć.



Nie zabrakło nam jednak tej odrobiny szaleństwa, która potrafi eksplodować dosłownie wszędzie. Dla mnie wędrowanie po górach jest jeszcze czymś w rodzaju aktywnej i nieprzewidywalnej przygody, a w połączeniu z dzikością w której się znajduję, odczuwam pełnię istnienia w jedynej i niepowtarzalnej formie.



Bzyczuszek bombeluszek został przeze mnie wygłaskany.
Póki dobrze było widać, jeszcze trochę zdjęć doliny z najwygodniejszego punktu widzenia. W górach nie pamięta się o codzienności, a telefon nie ma zasięgu, by przypomnieć o problemach. Nie ma nic, co nie byłoby nam absolutnie niezbędne do przetrwania. Nie ma internetu, który kusiłby dawno nieotwieraną skrzynką wiadomości. Nie ma telewizji, która uczy jak skutecznie zabijać czas. W górach czas się celebruje, człowiek jest go świadomy, a jego duch trzeźwy jak rzadko.




Szlak zazielenił się w obrębie turystycznego zgiełku, gdzie kolejka górska przywoziła regularnie nowych turystów, chcących odpocząć w drewnianej chacie restauracyjnej. Nieopodal obszerny plac zabaw w postaci zamkowej warowni obiecywał skuteczne zmęczenie podopiecznych. Życie tutaj, jak widać, rozpoczyna się dopiero późniejszym popołudniem.
   Deszcz złapał nas gdy już dochodziliśmy do stacji kolejki.


Na sam koniec jeszcze przed złapaniem wagonika, swoim zwyczajem dla przyjemności zrobiłam sobie krótki stretching. Po ostatnich ruchach zauważyłam maślany wzrok pana w budce kontroli wyciągu. Siedział z nogą założoną na kolano i gapił się z półuśmieszkiem tym swoim plugawym wzrokiem. Nienawidzę takich typów, mam złe doświadczenia w podobnych sytuacjach, tacy rzadko bywają bierni. Na szczęście, nie byłam sama.

Ostatnie zdjęcie zrobione we Włoszech. Przez okienko z kolejki linowej.

Jeżeli nie macie jeszcze dosyć włoskich krajobrazów, zapraszam na lody:
   ➤ Na lody do Colico.


Ostatnie już zdjęcia z powrotu do domu zostały zrobione na ziemi szwajcarskiej.
   Wynik podróży: nic się nikomu nie stało, wszyscy cali i zdrowi, także bez trwałych uszczerbków na zdrowiu psychicznym.


Hotel – Tarasp Vulpera, Villa Engiadina (1902 rok).
Budynek secesyjny przypominający zamek.

Następnym razem gdy tam pojedziemy, wybierzemy dzień roboczy, środek tygodnia.
   Zdeterminowani i zapobiegliwi do granic możliwości. Bo ja chcę znaleźć się na Stelviopass!

37 komentarzy:

  1. Widziałam ten zalany kościółek od drugiej strony :)
    Piękne widoki, rewelacyjna wycieczka, bardzo zazdroszczę. Ale chyba głównie tego, że masz z kim chodzić po górach. Samemu trochę się boję, ale jednocześnie nie mam w swoim otoczeniu nikogo, kto kochałby góry tak jak ja :(

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Czasami chodzę po górach sama, czego się boisz? :)

      Usuń
  2. Aniu
    Twoje zdjęcia zaskakują, niepowtarzalne i piekne🤗
    Całe Twoje podróżowanie, takim jest❤️
    Pozdrawiam najserdeczniej na kolejne miłe dni 🌻

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Z tą niepowtarzalnością bym nie przesadzała. ;P :) Trudno jest sfotografować inaczej, bliźniaczo podobne do siebie góry. Ale staram się, by Was nie zanudzić. ^_^
      Pozdrawiam i miłego czasu. :)

      Usuń
  3. cofnęłam się do poprzedniego wpisu aby mieć pojęcie o co chodzi z tym niefartem.
    i nie dziwię się Twojemu rozczarowaniu i gniewowi. zwłaszcza, ze sprawdzaliście wcześniej czy nic nie stoi na przeszkodzie. całe szczęście, ze mieliście plan awaryjny.
    taniec chmur, ich zapasy, przewalanie się przez wierzchołki- to cudowne widoki. ale masz rację, są tez chmury, które wręcz wrzeszczą, ze będzie się działo źle. bywają ludzie, którym trudno jest wtedy odpuszczać zdobycie szczytu. a przecież góry nadal tam będą. czasami lepiej i bezpieczniej jest zawrócić, tak jak Wy :)
    miałam w planach odwiedzenie Santa Marii, ale na trzy moje pobyty we Włoszech jakoś mi to jeszcze ani razu nie wyszło :) może kolejnym razem? na razie zachwycam się Twoimi zdjęciami :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Plan awaryjny najprawdopodobniej by nie powstał gdybyśmy nie mieli mapy ze szlakami górskimi w telefonie. Nie planowaliśmy 'planu B' wcześniej, kto by przypuszczał, że będzie potrzebny.
      Ludzie nie chcą odpuszczać, bo ogranicza ich czas. Krótki urlop, grafik napięty i upór murowany. No i druga rzecz, często spotykam się z niepoważnymi wypowiedziami mężczyzn opowiadających o swoich ryzykanckich podbojach, którzy za wszelką cenę darli na szczyt. Mam wrażenie, że zbyt duża ilość testosteronu też sprzyja tragediom na stokach.

      Usuń
    2. przyznaję, ze ja też, kiedy ruszam na jakiś szlak, nie mam w zapasie planu awaryjnego. odpukać, jeszcze nie był mi potrzebny. zazwyczaj zabieram ze sobą papierową mapę danego regionu, a poza nią, mam tez aplikację w telefonie ze szlakami. bardzo fajna sprawa :)
      być może masz rację z tym testosteronem. a z tym czasem to już na pewno. bo załóżmy jedzie taki ktoś kilkaset kilometrów na urlop, raz w roku chce iść w góry, a tu burze i deszcze niespokojne na horyzoncie, ale skoro już przejechał taki szmat drogi..."to ja nie pójdę? ja nie zdobędę?" oczywiście, to nie wszyscy. to przypadki, których mam nadzieję będzie coraz mniej.
      ps. ja też rzadko robię czarno białe zdjęcia, a właściwie wcale. bo tak jak napisałaś i mnie szkoda kolorów.
      dzięki :)

      Usuń
    3. Ostatnio w górach zrobiłam całą serię czarno-białych zdjęć przez przypadek. Słońce sprawia, że nie widzę nic na ekranie i omyłkowo źle ustawiłam aparat. ;D Ale powiem Ci, że ładnie wyszły. Tylko że i tak pewnie na blog wstawię kolorowe, bo jednak... jednak kolory to kolory. :D

      Usuń
  4. Chyba nie masz zadnych watpliwosci, ze nie poszlabym sie tam wspinac, ale widoki zrobily na mnie wielkie wrazenie, szczegolnie te z jeziorkiem. Lubie bowiem siedziec wygodnie w domu i ogladac sobie taka zachwycajaca panorame Poludniowego Tyrolu, zwlaszcza okraszonego oczkami wodnymi (mozna sie tam kapac, czy zabronione?).
    Ja rowniez bylabym wsciekla, gdyby odmowiono mi zarcia w otwartej restauracji, po TAKIEJ wspinaczce? To po prostu skandal!!! ;)
    No i oczywiscie bardzo Ci sie dziwie, ze okreslasz obiektem westchnien jakas obrzydliwie wysoka i skalista gore, zamiast swojego meza, ale bywaja rozne dewiacje. Ja wolalabym chlopa :)))
    No i widze, ze nie tylko w Polsce krzyzuje sie gory metalowymi krzyzami, bardzo madre!
    A deser w postaci puchatego owada po prostu rzucil mnie na kolana, auc! :))

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. W takich oczkach wodnych można się kąpać jeśli jest się Morsem. Ja raczej z własnej woli bym się tam nie zanurzyła. :P
      Mam dwa w jednym. Chłopa i górę. :D A zachwyty udostępniam tylko te, które wypada. :D
      Dlatego my staliśmy pod drewnianym i krzywym krzyżem. Na bank pioruny walą w tamten drugi. :D
      Puszków bzyczuszków tam sporo było. Na jednym zdjęciu widokowym nawet załapał się taki w locie. Śmiesznie to wygląda, jak lecący nabój. Miłe i puszyste były. :))

      Usuń
  5. Podobno włoskie lody są najlepsze na świecie, ale nie bywam tyle, by to sprawdzić.
    Ten szmaragd zbiorników wszelakich budzi podziw, a staw, jezioro wśród górskich szczytów to niezwykła niespodzianka, zwłaszcza oglądana z góry.
    Fajna ta szkocka krowa, niczym wielka maskotka, aż chce się pogłaskać:-)
    Może w tej restauracji do pewnej godziny była samoobsługa?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Szczerze mówiąc, nie czułam różnicy. Lody były dobre i zimne. Po prostu. :P
      A kiedyś myślałam, że ten szmaragd to oszustwo twórców pocztówek, że zdjęcia podrasowane. :P
      Samoobsługa w kuchni? Nie, no co Ty. Inaczej nie byłoby kelnerki odmawiającej nam strawy. Napoje były dostępne, np. kawa, ale kofeina przed wspinaczką to byłaby dla mnie porażka. ;)

      Usuń
  6. Coś pięknego, zwłaszcza to małe, szmaragdowe jeziorko.
    Cudowne chmury, a jak napisałaś, że zaczęło padać, pomyślałam o tęczy. Raz widziałam tęczę w górach, niesamowitą - cudowny widok.

    Cieszę się, że znowu u Ciebie jestem i mogę czytać.
    Pozdrawiam serdecznie 🥰🌺.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Miło mi znów Cię widzieć :)
      Tęcza zdarza się i jest niesamowita na takim tle, ale nie jest częsta. Albo ja mam pecha do zjawisk. Nawet Widma Brockenu nigdy nie widziałam, a tyle już łażę po tych górach.

      Usuń
  7. Jak pięknie być na szlaku, masz rację w takich chwilach człowiek uswiadamia sobie jak mało do szczęścia jest mu potrzebne. Widoki, małe jeziorko cud miód. Aż ma się ochote zabrać plecak i spacerowac tam z Wami uwalniając myśli i ciało od codzienności.
    Tak pięknie napisałaś, że:
    "Słowa ukryte w szeptach wiatru są jak niespodziewany pocałunek przyjaciela, który następnie mówi Ci, że jesteś dla niego wszystkim. Pozbawiona erotyzmu, najczystsza miłość, to wielka łaska. Tylko nie każdy potrafi ją przyjąć." Cytat kradnę do swojego zeszytu cytatów :-)

    Cieplutko pozdarawiam

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Częstuj się. :) Słowa publikowane są po to, by zrobiły swoje w świecie. :)

      Usuń
  8. Znów porcja gór. :) Nad morzem to jest ciekawa sprawa oglądać takie widoki.

    A odpoczęliśmy, aktywnie dość ale bez przesady. Tak jak należy. :)

    Pozdrawiam!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dawno nie było jakichś podziemi czy jaskiń, prawda? Ciągle te wysokości... :P

      Usuń
  9. Zachwycające widoki, te szmaragdowe jeziorka. mgły i chmury, ale wy jesteście najlepsi :)) Pozdrawiam.

    OdpowiedzUsuń
  10. co tam łopocze w tych chmurach? Wygląda jak zjadany przez nie latawiec.
    I co to jest "lunch-box", u licha?!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Gdzie latawiec?
      Lunch-box takie plastikowe pudełko do przetrzymywania w nim jedzenia - ale to zdanie było za długie, więc użyłam nazwy. Może łatwiej byłoby "śniadaniówka"? Nie wiem sama.

      Usuń
    2. Yyy... No, na tym zdjęciu czwartym od góry, z chmurami. Coś jakby między szmatą a latawcem.

      Usuń
    3. Z przymrużeniem oka patrzę na to pytanie. Naprawdę? O_o

      Usuń
    4. No, naprawdę nie wiem, co widzę!

      Usuń
    5. Być może dlatego, że nie chcesz tego widzieć. Twój umysł zasłonił przed Tobą lodową górę, a Ty zdaje się, nie lubisz gór. I mamy odpowiedź. :)

      Usuń
    6. Górę?
      O, mamuńciu!
      A ja już byłam gotowa doszukiwać się nawet części samolotowych :))

      Usuń
    7. Powiem Ci, że jak spojrzałam Twoimi oczami, zobaczyłam tam (idąc za sugestią) pomiętą koszulkę. ;D ;D

      Usuń
  11. Oczywiście zapomniałam o najważniejszym: bzykuszku! Mojecudosłodkiekochaneajajajaj!

    OdpowiedzUsuń
  12. Kontrast kolorów bajeczny. Szmaragd, ultramaryna, impresjonistyczne zamglenia cud- miód. A do tego realizm w spojrzeniu na piękno i widoki. Bajeczne. Jesteś wielka!
    Serdecznie pozdrawiam

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ja wielka?! To nie ja to zrobiłam! To tam już było jak przyszłam. :P

      Usuń
  13. Piękna wyprawa, piękne słowa! Piękni Wy! Tacy radośni wędrowcy!

    OdpowiedzUsuń
  14. Pięknie! Przepięknie! Nie napiszę co najbardziej mi się podoba bo... wszystko podoba mi się równie bardzo. Zawarłaś tu kilka takich zdań od których dostałam gęsiej skórki i...chyba sobie je zanotuję.
    Lubię obserwować chmury. Lubię patrzeć na nie 'z góry' lecąc samolotem. A widząc te szarości nad szczytem też wróciłabym do domu suszyć grzyby (od razu przypomniała mi się niedawna tragedia z Giewontu).
    Na pytanie dlaczego lokal był otwarty mimo nieczynej kuchni nie znam odpowiedzi.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Cieszę się, że są takie słowa, którymi sięgam głębiej.
      Mąż mówi, że restauracja była otwarta dla kawy i ciastka.

      Usuń
  15. Aniu wspaniała wędrówka, mimo że nie dotarliście do wyznaczonego celu. Trzymam jednak mocno kciukasy i wiem, że z czasem uda się Wam wdrapać na tego trzytysięczaka. Sama już też czekam na kolejną Waszą wyprawę. :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nie w tym roku już raczej, ale plan jest aktualny i na pewno nie zapomnimy. :)

      Usuń

Pewnego dnia wymyśliłam sobie, że będę dzielić się pięknem świata, którego doświadczam podczas swoich wędrówek. Że będę pisać ku pokrzepieniu serc i być może zachęcać do podróżowania. W tym samym celu wydałam książkę, czyli dla Waszej przyjemności. Czasami piszę też o Bogu, który jest dla mnie najważniejszy i dzielę się chętnie swoim studium biblijnym.
Jednak nie robię tego dla poklasku, nie chcę samych duserów.
Dziękuję za każdego czytelnika, który podzieli się ze mną swą refleksją miast "odhaczonym" komplementem. Jestem wdzięczna za każde nasze wspólne rozważanie. Za komplementy dziękuję, ale nie na tym mi zależy. Proszę rozważ to nim pozostawisz po sobie te dwa/trzy słowa :) i tak zwyczajnie: porozmawiajmy.