Wędrówki:

Zakładki dotyczące wędrówek, są rozszerzone i znajdują się po prawej stronie bloga.

"Odpowiadam za to co powiedziałam, nie za to co zrozumiałeś."

21 czerwca 2018

Legendarne ruiny Obertagstein. – By tam dotrzeć, należy wyjść ze strefy komfortu.

"Tu, na wysokościach,
wszystko wbrew pozorom jest uporządkowane
i zaczyna się prawdziwe życie."


– Marek Owczarz

Nasz cel spoczywał cicho, otulony w szmaragdowy aksamit lasów. Wybraliśmy okrężną drogę, aby inną i znacznie krótszą, móc spokojnie zejść w dolinę, odpoczywając i zasilając ciało wodą źródlaną (bo butelkowa w gorące dni ma zwyczaj się kończyć) i napawając się zapachem ziół.
   Mogłabym nadmienić w tytule, że to podróż/poradnik jak przetrwać upał w Szwajcarii, a robi się to tak: rankiem, póki nasza planeta w tym miejscu nie zamieni się w patelnię, a my w jajka sadzone,  na spokojnie przechodzimy odkryty odcinek słoneczny, co kawałek mocząc całe ręce w zimnych studzienkach. Tych na szwajcarskich szlakach nie brakuje. I co ważne – naprawdę nie ma co gnać pod słońcem, nikt nie chodzi po górach na czas.
   Wysmarowana najmocniejszym filtrem UV jaki znalazłam w sklepie, mogłam słońcu pokazać środkowy palec, a nawet dwa. Nie śmiejcie się ze mnie teraz. Mam po prostu takie życiowe doświadczenia z tą ognistą kulką, że niekiedy moje zachowanie zakrawa o paranoję (niestety konieczną).
   Z radością pragnę przedstawić Wam nowego członka wędrownej załogi. Człowiek to pogodny, o niewybrednym poczuciu humoru z domieszką sarkazmu.

   Ruszaliśmy z miejscowości Thusis.

Pierwsze zdjęcie już na wyższych partiach.

Nasz cel w bardzo dużym przybliżeniu.


Urmein

Szlak prowadzi centralnie przez wioskę o bardzo ładnej, historycznej zabudowie. Wąskie alejki użyczyły nam trochę cienia, a przystanek przy fontannie z krystalicznie czystą wodą, dodał nowych sił.
   Urmein to wioska kupiecka. Na południe od niej przepływa przez głęboki wąwóz rzeka Nolla (tam zmierzaliśmy), a na zachód od niej wznosi się grzbiet Glaser (2124 m). Miejscowi zarabiają dzięki użytkowej rolniczo ziemi, która obejmuje 204 ha. Pozostałe 25 ha to powierzchnia osiedlowa.
   Zreformowany kościół wiejski stanowi zabytek chroniony. Pochodzi z XVIII wieku. Wieża kościelna przedstawia rzadką, dwukondygnacyjną, cebulową kopułę. Wnętrze ma styl późnobarokowy.

Urmein widziany z daleka.
Gdy się przyjrzeć, widać też w/w kopułę kościoła.

Błogosławiony cień zaciągnął się nad naszym żywotem z cicha. Już u stóp góry niebagatelnej wysokości, na której wierzchołek wcale nie zamierzaliśmy wchodzić (przecież tam spiekota!), przestępowaliśmy ostrożnie zimne strumienie.
   Las pachniał wilgotną ziemią i grzybami. Liczne potoki i małe wodospady urozmaicały pejzaż tych naturalnych zakątków, przydając nam wytchnienia i ochłody. W kilku miejscach mosty były niestety zerwane. Po zimie nie wszędzie jeszcze zdążyli z naprawami szlaków.
   Dotąd wszystkie potoki pokonywaliśmy przeskakując z kamienia na kamień. Wąskie ścieżki były obrośnięte trawami, ziołami i niestety wybitnie agresywnymi pokrzywami. Atakowały niczym boa, oplatając się wokół kostki. Długie skarpety – moi poplecznicy – podciągnęłam ile się dało i poszłam dalej. Odradzam w góry krótkie skarpety, tzw. "stópki", mimo że pogoda do tego mocno kusi.
   W tych chaszczach było mnóstwo Arianty arbustorum, czyli potocznie mówiąc, ślimaków zaroślowych. To mój ulubiony europejski gatunek, charakteryzujący się ciemnym ubarwieniem ciała i brunatną bądź czarną muszlą w żółte cętki. Wygląda dość egzotycznie przy klasycznych winniczkach.
   Niesamowite dla mnie spotkanie stanowił młody zaskroniec. Maleńka jeszcze glizdka, czarna jak smoła, nie dłuższa od dłoni, a chudziutka jak sznurówka, przepełzła szybko przed moim butem. Zatrzymała się w trawie, patrząc chwilę z zaciekawieniem. Może pierwszy raz widziała człowieka? Ja na pewno w ogóle pierwszy raz widziałam zaskrońca. To było przyjemne spotkanie.




Wyszliśmy znów na odkryty teren, a to podejście zdawało się trwać wieczność. Wszelkie myśli wyparowały z głów, światło paliło skórę. Potrzeba wiele determinacji, by mimo warunków pójść do samego końca. Niewykluczone, że kilka lat temu pragnęłabym zawrócić.
   Na szczęście dla nas, nasłonecznione tereny pojawiały się coraz rzadziej. Jednak ich spektakularności Alpom nie można odjąć – gdzie by się nie było i w obojętnie jaką pogodę. (A wiecie, że lubię to sprawdzać w każdych warunkach.) Zdecydowanie słonecznych dni nie uważam za idealne.
   Poniższych kilka zdjęć zostało wykonanych w punkcie orientacyjnym Dürrwald, na wysokości 1374 m.


Powiększ.


No to pacierz i idziemy dalej.
Mijane atrakcje dawały alibi na kolejne przystanki. Wspaniałe wodospady, im wyżej tym większe, oraz zmieniająca się roślinność, kusiły by zostać na dłużej i zaspokoić swoją zdjęciową szajbę maksymalnie.
   Na krótkim fragmencie powalone drzewa upewniły mnie w przekonaniu, że faktycznie ekipa remontowa górskich szlaków jeszcze tu nie dotarła. W przyszłości (a może już zostało...) pocięte będzie na kawałki i zwiezione na dół.
   W poniższym filmie zobaczycie całkiem spory wodospad.



Aby móc iść dalej, należało wyjść ze strefy komfortu i zdjąć buty. Dla niektórych to pestka, dla innych wielki problem, kiedy do przejścia jest lodowato-zimna. Rwąca rzeka (w/w Nolla), sięgała kolan, a jej kamienistego dna za nic nie było widać. Kłopot w tym, że trudno jest bezpiecznie postawić stopę, trzeba dobrze wymacać sobie podłożę, by nie nabić się na ostry kamień bądź patyk. Do tego należy dodać silny prąd, który utrudniał ten manewr. Przygodę uważam za niezwykle orzeźwiającą i bardzo – jak to młodzież mawia – fajną.
   Takie rzeki do pokonania były dwie. Druga okazała się trudniejsza do przejścia z uwagi na głębokość.

Przyczyną tej sytuacji jest albo zniszczone wybrzuszenie szlaku prowadzącego przez rzekę, albo porwanie mostu przez nurt. Wraz z końcem zimy, kiedy roztopy podnoszą poziom wszystkich wód, najprawdopodobniej wąwóz jest wypełniony aż po brzegi, które były mocno poszarpane erozją.

Pierwsza rzeka. Wygląda niepozornie, ale przechodzić ją w butach byłoby bez sensu.
W poniższym filmie wydać to wyraźnie.


A tutaj druga rzeka.


Tryumfalna kawa w wąwozie to podstawa. "Rzeki przepłynąłem, góry pokonałem, wielkim lasem szedłem, nocy nie przespałem" – śpiewał Fanatic o pewnej czarownicy. Mogę teraz zanucić podobnie.
   Jedyny mankament spędzania przerwy w tym wąwozie jest taki, że jego hucząca wysokość – rzeka, nie pozwalała na rozmowy. Słowa wpadały między śliskie skały wraz z wodą skłębioną. Została kontemplacja żywiołu w milczeniu.
   Ostatnio bardzo często mi się to przydarza. O ile górska rzeka gwarantuje czyste doznania, to niedawne śniadanie nad morzem okrasiło moją kanapkę aromatem ze świeżych ryb i piachem w zębach. Miało to jednak swój urok, bezkres, siłę. Rzeka drąży skały, morze zatapia statki. I jak tu żyć w tym letnim upale? Czy zanim zbliżę się dla ochłody do najsilniejszego żywiołu na Ziemi, czy powinnam najpierw złożyć kozła w ofierze na przebłaganie?
 


Dalej szlak prowadził w cień. Ścieżka zamieniła się w tzw. "kreskę", po jednej stronie skała z łańcuchem, po drugiej pionowa przepaść z idealnym widokiem na miasto Thusis.
   Ostatnia prosta do naszego celu.






Ruiny Obertagstein

Ruiny znajdują się na 1150 metrze. n.p.m. Każda z dróg prowadzących na zamek jest zalesioną i bardzo stromą ścieżką, biegnącą pod wysoką skałą. Pozostaje zapytać, czy władca przybywał tu piechotą, czy może na smoku, a nie wiadomo nawet kim on był...
   Niestety brakuje dokumentów na temat pochodzenia i historii zamku. Ktokolwiek tu zamieszkał, dziś nie jest już znany.
   Mówiło się, że to rodzina Tagstein wzniosła te włości, ale jak dowiedziono, ona nigdy nie istniała. Owiany tajemnicą zamek, dziś góruje nad doliną, a duchy strażników mają oko na wejście do wąwozu Viamala.



Powiększ.
Ruina została bliżej poznana dopiero w około 1980 roku. Została zabezpieczona i wnikliwie zbadana przez archeologów.
   Kompleks zamkowy jest chroniony przez potężną ścianę będąca tarczą od strony doliny. Wzniesiono go – jak chyba wszystkie zamki w Szwajcarii – z kamieni. Budowano go fazowo, co pozwala stwierdzić, że mieszkano tu bardzo długo i nie spieszono się z efektem końcowym.
   Archeolodzy wykopali tu pale wznoszące kondygnacje oraz meble, ponoć bardzo luksusowe jak na XIII wiek. Ktoś tu sobie prowadził sielskie życie.



A tam jest ściana.
Dostęp do zamku pierwotnie znajdował się na poziomie gruntu. Dziś wchodziliśmy na włości przez most, który wcale nie był wymysłem teraźniejszych budowniczych. Panowie domu przenieśli bramę główną w to właśnie miejsce i od tego czasu przechodziło się tak przez skalny wyłom. Poprzednia brama została zamurowana.
   Na wysokości piątego piętra znajduje się w środku ściany podwójne łukowe okno, co ciekawsze: z tufowymi framugami. Zjawiska dotąd nie wyjaśniono.
   Cysterna została osadzona wewnątrz ściany-tarczy w naturalnej szczelinie skalnej. Woda była kierowana z dachu i drewnianych rynien nad niewielkim kanałem pod parapetem, bezpośrednio do cysterny.


Widok z zamku, ze ściany-tarczy.

W ostatniej fazie budowy rozszerzono budowlę na całą skałę. Kibelek, z którego szlachetne DNA leciało na sam dół do doliny, został zamieniony w okno wykuszowe, a nowy wychodek został stworzony w nowej ścianie, która, nawiasem mówiąc, podobno nadal jest używana... Turystom się zdarza. To jak pełne doświadczanie przeszłej epoki.
   Dlaczego zamek zmienił się w ruinę? Przyczyna była błaha, bowiem w kuchni zatlił się ogień, co mogło wpłynąć na decyzję wyprowadzenia się stamtąd, gdyż jęzory zniszczenia rozprzestrzeniły się, pożerając wiele ruchomości. Dobrobyt poszedł w zapomnienie.
   Archeologowie znaleźli w tym miejscu resztki ziarna i orzechów oraz części urządzeń kuchennych, takich jak miedziane czajniki. Z tego wynika, iż opuszczono zamek zaraz po ugaszeniu pożaru. Czyżby państwo machnęli na straty ręką i poszli dalej?

Obiad zjedliśmy w kuchni.
Po prawej stronie zdjęcia, widzimy piec.

Przypuszcza się, że obok zamku istniał ogród i budynki gospodarcze, ale na jakiej podstawie tak stwierdzono, Bóg raczy wiedzieć, bo w źródle, z którego czerpię wiedzę napisano na koniec, że nie odnaleziono po nich żadnych pozostałości.
   Przypadkowy pożar wybuchł pod koniec XIV wieku. W tynku okiennym można wypatrzyć inskrypcje "Rötelin", które datuje się na XVI w. Czyli nikt już tam więcej nie zamieszkał, ale ktoś tam jeszcze łaził i bazgrolił.

Powiększ.


Wracaliśmy drogą łatwiejszą, dla oddechu i zmysłów, napawając się pięknem przyrody, tam gdzie bursztynowy świerzop, gryka jak śnieg biała, gdzie panieńskim rumieńcem dzięcielina pała, jakby to powiedział Mickiewicz.
   Szlakiem wzdłuż ogrodu przez koła wyżłobionym i białą dzięcieliną usianym wyszli na nieszeroką drogę, która okolicę z polem rozdzielała. Dosłownie jakby tam z nami była Eliza Orzeszkowa. Nieprawdopodobne, jak to się stało?





A potem droga poszerzała się, stawała coraz wygodniejszą, że kijki poszły na plecak, a pot przestał płynąc po szlachetnym miejscu. Już tak po tej stronie upał nie doskwierał, już większy trud poszedł jakby w zapomnienie, a ogrom satysfakcji wlał w nas spokój. I jakby rozmawiać się nie chciało, a każdy był uśmiechnięty.
   Pozostało tylko przez resztę tygodnia nieść modły do Boga o bardziej humanitarne temperatury na następny weekend, bo tym razem pogoda rozprawiła się z nami jak wyżymarka z praniem.




Pierwszy raz widziałam taką roślinę. Dość dużo było ich tam w różnych miejscach.
Czy ktoś z Was wie, cóż to za cudo w łatki?
Powiększ.

22 komentarze:

  1. No powiem Ci, że przejście przez drugą rzekę było nieco ryzykowne, wystarczyłoby źle postawić stopę...ale czego się nie robi dla przygody :-)Weszłam kiedyś do głębokiej wody strumienia i do kolan nogi mi zamarzły, nieprzyjemne uczucie.
    Lubię, gdy na szlaku są jakieś ciekawe przystanki, mostki itp. droga wtedy szybciej mija, bo jeśli idzie się długo przez las bez widoków to człowiek powtarza w myślach - daleko jeszcze?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Uwierz mi, że tego dnia to było najprzyjemniejsze, fizyczne doznanie z całej wędrówki.
      Ja akurat lubię chodzić przez las, przemierzyłam wiele ciągnących się bez końca na Mazurach. Ale też bardzo lubię takie mostki itp. dodają wycieczce smaczku :)

      Usuń
  2. te studnie o których wspominałaś na początku - że często i blisko szlaków - interesujące. dla turystów? czy przydomowe, albo dla stad jakichś?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. W górach przeważnie wygląda to tak, że stoi betonowe koryto, a do niego leci woda z rury. O dziwo, krystalicznie czysta. Są zawsze przy drogach, często też jest ławeczka. W okolicach miast są fontanny.
      Dla zwierząt montują zwykłe wanny.

      Usuń
    2. super sprawa. można nie dźwigać napojów. tachanie wody pod górę nie jest tym, co tygrysy lubią najbardziej.

      Usuń
    3. Oj nie jest lekko, a w gorące dni bierze się nawet 2-3 litry na plecy, bo jednak lepiej nie nastawiać się, że zawsze te studzienki będą. Są takie szlaki gdzie nie ma ich wcale. Zresztą w upał lepiej nie ryzykować i mieć coś ze sobą, bo zdarza się i tak, że studzienki stoją – owszem – ale jest napisane, by nie pić. Tylko do obmycia się.

      Usuń
  3. Wędrówka moim zdaniem godna podziwu. Nie wiem czy dałbym radę maszerować w Słońcu jakiś czas. Dobrze, że pojawiła się woda, to zawsze jest jakaś ulga w upał.

    Kiedyś miałem okazję podziwiać podobne ruiny, nie pamiętam już gdzie dokładnie w Polsce. :)

    Co do jazdy w fontannie na rowerze to raczej ciężka sprawa, może w takich nieco dłuższych co mam je w drugim parku by się dało nawet. A w tych to nawet skręcić się nie da. Lepiej chyba wybrać się na rower wodny. Albo samemu zrobić takowy, widziałem ostatnio w Sieci i się zachwyciłem pomysłem.

    Pozdrawiam!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Szkoda, że nie pamiętasz. Może coś z Orlich Gniazd? Kolor budulca mają podobny.
      Widziałam taki rower o jakim mówisz. Od razu mi się spodobał!

      Usuń

  4. Państwo, wydaliście mi się być, jedynym hałasem na zdjęciach, jak gdybyście tam zupełnie nie pasowali a jednak ...

    OdpowiedzUsuń
  5. Witaj Aniu.
    Ooooo jestem pod wrażeniem, bo to moje klimaty...
    Jednak takie piesze wędrówki już nie dla mnie.
    Pozdrawiam serdecznie.
    Michał

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Niestety nie ma tam innego sposobu na dotarcie. My wybraliśmy wariant dłuższy, ale nawet ten łaskawszy dla nóg, nie jest wcale taki prosty.

      Usuń
  6. Jestem tak pełna podziwu dla piechurów, opisywanych miejsc, fantastycznej roślinności i pięknych zdjęć, że na szerszy komentarz już się nie zdobędę. Pozdrawiam serdecznie.

    OdpowiedzUsuń
  7. Jestem zauroczona wyprawą. Miło było z Tobą i całą ekipą iść przez te rzeki i obok wodospadów. Widoki niecodzienne. Pozdrawiam.

    OdpowiedzUsuń
  8. Bardzo przyjemnie sie czytało. Wszystkie te miejsca są bardzo klimatyczne, no i...góry! Wyglądają na prawdę super. Sama chętnie przeszłabym się przez taką rzekę, musiało to być ciekawe doświadczenie, ale z kolei gdybym zobaczyła zaskrońca, pewnie uciekłabym z krzykiem. Tak...nie lubię węży.

    OdpowiedzUsuń
  9. Ale przygoda!!! Przeprawa przez rwący potok musiała być... emocjonująca ;D!!! Jak zawsze rozpływam się nad alpejskimj pejzażami i wzdycham tęsknie do gór.

    OdpowiedzUsuń
  10. P.S. Na szczęście nic sobie nie zerwałam. Jednak po wyspowiadaniu się chirurgowi, pan dr pogroził mi palcem i polecił nie robić sobie krzywdy. Po dwóch tygodniach cierpień, wreszcie przestało boleć. Niestety muszę na siebie bardzo uważać, bi nadwyrę

    OdpowiedzUsuń
  11. ...nadwyrężyłam sobie to całe szycie :/. Fatalnie to wpływa na moją psychikę. Cholera... życie mnie przestało cieszyć. Myślałam, że mam już za sobą takie stany duszy, a to wciąż wraca!!!

    OdpowiedzUsuń
  12. Drastyczny spadek endorfin ;)!!!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nawet sobie tego nie wyobrażam... Więc ile jeszcze musisz czekać w bezczynności?
      Sportowy styl życia to nie tylko poprawa na ciele, ale w głowie także. Śmieję się, że trening to stan umysłu. Coś w tym jest, że jak nie można zadbać o tą strefę, to do czaszki nachodzą chmury. Szkoda rezygnować z czegoś, co jest dla człowieka dobre pod wieloma względami.

      Usuń
  13. Cudowna trasa i przepiękne widoki! Choć jestem przekonana, że nawet zdjęcia wszystkiego nie oddają. Ale to wejście do rzeki aż mnie zmroziło - odwagi trzeba było ogromnej.

    OdpowiedzUsuń
  14. Co za widoki! Nie jestem pewna, czy wyszłabym ze swojej strefy komfortu...
    pozdrawiam serdecznie znad filiżanki kawy:)

    OdpowiedzUsuń

Pewnego dnia wymyśliłam sobie, że będę dzielić się pięknem świata, którego doświadczam podczas swoich wędrówek. Że będę pisać ku pokrzepieniu serc i być może zachęcać do podróżowania. W tym samym celu wydałam książkę, czyli dla Waszej przyjemności. Czasami piszę też o Bogu, który jest dla mnie najważniejszy i dzielę się chętnie swoim studium biblijnym.
Jednak nie robię tego dla poklasku, nie chcę samych duserów.
Dziękuję za każdego czytelnika, który podzieli się ze mną swą refleksją miast "odhaczonym" komplementem. Jestem wdzięczna za każde nasze wspólne rozważanie. Za komplementy dziękuję, ale nie na tym mi zależy. Proszę rozważ to nim pozostawisz po sobie te dwa/trzy słowa :) i tak zwyczajnie: porozmawiajmy.