Wędrówki:

Zakładki dotyczące wędrówek, są rozszerzone i znajdują się po prawej stronie bloga.

"Odpowiadam za to co powiedziałam, nie za to co zrozumiałeś."

26 czerwca 2018

Hinterfallenhopf – Człowiek z papieru.

"Lato nastało niezwykle upalne. Biały żar bił z nieba, życie w Sparcie zamierało na wiele godzin dnia. Ożywiało się dopiero wtedy, gdy słońce wędrowało za szczyty Tajgetu i chłodny wiatr spadał na znękaną ziemię.
   Gorący czas wszyscy spędzali w domu, bo nawet w ogrodach upał doskwierał i nie chronił przed nim cień drzew."


– "Król Agis"
Halina Rudnicka


Od pierwszych, wiosennych miesięcy czas w szwajcarskich Alpach płynie podobnie. Śmiać mi się chciało, kiedy czytając powyższy fragment książki zdałam sobie sprawę, że doskonale wiedziałam jak czuli się mieszkańcy Sparty. Z tej samej przyczyny w ostatnich tygodniach również swoje dni spędzałam w domu.
   Przed wędrówką, o której dziś Wam opowiem, przydarzyła mi się rzecz niesłychana. Udar cieplny to istota o zaborczych mackach, w których człowiek zdaje się być wątły niczym zrobiony z papieru. Zdumiewające było to, że stała mi się ta rzecz w domu. Wentylator ani pozamykane na dzień okna nie dały rady uchronić mnie przed białym żarem. Ale już wszystko dobrze, minęło w jedną dobę.
   Każdego, letniego dnia mój dzień zaczyna się wraz z otwarciem sklepu (niestety nie tak rano, jakbym sobie tego życzyła), a potem zamykam się na cztery spusty i tyle mnie widać. Wietrzone przez noc mieszkanie kumuluje w sobie dostatki chłodniejszego niż na zewnątrz, powietrza. Wieczorem gdy słońce zajdzie za szczyty Alspstein, jeszcze godzinę trzeba poczekać, aż temperatura opadnie przynajmniej o dziesięć stopni. Czasami niestety długo nie chce opaść. Temperatury za dnia mocno przekraczają czerwoną trzydziestkę na termometrze, powietrze stoi, a cienia w dolinach nie ma nigdzie.
   Jak to się przekłada na wędrówki górskie? Zwykle wspinam się po to, by zaczerpnąć chłodniejszego oddechu. Wybraliśmy tym razem za niskie wzniesienie, bo spiekota była niemiłosierna.




Rześkim rankiem orzeźwił mnie chłód, który wcisnął mnie w długie spodnie. Na szczęście przewidziałam możliwe warunki wybierając dobry kolor i materiał, toteż złożyło się nawet w porządku (czasem lepiej jednak się zakrywać). Za to promieniowało na ramiona, którym ledwie starczało mocy filtra. Czyżby słońce pokonało pięćdziesiątkę+? Czyżbym musiała nabyć drogą kupna mocniejsze serum?
   Tradycyjnie żeby przeżyć, nurzałam się w każdej przydrożnej studzience. I czułam się coraz bardziej papierowa... Miałam wrażenie, że nawet łąkowe świerszcze z każdą godziną powoli słabną w swej grze.
   Światło było zbyt ostre (do tego spora wilgotność powietrza) aby poszczycić się jakimś ładnym kadrem (nie posiadam żadnych filtrów na obiektyw). Przyznaję Wam, że każde, na którym widzicie czyste niebo, przeszło gruntowne poprawki w aż dwóch programach do obrabiania zdjęć. Za słaba liga jestem, aby robić to dobrze na miejscu. Jednak gdy sobie przypomnę jak wyglądał pejzaż na żywo, to powiem Wam, że własnymi oczami nie widziałam tego wcale lepiej. Odległe góry wydawały się jakby rozmoczone i do tego widziane przez zmatowione szkiełko.



Powiększ.
Spotkaliśmy na drodze trzódkę kóz. Najmłodsze, białe o miłym w dotyku futerku, zabeczało na nas na znak, że pragnie przygody. Koźlątko pobiegło za nami. Próbowaliśmy je odpędzić, ale co rusz wracało i ani sobie myślało dać się odgonić ponownie. I cóż mu wzbraniać, skoro koźlątko zapragnęło zobaczyć kawałek świata? Najwyraźniej nie wystarczyło mu mieszkanie na górze, skąd mogło oglądać wszystko dookoła.
   Dopiero później kozia mama zainterweniowała. Podniosła się i zawołała z oddali. Koźlątko z ogromnym żalem potruchtało do rodziców i jeszcze długo odprowadzało nas smutnym wzrokiem. Wychodzi na to, że pozbawiliśmy młodzież nadziei.

Zauważyliśmy na wzniesieniu gnat. To pewnie legendarna kość niezgody. Na wszelki wypadek nie poszliśmy tam. Baliśmy się pokłócić.


Powiększ.

Szczyt pozbawił mnie koszulki. Miałam ochotę paść i zdechnąć... Materiał suszył się na płocie, póki w zaskakująco krótkim czasie nie zmienił się w sztywny wiór, a ja miałam wrażenie, że jestem na grillu i zaraz ktoś mnie obróci. Tylko dlaczego żar bił z góry? A może to był rożen?
   Proteinki w płynie dodały mi energii, bezruch trochę ożywił umysł, bo wszelka siła już nie musiała być transportowana wyłącznie do mięśni. To było jak bezczas. Skłonna jestem zauważyć, że serce też bić przestało, a płuca napełniały się minimalnie tylko na tyle, by jakoś przeżyć. Zbyt ciężkie i gorące powietrze gęstniało pod samym nosem. To jakby wdychać ciepłe kluchy. Papierowe płuca tego nie umieją.
   Nie było wcale najgorzej, myśli miałam wciąż jasne. Rozsądek podpowiadał mi jednak, że jeżeli w późniejszym czasie sytuacja pogodowa ma być podobna, to definitywnie muszę wypisać się z wędrówek. Byłaby to wówczas moja ostatnia podróż, nim śnieg nie opuści moich ukochanych przełęczy wysokogórskich, gdzie zamierzam spędzić całe lato (no... może nie tylko, Säntis czeka).

Powiększ.

Kiedy naszły chmury i sekwencyjnie przykrywały nas gasząc słońce na kilka minut, czułam jak życie powraca. Od razu wyciągałam z plecaka aparat i zaczęłam robić udane wreszcie zdjęcia. Teraz możecie porównać: ratowane fotografie w pełnym słońcu (powyżej) i zdjęcia zrobione po zajściu słońca (wszystkie poniżej).
   Wiem jak osłonić obiektyw (kwestia udanych zakupów), ale jak można pomóc papierowemu organizmowi? By ratować samą siebie, poświęciłam czas na to, by poznać alternatywne sposoby na dręczące efekty solarne.
   Wiemy już, że na poparzenia niezawodne będzie ubranie, a przedwczesne starzenie się skóry czy nowotwór nie powinny nas dotyczyć. Do reperkusji związanych z długotrwałym upałem należy dodać: gorączkę, ból głowy, nudności, wymioty i gęstą krew – tj. udar słoneczny, co jakby ubieranie się nie brzmi wcale pomocniczo. Nie każdy ma lnianą togę w szafie. Zatem?

Podobno dobry filtr przeciw promieniowaniu to nie wszystko. Antyoksydanty (przeciwutleniacze) w diecie działają fotoprotekcyjnie (bardzo podoba mi się to słowo). Do tego witaminki C, E i wszystkim dobrze znany o zbawiennych działaniach na skórę – β-karoten.
   Jabłka, to owoce pełne przeciwutleniaczy. (Przy udarze mam ochotę jeść jabłka w każdej ilości, teraz już wiem dlaczego.) Tak samo czereśnie, winogrona, aronia, brokuły, borówki, jagody, porzeczki, maliny, poziomki i czosnek. Odpowiednie składniki znajdują się też w pomidorach i w czerwonym winie.
   A potem spojrzałam na mapę i zastanowiłam się jak pomyślał Bóg. W najgorętszych obszarach naszej planety rosną np. cytrusy – tj. cały bank przeciwutleniaczy.
   Cennymi pomocnikami w diecie fotoprotekcyjnej będą też zioła: zielona herbata, miłorząb i skrzyp.

Tu jeszcze było zbyt jaskrawo.



A potem zeszliśmy w las. Nietuzinkowy, pełen wysokich jakby glinianych konstrukcji z małych otoczaków (zapomniałam nazwy), świadczących o tym, że poziom wody kiedyś zalewał całe te góry, które właściwie dopiero się tworzyły z takich właśnie zlepków. I jak tu nie uwierzyć w biblijny potop?
   Napotkawszy jaskinię nie mogłam od razu tam nie wleźć. Znalazłam w niej ślady stałego bytowania, bowiem leżała tam książka zabezpieczona folią przed deszczem. Ciekawy azyl, szkoda tylko, że przy turystycznej ścieżce. Ale może wcale tam tak wielu ludzi nie chodzi?



Pan, którego spotkaliśmy na ostatniej prostej ku dolinie, zastraszył nas, że droga jest zamknięta i trzeba zawracać. Pokerowa twarz mu nieco nie wyszła, na szczęście był to żart zgoła straszny... Już perspektywa powrotu na słoneczny grzbiet góry w samo południe napawała niechęcią.
   A później zgodnie z prognozami zaczęło straszyć z oddali burzą. Słońce zaszło za większe i bardziej nieprzeniknione chmury, zrobiło się przyjemnie, a czasem nawet pokropiło. Ocknęłam się z letargu na dobre, wróciła mi energia.


Zdjęcie zostało zrobione w całkiem innym miejscu.
Droga przelotowa Wildhaus – Rhaintal.

19 komentarzy:

  1. Jeny, jak jest upał, to tylko i wyłącznie wychodzę, kiedy muszę. Nie znoszę upałów, męczę się strasznie. Krotki wypad, a ja po nim jestem jak zdechlak. hahaha

    Takie ostre światło jest fatalne do zdjęć, ile ja się czasami muszę nagimnastykować, by jakoś to wyglądało. Mój aparat też się strasznie buntuje w cieple, oboje się nie lubimy z upałami. ;D

    Może koźlątko zobaczyło w Was super kompanów podróży, takie bratnie dusze. Miło mi się czytało. Ostatnio byłam z hermano w górach, nie wiem jakim cudem wybraliśmy cięższą i znacznie dłuższą trasę na górę, którą dobrze znamy. Było mi tak upalnie, no wymiękałam. Nie dla mnie upały, nie i jeszcze raz nie. hehe Jutro znów do Ciebie zajrzę, bo mam takie tyły, że aż mi słabo. No, a Aga chce zobaczyć, co tam napisałaś i ukazałaś.:D

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Jak to powiedział nasz kolega i współzawodnik w ekwilibrystyce górskiej: wtedy z góry schodzi się jak człowiek z polineuropatią. Choć nie w tym kontekście to powiedział (nie podczas tej wycieczki), to zgadzam się z nim.

      A koźlątku chyba chodziło o jakichkolwiek kompanów. Wiesz – motyw i alibi "to nie ja uciekłem, oni mnie porwali!"

      Zapraszam, wszystko na Ciebie czeka poukładane i gotowe :D

      Usuń
  2. Za Wami szła koza, a za nami kiedyś kot i to całkiem daleko.
    Upały w górach doskwierają często, ale jeszcze niebezpieczniej sie robi, gdy jest wiatr, bo upału nie czujesz, a potem na dole okazuje sie, że masz czarne uszy i oparzone ramiona, dlatego nigdy nie rozbieram się i nie noszę koszulek na ramiączkach tylko.
    Przyznam, że o diecie fotoprotekcyjnej pierwsze słyszę, ale warto wiedzieć.
    Udar zdarzył mi się dawno temu na plaży, od tego momentu nie opalam się, chyba że słońce opali mnie w marszu...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dawno temu doświadczyłam poparzeń i to wcale nie od opalania. Od zwykłego wychodzenia z domu w skwar. I od tamtej pory na każde dłuższe wyjście z domu w lecie, smaruję się filtrami i mam spokój.
      Góry to zagwozdka, bo nie dość, że gorąco, to jeszcze mocny wysiłek i krew gęstnieje. Skóra to nie jest najgorszy kłopot. Czasami wolę zostać w domu gdy inni się bawią, niż później cierpieć. Udar niestety przeżywałam niejeden raz.
      nie chcę tu smęcić ani narzekać, ale prawdy nie zatuszuję.

      Usuń
  3. O matko, ale przygoda, ja bym chyba spanikowała... dobrze, że wiedziałaś co robić:D
    pozdrawiam serdecznie znad filiżanki kawy:)

    OdpowiedzUsuń
  4. Spotkanie z kózką ciut mnie rozbawiło. Co do upałów, lepiej unikać jak się da. A widoki - magiczne.

    OdpowiedzUsuń
  5. Krajobrazy jak zwykle niesamowite! Jak ja uwielbiam widoki tych górskich chatek między polami ♥
    To aż tak U ciebie gorąco? Aż ciężko sobie wyobrazić, jakie to powietrze musi być gęste, ciepłe i ciężkie skoro porównujesz je do kluchów... Ja tylko raz zetknęłam się z taką ścianą upałów, ale było to wyjątkowo ciepłe lato na południu Niemiec. Na przełomie lipca i sierpnia nie było czym tam czym oddychać.
    Słońce nie jest sprzymierzeńcem dobrych zdjęć. Coś o tym wiem... Widocznie obie mamy taki sam problem, ale na szczęście można temu zaradzić :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Na południu Niemiec odczułaś dyskomfort w związku z upałem. Jestem jeden kraj niżej, czyli jeszcze bliżej południa. Teraz mniej więcej możesz sobie wyobrazić moją sytuację.

      Usuń
  6. szkoda czasu na narzekanie na pogodę - parę miesięcy i się odmieni i znowu będzie chlapa, mrozy, że nosy odpadają i takie tak szykany wiosenne. jest lato i ma być ciepło - słońce jest pierwszorzędną witaminą na wszelakie doły psychiczne i depresje. Skandynawom lekarze przepisują je jako lekarstwo i wysyłają w ciepłe kraje, żeby uleczyli dolegliwości wynikające z braku słońca. pocenie się jest przy okazji jednym z elementów odchudzania się i palenia w organizmie toksycznych pokładów.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Raczej trudno to nazywać narzekaniem na pogodę. Wielokrotna utrata zdrowia powoduje pewne obawy – to chyba normalne.
      Ludzkość za kilka miesięcy faktycznie będzie narzekać na te chlapy i mrozy. A najważniejsze jest przecież zdrowie.
      Nie miewam problemów bez słońca, nie przeszkadza mi monotonia pochmurnych dni, ani długie tygodnie w całkowitej mgle, które sobie cenię w alpejskich dolinach. Mam wtedy swój czas wytchnienia.
      Przy udarze człowiek przestaje się pocić.

      Usuń
  7. Witaj Aniu.
    Jak zwykle ciekawie i niezwykle.
    Ja doświadczyłem słonecznych poparzeń przed laty w Bieszczadach. Słońce grzało jak diabli, a ja bez koszuli siano grabiłem.
    Pozdrawiam i zapraszam w nieco inną scenerię.
    Michał

    OdpowiedzUsuń
  8. Podziwiam Cię, że mimo upałów udajesz się w góry, ja jak jest gorąco zdecydowanie wybieram morze, las lub jezioro.
    Ja poparzenia słonecznego doświadczyłam na Teneryfie, chyba też miałam udar słoneczny, bo czasami było mi zimno, a czasami gorąco, a najgorzej, że wszystko tak mnie piekło, że nie wiedziałam czy dam radę wysiedzieć w samolocie. Od tej pory już się nie opalam i zawsze smaruje się 50, jakoś nie zależy mi na brązowym opaleniu, zdrowie ważniejsze.
    A ja uwielbiam fotografować w słońcu i zachwycać się żywymi kolorami.

    Serdecznie pozdrawiam i mam nadzieję, że te upały u Ciebie szybko się skończą i bedziesz mogła odetchnąć świeżym powietrzem.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ta bardzo rzadkie poglądy u młodych dziewczyn, podziwiam. Zwykle chęć podobania się ludziom bierze górę nad zdrowym rozsądkiem.
      Kiedyś pewien Afrykańczyk powiedział, że mimo iż istnieje rasizm, każdy chce mieć ciemną karnację. I wtedy pokazał palcem na plażę pełną białych turystów w kostiumach. Ciekawe, prawda?
      Mam wielką nadzieję znaleźć jakiś sposób dla siebie, by nie stać się wampirem. Chciałabym móc korzystać z tych miesięcy, miast bać się, że zejdę kiedyś na szlaku. ;] Kombinuje jak mogę, teraz zjadam tony winogron :D

      Usuń
  9. Nie wiem czy dałabym radę w taki upał patatajać po górach. Dobrze, że wszystko już w porządku!
    My za dwa tygodnie jedziemy na parę dni w góry i w sumie wolałabym trochę niższą temperaturę, aby z większą przyjemnością pospacerować. Jakoś nie jestem odporna na upały, bardzo szybko tracę kontakt z rzeczywistością :(

    OdpowiedzUsuń
  10. A w ogóle przygoda z koźlątkiem niesamowicie mnie rozczuliła, kochane musiało być! :D

    OdpowiedzUsuń
  11. Jak ja Cię dobrze rozumiem. Dla mnie najgorsza jest wysoka wilgotność powietrza (a lato japońskie jest bardzo wilgotne i upalne), która sprawia, że człowiek czuje się jak w saunie, Ja dodatkowo mam uczucie jakby mi nos puchł i oddycham jakąś jedną dziesiątą możliwości. Jestem
    Podziwiam Cię, że mimo upału wybierasz się w góry, bo dla mnie zwykłe wyjście do sklepu jest udręką.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. W Alpach mamy klimat morski umiarkowany lub oceaniczny, jakoś badacze nie mogą się zdecydować. No i tundra.
      A południe kraju posiada subtropikalną roślinność.
      Teoretycznie Szwajcaria jest określana jako chłodny kraj, ale nie spotkałam się z tym w rzeczywistości. Jest wilgoć i są upały. Tak, wiem jak się czujesz.
      Oddycham często przez usta, moje przegrody nosowe nie wpuszczają wystarczającej ilości tlenu. Mam wrażenie jakby puchły.
      Nadal łażę po górach, ale wybieramy teraz znacznie wyższe partie, więc spokojnie, będę żyć ;)

      Usuń
  12. Upał jest męczący, to niezaprzeczalny fakt. Jednak mamy go w Polsce jak na lekarstwo, więc zwyczajnie za nim tęsknię :). W czwartek wyjeżdżam z córami na wieś. Ma być upalnie i już. Podczas, gdy dzieci będą taplać się w baseniku mam zamiar przeczytać3 powieści :)!!!

    OdpowiedzUsuń
  13. Piękna wycieczka... jak zawsze :)!!!

    OdpowiedzUsuń

Pewnego dnia wymyśliłam sobie, że będę dzielić się pięknem świata, którego doświadczam podczas swoich wędrówek. Że będę pisać ku pokrzepieniu serc i być może zachęcać do podróżowania. W tym samym celu wydałam książkę, czyli dla Waszej przyjemności. Czasami piszę też o Bogu, który jest dla mnie najważniejszy i dzielę się chętnie swoim studium biblijnym.
Jednak nie robię tego dla poklasku, nie chcę samych duserów.
Dziękuję za każdego czytelnika, który podzieli się ze mną swą refleksją miast "odhaczonym" komplementem. Jestem wdzięczna za każde nasze wspólne rozważanie. Za komplementy dziękuję, ale nie na tym mi zależy. Proszę rozważ to nim pozostawisz po sobie te dwa/trzy słowa :) i tak zwyczajnie: porozmawiajmy.