Wędrówki:

Zakładki dotyczące wędrówek, są rozszerzone i znajdują się po prawej stronie bloga.

"Odpowiadam za to co powiedziałam, nie za to co zrozumiałeś."

1 czerwca 2018

Alpstein – góra w czterech smakach.

„Nieważne, jak wyrafinowany i obyty jesteś – z wielką granitową górą nie ma dyskusji: ona przemawia w ciszy do samego sedna twojego istnienia”
– Ansel Adams.


Na Alpstein odbyłam swój pierwszy samouczek górski. Na nim też otrzymałam ciężką lekcję pokory. Na nim odkryłam, że chodzenie szlakami jest fajne. Od nienawiści aż po miłość, czyli jak z przeciwniczki gór, stałam się ich miłośniczką.
   Alpstein – góra, która zasłania mi cały widok z okna, przez którą wcześniej zachodzi u mnie słońce i która miażdży swym obliczem. Od samego początku zamieszkania w Szwajcarii, brakowało mi akceptacji względem krajobrazu. Musicie wiedzieć, że swoje serce zostawiłam w dzikich dolinach północno-wschodniej Polski. To nie była łatwa zmiana.
   Pokonywaliśmy się nawzajem każdego dnia. Ja i on. Kusił, by powiedzieć coś o nim pięknie, a jednocześnie przytłaczał swą wielkością... Nawet nie pytajcie, jak o nim naprawdę mówię... Wierzyłam od dawien dawna, że wszystko ma swój sens i cel. Wiedziałam, że kiedyś zmierzymy się ale nie na muskuły, choć te będą nieocenione. Na hart ducha się zmierzymy. Bo nie udałaby się ta walka, jeżeli nie spojrzałabym na Alpstein innym okiem.
   Zdjęcia pochodzą z różnych lat i różnych aparatów.


Stauberen
1751 m

Powiększ.



Po raz pierwszy na tym szczycie byliśmy z mężem przy użyciu kolejki górskiej (stacja w Dolinie Renu w miejscowości Frümsen). Na dole upał, na górze przyjemny chłód i wiatr. Nawet trochę przymarzałam.
   Egzaltowanie się z braku ruchu idzie w niwecz. Wszelki plan miłego kontemplowania skał z punktu widzenia przypuśćmy sowy nad ludzkimi głowami, popycha do stwierdzenia, iż coś mi nie wyszło z tą górą... Miał być spacer granią, a trampki na widok błota kawałek dalej, kolokwialnie sobie wyobrażając, pokazały mi środkowy palec.
   Nie nadawałam się w góry całym swoim jestestwem. Żarcie w restauracji podają smaczne.

Restauracja.



Po raz pierwszy na Alpstein o własnych siłach wybraliśmy się także w to miejsce. Oboje byliśmy święcie przekonani, że to dobry pomysł, że szlak jak szlak i idziemy. Dziś patrząc na to przez pryzmat kilkuletniego doświadczenia, powiadam Wam – to był najbardziej kretyński pomysł z możliwych. Tam się nie idzie jako początkujący, w dodatku nienawidzący.
   Choć szlak nie wymaga ciężkiej wspinaczki przy użyciu rąk, a droga nie stanowi zagrożenia na żadnym odcinku, jest stale, równomiernie stromy, przez co dosłownie (także stale i równomiernie) wyrywa duszę z ciała. Na tej wędrówce pogłębiła się moja wzgarda do gór.
   Moje początki z Alpami objawiały się nie tylko antagonizmem, ale i o połowę gorszą kondycją i wychodzącymi na jaw, starymi kontuzjami. Dlatego to był zły pomysł.
   Zdjęcia pominę, gdyż lepiej pokazać coś, czemu sprzyjały lepsze emocje.


Czerwiec 2015

Pamiętam moją pierwszą, samotną wyprawę jakby to było wczoraj. Sprawa na początku była niejasna, połowa masywu tonęła w gęstych, złowieszczo wyglądających chmurach, dzień wcześniej dość długo padało, szlak mógł spływać wodą i prawdopodobnie w normalnych okolicznościach odpuściłabym, ale to nie były normalne okoliczności. Miałam iść tam w celu przełamania własnego oporu. Wynikało to z założenia, że jak się nie ma, co się lubi, to się lubi, co się ma. A niestety większość moich hobby jest nierealna w Szwajcarii. Więc żeby nie siedzieć stale w domu...
   Decyzja tak naprawdę zapadła właśnie dzięki tym chmurom, które nieustępliwie chroniły kręte drogi przed nadmiarem promieni słonecznych. Druga rzecz to temperatura – nie zapowiadał się wcale upalny dzień. Byłam gotowa zaryzykować nawet deszcz.


Miałam w pewnym momencie "problem"... właściwie kilka dużych problemów... Szlak  bowiem, biegł przez krowy. Były wszędzie, otoczyły mnie, przywarły... inne obserwowały mnie z górnych partii. Jedna postanowiła wyciućkać mi sznurówki...
   Zaś wyżej, oczom moim ukazała się bezdeń. Trochę mroczny, mglisty, spowity jaźnią niewiedzy o tym, co może kryć się dalej. Wspaniałe są takie chwile.
   Chmura cały czas przesuwała się niczym jakiś organiczny byt, w pewnym momencie objęła mnie i pozbawiła kompletnie orientacji. Nie miałam pojęcia ile jeszcze zostało do szczytu, który po wyjściu z lasu, jeszcze przez jakiś czas wcześniej widziałam.
   Czułam się naprawdę na swoim miejscu!


To była bardzo ważna dla mnie wyprawa, można rzec fundamentalna. Tak wiele ona dla mnie znaczyła, aby przełamać się, aby pokonać samą siebie i wewnętrzny upór połączony z gniewem.
   Ciało – które tak naprawdę przecież wytrzymuje znacznie więcej na treningach siłowych i wytrzymałościowych – tutaj boryka się z czymś, czego wcześniej nie doświadczało.
   Zawsze wiedziałam, że jestem wrażliwa na wysokie temperatury, które robią z mojego mózgu kisiel. Na wszystko można znaleźć jakiś sposób, a w pojedynkę najskuteczniej (chodzi o inne preferencje). Skupiłam całą energię na odczuwaniu, na kontrolowaniu organizmu. Szłam swoim tempem.
   Wsłuchanie się w siebie, dają rezultat porozumienia z energią ciała. Tak jest ze wszystkim, ze skałą, rośliną i zwierzęciem... Trzeba to usłyszeć, a potem zrozumieć. Bo jeżeli coś, cokolwiek zagłusza je, to nici z porozumienia i powodzenia.


Mój własny gniew to czynił. Taki katar duszy, który uznaję obecnie za uleczony. Z czymś takim człowiek musi umieć zmagać się sam.
   Jestem zdania, że samotne podróże kształcą najbardziej. Wtedy nagle całe moje zbuntowanie odeszło hen i wszelki jego manifest okazał się pozbawiony sensu. Fizyka jest głęboko połączona z psychiką, to nie nowość, prawda? Ale zdarza się zapomnieć.


Luty 2016

Nie planowałam wtedy zdobywania szczytu (poruszałam się szlakiem na trzech czwartych jej bandyckiej wysokości). To miało być coś w rodzaju "przymierzenia się" po martwym dla mnie w tamtych latach, sezonie zimowym.
   Spadające bryłki śniegu z drzew, głośny chlupot, co chwila obrywające się hałdy zmarzliny. Nietypowe i urokliwe chwile ostatniego tchnienia białej pory roku dla tych lasów.
      Inspekcja szlaków tego masywu górskiego w zimie, jest zdecydowanie niewskazana, nawet na stronie to zaznaczają. Stoki wysokiej kasty są dosłownie zamrożone i tak gładkie jak szkło. Zaś przy roztopach istnieje ryzyko lawinowe, co już słyszałam i widziałam, będąc na szczęście wystarczająco daleko.
      Był to słoneczny i bezwietrzny dzień, ziemia całej góry parowała, dosłownie jak zgrzane, cielsko smoka, oddawała całe ciepło w postaci obłoków pary. Piękny jest taki las.




Grota.

Kwiecień 2016

Zastając u podnóża lato, po drodze stepy, potem sawannę, a na samej grani jeszcze zimę. Niektórzy twierdzą, że wchodzenie wciąż na ten sam szczyt jest bez sensu. Dla mnie to wyjście z domu i spędzenie czasu inaczej niż na co dzień w tygodniu. Nowych szlaków mi nie brakuje, dużo podróżujemy z mężem.
   Wędrówki solo są dla mnie mocno terapeutyczne, a mnogość nowych doświadczeń, które mimo wszystko istnieją każdorazowo, zaskakuje.







Kwiecień 2018

Wyprawa nie była planowana, właściwie można ją zaliczyć do spontanicznych pomysłów proszenia się o guza. Po wielu turbulencjach, zdaje się, że jestem z tą górą dość zaprzyjaźniona, ale kto wie, co naprawdę Bóg o tym myśli...
   Droga z początku nie zapowiadała żadnej sytuacji mającej zmusić mnie do odwrotu, a w głowie kiełkowała myśl, że dotrę do końca ścieżki. Nie tak całkiem dawno znajomi próbowali wejść na Hoher Kasten, jednak przyroda nie dopuściła ich do szczytu. Bardziej stroma i gładka strona miała mi dawać cieńszą pokrywę do przejścia, niż ta rozległa i gruba na dużo mniej pochyłym szlaku, którym oni szli.
   Determinacja opuściła mnie kiedy nie mogłam już określić czy w ogóle idę szlakiem. Przełaj był zbyt skorupowaty, sama zmarzlina i lód.
   Wycof to żaden wstyd, to szansa na zdobycie szczytu w innym terminie, z resztą... szczytu, który zdobywałam wielokrotnie.
   Zatrzymałam się na proteinową kawę z termosu na płaskim kamieniu wyprofilowanym idealnie pod mój zadek.
   Dwaj panowie, przyszli tu niedługo po mnie. Dziarski dziadek w długich spodniach i odpowiednich butach miał większe szanse na metę. Dziesięć minut po nim szybkim krokiem przybył młody mężczyzna w szortach i wysokich butach, wędrujący na lekko. Miał przy sobie tylko bidon. Musiał poddać się wcześniej niż ja, bo zobaczyłam go ponownie już po kwadransie, idącego z powrotem. Dziadek zawrócił jeszcze zanim dopiłam swój boski nektar.
   Muszę przyznać, że to i tak był świetny dzień na wędrówkę. Chłodno, przyjemnie – dla mnie pogoda idealna.











Saxer Lücke
1649 m

Powiększ.
Słowo "Lücke" możecie rozumieć dosłownie jako luka. Inaczej przełęcz znajdująca się na grzbiecie między szczytami Hall (1'951 m) i Chrüzberg (2'065 m).
   Jest to jeden z najbardziej popularnych, okolicznych szlaków pieszych. Trasa do przełęczy rozpoczyna się na około 480 m w Sax w dolinie Renu, gdzie można zaparkować samochód albo rower, jak to czasami sama robię.


Wczesna wiosna 2016

Nic bardziej nie uczy pokory i respektu do natury jak sytuacja, w której masz okazję przekonać się, jak mocno trzymasz się życia. Ta wędrówka z pewnością była najbardziej pouczającą, ale nie ma tego złego, co by na dobre nie wyszło. Mierząc się z granicami swoich możliwości, wiem gdzie i kiedy następnym razem nigdy się nie zapuszczę.
   Najwyższą atencję mam do gór w porze wczesnowiosennej. Budując swoje doświadczenie na szlakach, za każdym razem tak naprawdę wchodząc nawet na najlepiej znany szlak, możemy być pewni, że zaskoczy nas coś nowego.
   Mięliśmy zamiar przejść z Luki do Stauberen, niestety szlak był kompletnie zasypany, wracaliśmy na czworakach, najprawdopodobniej zupełnie na przełaj.




Ta wyprawa była szalona, nierozważna ale i wyjątkowa oraz piękna. Wróciłam. To jest najważniejsze. Góra dała mi reprymendę oraz wysłała z moimi rozwalonymi stawami do lekarza. Mimo to dalej wędruję z nadzieją, że moja pani doktor nie znalazła jeszcze tego bloga, bo inaczej jak mnie opierdzieli, że nadal chodzę po wysokich górach, to Wy w Polsce usłyszycie...




Daleko w tle, antena z Hoher Kasten.
   Lekcja 1 Jeżeli szlak zasypało, ale twierdzisz, że go widzisz, nie idź za wszelką cenę obok niego. Szlak jest po to, aby iść nim bezpośrednio, a nie szukać samobójczych środków zastępczych.
   Lekcja 2 Jeżeli twierdzisz, że widzisz szlak, a w rzeczywistości tak nie jest, nie próbuj udowadniać, że masz w głowie GPS i go widzisz jak błękitną linię na mapach google.
   Lekcja 3 Jeżeli jesteś standardowym piechurem, a leży śnieg i ledwo już zipiesz, zaś ktoś hen hen przed Tobą sprawnie porusza się na przód, nie zakładaj, że ma takie samo wyposażenie jak Ty. Ten ktoś może mieć np. raki, bez których łatwo się poślizgnąć. Mierz siły na zamiary ZAWSZE.
   Lekcja 4 Jeżeli mijasz kogoś, kto zabiera się właśnie do zawracania, nie próbuj udowodnić, że jednak da się iść dalej. Najlepiej zapytaj się go jakie napotkał tam warunki.


Sierpień 2016

Mój mąż lubi wejść na górę w dzień słoneczny, żeby mógł zobaczyć cały świat. Dla mnie z kolei boskie widoki to chmury i mgły. Jest w tym coś mistycznego i coś niezwykłego. Takie fotografie przykuwają mój wzrok dużo bardziej niż słoneczne zdjęcia. A być tam... wędrować w chłodnym, grafitowym obłoku, to najprzyjemniejsza rzecz w świecie.
   W Luce zawsze wiało... Tym razem panował niewiarygodny spokój i idealna cisza. Wtedy pojęłam swoje zwycięstwo nad górą, która zagrała cichą, świerszczową nutę.



Lubię spojrzeć na świat z góry. Wtedy wszystko małe tam w oddali wydaje się błahostką. Wtedy moje życie z całym dobytkiem i wspomnieniami tkwi w zawieszeniu. Na szczycie człowiek staje się wolny od zgiełku codzienności, od obowiązków, czysty, niezatruty cywilizacją, opętany przyrodą, jej dźwiękami.
   Na szlaku nikt nie jest bogaty ani biedny. W górach wszyscy są sobie równi, bo w górach nic nie należy do człowieka poza powietrzem, marzeniami, wiatrem i niebem...
   Będąc samotnie na szlaku, pojęłam wszystkimi zmysłami, że w górach powietrze pachnie wolnością.




Życie jest tym, co przechodzi obok gdy jesteśmy zajęci przejmowaniem się codziennością. Nie chodzi o beztroskę, bezmyślność ani chorą wersję indywidualizmu. Chodzi o pełnię życia.
   A emocje? Te są jak chmury. Płyną, a już za chwilę rozpierzchają się i znikają na dobre. To, czy spadnie deszcz na Wasze "tu i teraz", zależy wyłącznie od Was, od nastawienia. Czy chmura będzie kojarzona tylko z cieniem i chłodem, czy może zostanie pięknym zjawiskiem atmosferycznym?


Ostatnia prosta.
W tle Kreuzberge.
Widok z Luki.
 

Hoher Kasten
1,791 m

Powiększ.

Lato 2015

Pierwszy raz podjechaliśmy na szczyt kolejką górską, która ma swoją stację w Appenzell. Celem był obiad pod podłogą jadalni Pana Boga, szczyt ten więc wydał się najbliższy z możliwych.
   Restauracja jest jedyna w swoim rodzaju, gdyż stoliki stoją na okrągłej, obrotowej podłodze, dzięki której widok za oknem cyklicznie sam się zmieniał.
   Pamiętam jak mąż marudził na widoczność, a ja byłam po prostu zachwycona majestatycznymi kłębami leniwie przewalających się przez zębate granie. To jest przecież o wiele bardziej spektakularne!








Czerwiec 2016

Zostawiliśmy samochód w Montlinger SchwammDzień nie był na szczęście gorący, a wielkie, kłębiaste chmury łagodziły efekt uporczywego, słońca. Podejście nie jest zalesione, a otwarte tereny, pastwiska, rozległe łąki, gwarantują spektakularne widoki.



Zdobywanie szczytów stało się proste po roku zmagań ze znienawidzonym terenem. Dziś nawet pomyślałam sobie, że przecież zawsze chciałam wędrować w Bieszczadach, a tam też są góry. Najpiękniej byłoby trafić w nie którejś jesieni.
   Wiosna czy jesień – rzecz gustu. Pozostaję wierna mej miłości do złota i czerwieni.

Szczyt.
I co poradzić, że jestem przywiązana do tej góry? Łańcuchem...

Ogród botaniczny. Pamiętam z pierwszej wycieczki w to miejsce, że cały szczyt był usłany alejkami wzdłuż których rosły podpisane rośliny. Wówczas trafiliśmy na remont, więc aktualnie musi tam być po prostu pięknie.
   Część góry jest obsadzona i zabezpieczona wygodnymi mostkami dla zwiedzających.



Musiały minąć lata aż nastał taki czas, że wracam z gór radosna. Najważniejsze są chciejstwo wespół z własną aprobatą. Bo samo "cieć" to nic nie znaczy.




Alp Obetweid – u źródła potoku.
1280 m

Powiększ.
(Źle namalowałam czerwone kółko, powinno zaznaczać obszar dwie półki skalne niżej.)

Kwiecień 2018

Wyprawa solo szlakiem dla mnie nieznanym była przyjemną ciekawostką do odkrycia. Nigdy nie przyszło nam z mężem do głowy, bo odbywać tą lekką trasę widokową, bo nie sądziliśmy, że będzie mieć ona taki potencjał. Cieszę się, że tam poszłam.
   Ze skały wytryskiwało źródło Gasenzenbach.






"...z wielką granitową górą nie ma dyskusji...", jej majestat przemawia do rdzeni człowieka: jesteś mały i w każdej chwili mogę cię zgnieść. Ku przestrodze, czasami z najwyższej partii pionowych skał, obsypywały się lawiny kamieni, tocząc się po terenie głębokim echem.
   Trudno nie zapatrzeć się w grafitowe i zimne skały. Kawałek dalej zmieniały swoje oblicze w kły podziurawione przez erozję. Surowe, dzikie, naturalnie piękne.




Już wiecie doskonale, że ciągnie mnie w miejsca chłodne, że moimi uroczyskami są bezludne gaje o spartańskich warunkach. W tym czuje się najlepiej, dlatego tak mało czasami u mnie zwykłej, tej klasycznej alpejskiej sielanki.
   Niecierpliwie czekam aż znów szlaki na przełęczach staną dla mnie otworem. Lubię ich marsjański efekt jaki dają gołe, żółte i czerwone skały.




Alpstein jest powodem wielu moich frustracji. Bo jest, bo stoi, bo zasłania, bo była odwiecznym wyzwaniem. Nie raz na nią naklęłam czołgając się jej szlakiem i powymyślałam na nią masę epitetów. Niejeden raz już zdobyta i niejeden raz zdobyta będzie. Jeszcze wiele ścieżek i trawersów wiedzie na jej szczyty i jeszcze wiele wędrówek jest przede mną.
   Bo życie musi być warte wspomnień. Zamierzam je wyeksploatować.

39 komentarzy:

  1. Super opowiedziane:-) Moja miłość do gór ewoluowała podobnie do Twojej, nie od razu byłam zachwycona, stanowczo bardziej leniwa i wygodna bywałam. Jeszcze teraz zdarza mi sie marudzić, ale bardziej na siebie, na swoje słabości, bo nauczyłam się doceniać...
    Gdy piszesz o szczęśliwym powrocie, to przypominają mi się doniesienia medialne o kolejnych ofiarach górskich wycieczek, bo niektórzy myślą, że to taki sobie spacerek, skoro jest szlak... na zdjęciach widać, jak zmieniał się nawet wasz strój na wycieczki.
    Nie wiem jak długo przyjdzie mi chodzi po górach, ale na pewno będę tęsknić. Jak twój mąż wolę jednak rozległe widoki przy ładnej pogodzie...po to włażę na te pagórki:-)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Bałam się, że ta opowieść przerośnie standardy długości posta i ten będzie męczący...
      W moim przypadku nawet o lenistwo nie chodziło. Zawsze prowadziłam aktywny tryb życia, dużo jeździłam na rowerze, dosyć regularnie jeździłam też konno i tak samo jak teraz, sporo podróżowałam, tyle że po Polsce. Ale południe omijałam z daleka. ;-P
      Jestem od maleńkości zakochana w Mazurach i Warmii, w tych dzikich zakątkach. I tam też konno jeździłam. Te niekończące się lasy wciąż zapraszały...
      Czytywałam jakiś czas te doniesienia. Większość to amatorskie błędy, że na prawdę wstyd. Omijam już te alerty.
      Strój się zmieniał? Mój się w ogóle nie zmieniał, noszę cały czas to samo :-P Mąż wyewoluował, bo na początku w dżinsach chodził i koszulach. Miało to swój styl, ale termo-koszulki są zdecydowanie praktyczniejsze.

      Usuń
  2. Niesamowita historia. To prawda góry uczą pokory, ale również radości i satysfakcji, nie mówiąc o tym, że człowiek mimo, że fizycznie jest zmęczony to ma psychiczną energię :)

    Ale macie tam szczyty, widoki zapierają dech w piersiach :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dawniej wchodziłam w ramach treningu, dzisiaj zdecydowanie dla głowy to robię. Po tą wewnętrzną energię właśnie. Bo trening stacjonarny i tak zrobić trzeba ;P Z resztą to zupełnie inaczej w mięśnie wchodzi.

      Usuń
  3. Kochana!
    Jak zwykle mądry cytat na początek i cudna foto-relacja:)
    Przepraszam, ale na moim blogu, jakiś chochlik złośliwy "skasował" komentarze!
    Milutko pozdrawiam;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękuję serdecznie :)
      Nie bał się i zabrał? Mam nadzieję, że przynajmniej zdążyłaś wszystkie przeczytać.

      Usuń
    2. Przeczytałam na szczęście, zdążyłam! zapraszam w dalszym ciągu do komentowania:)

      Usuń
  4. Jestem pełna podziwu, bo ja gór się boję. Łaziłam trochę w Polsce po Bieszczadach, Sudetach i w Szczyrku, ale w wysokie Tatry nie poszłam. Moje stawy kolanowe źle znoszą włażenie pod górę, a jeszcze gorzej - schodzenie z góry. Jednak pozostaję wierna moim klimatom z północno-wschodniej Polski. Fotki są śliczne, aż chciałoby się tam być, ale niekoniecznie wchodzić tak wysoko. Przeczytałam i obejrzałam wszystko z uwagą i naprawdę podziwiam Twoją determinację w pokonywaniu nie tylko gór, ale i własnych słabości. To piękne!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Moje stawy kolanowe to odrębna historia. Kiedyś chodziłam bez kijków i czasami bałam się, że nagle nogi złożą się pode mną i tyle będę z tego miała. Bo nigdy nie wiem kiedy tak się może stać. Lekarz mi zabronił wysokich eskapad.
      Kijki stały się nieocenione, dały mi pewność siebie i nie bolą mnie kolana. Czasami coś tam zakuje, ale mogę chodzić. Pewnie teraz zapytasz po co to robię? Mogłabym siedzieć w domu i nie robić nic, bo wszystkie pasje zostały w Polsce, tutaj nie mogę ich kontynuować. Albo mogę żyć tak, żeby potem mieć co wspominać i aktualnie cieszyć się życiem. Wybrałam to drugie, zamierzam wyeksploatować swoje stawy.
      Widzę, że mamy coś wspólnego, bo ja byłam (JESTEM NADAL!) zakochana w Mazurach i Warmii, w tych dzikich zakątkach dalej od wielkich miast. I tam też konno jeździłam dużo konno. Te niekończące się lasy wciąż zapraszały...

      Usuń
    2. Na pewno nie zapytam po co to robisz, bo wiem, co to jest pasja. Na Mazurach mieszkam (z siedmioletnim epizodem na Śląsku) od zawsze. Kocham te klimaty lasów, pagórków i jezior, ale ostatnio klimat daje mi do wiwatu - duża wilgotność nie służy moim stawom. Jednak mieszkam tu nadal i tak chyba już będzie do końca. Po co, skoro można znaleźć miejsce bardziej przyjazne zdrowiu? Bo tu rosłam, w to wrosłam, a starych drzew się nie przesadza. I kocham te moje Mazury. A konno też jeździłam, jednak tak mam ściachany lędźwiowo - krzyżowy odcinek kręgosłupa, że lekarz mi stanowczo zabronił wszelkich wstrząsów i posłuchałam go. Tęsknię za końmi, bo są wspaniałe, ale teraz już raczej je po prostu podziwiam i czasem rysuję, maluję. No ale ja dobiegam już sześćdziesiątki, więc jestem poniekąd usprawiedliwiona. Jeśli moje zamiłowania i pasje mają się kończyć za każdym razem cierpieniem i wyłączeniem z aktywności na coraz dłuższy czas, to muszę się jednak powstrzymywać od niektórych ekstrawagancji, do jakich już w tej chwili muszę zaliczyć np jazdę konną. Szukam sobie więc alternatywy, która nie niszczy mi zdrowia - pisanie, malowanie, śpiewanie w chórze, pływanie, chodzenie z kijkami (po płaskim) itp. Ale nie potrafiłabym tak żyć, żeby nie robić niczego, co sprawia mi jakąś przyjemność, co mnie nie nakręca. Musze mieć jakąś odskocznię od codzienności, bo bym zwariowała. Pozdrawiam

      Usuń
    3. Kręgosłup w odcinku lędźwiowo-krzyżowym u mnie już w ósemkę się zawinął. Też nie powinnam jeździć, ale korzystam gdy jestem w Polsce. To jest dla mnie pasja numer jeden. Z gór bym mogła zrezygnować, z jeździectwa nie potrafię. Czy to, iż przeżyłam o połowę mniej życia niż Ty, może usprawiedliwiać, że rozwalam sobie zdrowie? Kolana w trakcie jazdy też nie mają lekko. Ale ja się nie nadaję do życia stacjonarnego... Bóg mi nie dał całkowitego zdrowia, ale dał na tyle sił, by walczyć. I czasem znosić cierpienie. Sama to rozumiesz najlepiej, bo widzę, że odbierasz swój świat podobnie.

      Usuń
    4. Byłam taka sama. Już na studiach lekarka mi powiedziała - to nic, że lubisz, ale zrezygnuj z konnej jazdy, a ja jeździłam na obozy jeździeckie, potem neurolog mi powiedział, że bieganie w moim przypadku, to pierwszy krok do kalectwa - ja biegałam, tyle, że już nie po betonie, a po asfalcie itp, itd. Teraz niestety cierpię, gdy przegnę, a gdy zrezygnuję na jakiś czas z ruchu - cierpię jeszcze bardziej. Nie wiem, co mam z tym robić - lekarze rozkładają ręce. Ortopeda obejrzawszy mój wynik rezonansu (kręgosłup L-S) stwierdził, że nie jest cudotwórcą, a ja zdziwiłam się, że z takimi zmianami w ogóle jeszcze chodzę. Niestety muszę się oszczędzać, jeśli nie chce wylądować na wózku. Niestety wyglądam dobrze i na mniej lat niż mam, toteż wszystkim wydaje się, żem jeszcze młoda i pełna sił i że można mi dowalać roboty w dowolnej ilości. A ja już tylko czekam emerytury, bo nie wyrabiam na zakrętach. Nie chcę udzielać rad, ale ruchu też należy używać z rozsądkiem, oszczędzać to, co jest przeciążane i źle na te przeciążenia reaguje, żeby potem na starsze lata dało się jakoś żyć we względnym komforcie fizycznym. Ale oczywiście każdy sam musi dojść do tego, co dla niego najlepsze. Zdrowia życzę i pogody ducha zawsze, na każdym szlaku!

      Usuń
    5. Nie wolno mi biegać, więc truchtam rekreacyjnie po ziemi maksymalnie pół godziny i maksymalnie 2/3 razy w tyg. Nawet sobie specjalne buty amortyzujące kupiłam. Kiedyś biegałam każdego dnia, im dłużej tym lepiej. Teraz latem wcale nie biegam, bo jest dla mnie za ciepło. Nie forsuję stawów już tak bardzo. Konno jeżdżę raz w roku jeden raz, to też mnie nie zabije. Ale wiem, że gdybym mieszkała w Polsce, nadal byłby to regularny dla mnie sport, tak jak kiedyś.
      Ja też bez ruchu cierpię jeszcze bardziej, po prostu wtedy kręgosłup boli jak jasna... dlatego dodatkowo ćwiczę w domu i to jest moja nieoceniona rehabilitacja. Kiedyś jeszcze na basen chodziłam, to było świetne.
      Mój kręgosłup to takie zjawisko, że jak regularnie chodzę do kręgarza to jakby poprawia się, ale wystarczy na krótki czas przestać chodzić i już wszystko "cudownie wraca do normy". Mnie nie da się na stałe przywrócić do zdrowia, nie ma czegoś takiego i mało ludzi to rozumie. Kręgarz może mi ulżyć w bólu, to wszystko.
      Jak byłam mała, miałam lewostronne porażenie nerwów. Lewa strona ciała przez jakiś czas nie rosła wcale, a potem bardzo wolniutko. Mam skrzywioną miednicę i minimalnie krótszą lewą nogę. Naprawdę minimalnie. Ale miednica i łączenia tak się zdążyły w czasie rośnięcia zwichrować, że kręgosłup wywinął salto. Nie ma możliwości wyprostować mnie całkiem, z uwagi na słabszy rozwój szkieletu, całej lewej strony. Lewy bark, łopatka i całe ramię mam mniejsze. Jak spojrzysz na moje zdjęcie gdzie oba ramiona mam nad głową, to zobaczysz, że mam lewą rękę krótszą.
      W dzieciństwie ortopeda powiedział mi, że w wieku 30 lat będę pchała balkonik. Mam 31 lat determinacji i ciężkiej pracy fizycznej za sobą, dzięki czemu chodzę o własnych siłach. Kilka lat temu ortopeda powiedział mi, że chodzę wyprostowana tylko dlatego, że kręgosłup ma wsparcie od mięśni. Cały czas ćwiczę gorset mięśniowy i dzięki niemu nie garbię się aż tak bardzo, bo skrzywienie mam też między łopatkami.
      Też wyglądam za dobrze, żeby mi ktoś uwierzył w mój przypadek. A jednak.
      Ekstrema sportowe musiałam odrzucić. Podbiegów górskich nie będę uprawiać, choć chciałam. Skoki w jeździectwie chodziły mi po głowie kilka lat temu, ale wolałam zrezygnować. Normalna jazda mi wystarczy.
      Nie chcę już teraz wyrzec się całkiem wszystkiego. To dla mnie jak wyrzec się siebie.
      Ostatnio lekarz mi powiedział, że ja wiem najlepiej na ile mogę sobie pozwolić i już doskonale wyczuwam swoje granice. Po prostu ich nie przekraczam.

      Usuń
  5. Też mam w górach polskich parę takich miejsc, gdzie byłem już parę razy. Jednak do tej pory jeszcze nie wybrałem się na jakiś wyjątkowo trudny szlak, albo na wyjątkowo wysoki szczyt. Ale może wszystko w swoim czasie. Kto to wie w sumie. :)

    W Warszawie według mnie nie było zimy i wiosny. Lato zaczęło się w maju i jest po prostu wszystko tak pogmatwane, że głowa mała. Mam nadzieję na jakąś zmianę pogody, bo ciężko wytrzymać momentami już taki upał. Od dwóch dni jeśli mam wyjść to tylko wieczorem, wcześniej jest to właściwie niemożliwe. Oby jutro było nieco chłodniej, bo mam zajęcia na uczelni. Rano to jeszcze pół biedy ale po południu może być termiczny szok.

    Pozdrawiam!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Przypomniało mi się jak jeździłam rowerem do pracy z wielkim plecakiem. Rano było 5-10 stp. więc długie spodnie i zakryte buty. Długi rękaw i kurtka wiatrówka.
      A po południu wrzucałam te ciuchy do plecaka, zakładałam t-shirt i szorty, sandałki i cała wysmarowywałam się filtrem 50+. (Około godziny jechałam). Było 30-33 stp. To się nazywa szok termiczny...
      Boje się lipca i sierpnia... O_O

      Usuń
  6. Powtórzę się, ale piszesz genialnie. W połączeniu z muzyką, którą akurat słucham, ten tekst uderzył we mnie tak głęboko, że nawet nie umiem określić dokładnego miejsca. Podziwiam za samotne wędrówki, ale i rozumiem. Ja czasem sama spaceruję i kocham ten moment, bo jest tylko dla mnie. Mogę myśleć nad sobą, nad swoimi problemami i marzeniami, a jedynym obowiązkiem jest skupienie się na drodze. Im dłużej czytam Twoje teksty tym coraz bardziej ciągnie mnie w góry. Może nie tak wysokie i majestatyczne, myślę, że na początek wystarczyłyby mi Beskidy niskie, ale mimo wszystko to miła zmiana.
    Czarujesz słowem jak i zdjęciami... Dziękuję Ci za ten tekst! ♥

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękuję ^_^ W sumie dziś to chyba bardziej zdjęciowy post, nawet obawiałam się czy nie za długi ^_^
      Zachęcam do gór, może też złapiesz bakcyla :) I tak – zdecydowanie zacznij od niższych, nie rób tego błędu co ja ;P
      Jeszcze raz dziękuję, Twój komentarz sprawił mi wiele radości :)

      Usuń
  7. Witaj Aniu.
    Wspaniała wędrówka, fajne wspomnienia. Nic, tylko pozazdrościć.
    Szkoda, że taki "spacer" już nie dla mnie. Kondycja, stawy kolanowe, etc...
    Jednak wirtualnie fajnie sobie wędruję.
    pozdrawiam serdecznie.
    Michał

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nic mi nie mów o stawach kolanowych... Ta góra to jedna długa historia kompletnego rozwalenia sobie kolan. Aktualnie bez kijków nie zejdę z żadnej góry już nigdy więcej. Służą mi za zapasowe nogi. Opieram na nich praktycznie większość masy mojego ciała, teraz mogę się zacząć bać o stawy nadgarstków i łokci, bo też zaczynają boleć po każdej wędrówce. Chyba się sypię. Ale jeszcze trochę dam radę.
      Pozdrawiam również.

      Usuń
  8. Pamiętam jak trafiłam na Twojego bloga Aniu i piałam z zachwytu nad miejscem, w którym mieszkasz. Hihi.. a Ty stwierdziłaś, że Bandytka zasłania Ci widok. Byłam zaskoczona i wzięłam Twoje słowa za przewrotny żart ... no jak można się nie zachwycać ta

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. ...ką górą. Mieć górskie szlaki na wyciągnięcie ręki, toż to spełnienie moich marzeń :)!!! Dziś znam powody Twojej ,,niechęci", tym bardziej więc cieszę się, że pokochałaś wędrówki na wysokościach. Dzięki Twoim relacjom, mogę

      Usuń
    2. ... się poczuć jakbym i ja tam była. Marzy mi się wyprawa w Tatry. Niestety z przyczyn technicznych (brak godnych opiekunów dla dzieci) nie jest to teraz możliwe. Wyskoczymy gdzieś w Beskidy ze Szkódniczkami i też fajnie będzie, ale tej wysokości mi trzeba :)!!!

      Usuń
    3. P.S. Uff... skomentowałam...na raty :)!!!

      Usuń
    4. No własnie widzę, że w ratach pisałaś :P Strasznie Cię ta rodzina uziemia, dosłownie. Ile jeszcze lat do ich samodzielności? Albo wiem! Zostaw męża z dziećmi i jedź sama! Chyba jest na tyle godny? XD

      Usuń
    5. Hihi... kuszące... jak wróci ze swych licznych wojaży... pojadę, choć na jeden dzień :)!!!

      Usuń
    6. Własnie! Bo on jeździ. Ty też możesz ;)

      Usuń
  9. na wielu zdjęciach stoisz wskazując jedną ręką niebo, a drugą zamierzasz się na nie pięścią. nie ma przy tym znaczenia, która ręka, co robi. ta poza ma jakieś istotne dla Ciebie znaczenie w trakcie "eksploatacji życia"?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. To jest poza z emblematów zwycięzców mistrzostw świata bodybuilding. Interesuję się sportami sylwetkowymi, ale ma to też drugie znaczenie, jest to poza zdobywcy, która w na szczytach gór pasuje najlepiej.

      Usuń
    2. dziękuję - frapowało mnie to troszeczkę, bo całkiem sporo takich zdjęć widziałem - niekoniecznie na szczytach.

      Usuń
    3. To taka idea zdobywania, niekoniecznie szczytu. Różnie wypada w danej sytuacji.

      Usuń
  10. Jakie widoki... super:D
    pozdrawiam serdecznie znad filiżanki kawy:)

    OdpowiedzUsuń
  11. Piękne są te zielone zdjęcia z mchami. Jestem pod wrażeniem jak się przystosowałaś do tej otaczającej Cię, górzystej sytuacji. Z drugiej strony nie dawała mi spokoju inna myśl kiedy Cię czytałam-a może byś spróbowała gór wyższych? Skoro masz taką wprawę i doświadczenie to chyba niewiele stoi na przeszkodzie, aby piąć się w górę.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. A przystosowywałam się 3 (słownie TRZY) lata. Spróbowałam na razie takiej drabinkowej wspinaczki, a jeżeli chodzi o wysokości, to 3 tys. byłam najwyżej. Na góry, które zabijają, nadal się nie wybieram, choć w moich marzeniach jest Nanga Parbat, bo tam wchodzili Batman i Green Arrow XD
      A tak poważnie, do tego trzeba mieć dobre stawy, boję się, że miałabym problem z powrotem do domu. Ale też kusi, bo może po to jestem wyjątkowo odporna na zimno? ;)

      Usuń
  12. Góry są piękne na Twoich zdjęciach, nawet rewelacyjnie tajemnicze i niedostępne, a tu czytam, że chodzisz sama. Niepojęte! Nawet skręcona kostka to dramat, gdy nie ma nikogo w pobliżu.
    Lubię oglądać te Twoje niepowtarzalne widoki, jesteś profesjonalną mistrzynią, gratulacje.
    Serdecznie pozdrawiam

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Na szlaki o dużym prawdopodobieństwie zwichnięcia kostki, chodzę z mężem. Tutaj często widuję samotnych wędrowców, chyba mi to wchodzi w krew powoli. Nie twierdzę, że nawet na takich górach nie da się sobie zrobić krzywdy, jestem tego dowodem. W górach się nie przewracam, a wyjdę tylko na równą drogę i już gleba. Potykam się nawet na asfalcie. Podejrzewam, że w górach jestem bezpieczniejsza.
      Jak widzisz, sierota ze mnie, a nie mistrzyni ;P ale dziękuję. :)

      Usuń
  13. Kurcze, weszłam na bloga i już myślałam, że będzie coś o kosmetykach, modzie itp, a tu proszę jaka niespodzianka!
    Moim największym marzeniem jest zostać podróżnikiem, czy istnieje coś piękniejszego?
    Pozdrawiam!

    OdpowiedzUsuń
  14. O tak, są takie rejony świata, gdzie różnica temperatur dobowa może nawet zabić. @_@ W Polsce są właśnie takie miesiące, co rano jest niemal Syberia, a po południu Sahara. I jak żyć wtedy. Wolę nie myśleć o tym, że będą jakieś dłuższe fale upałów.

    :) Jeśli za bardzo nie grzmi, a tylko deszcz pada to też bardzo mi odpowiada takie swoiste upojenie się burzą. Zwłaszcza latem.

    Pozdrawiam!

    OdpowiedzUsuń

Pewnego dnia wymyśliłam sobie, że będę dzielić się pięknem świata, którego doświadczam podczas swoich wędrówek. Że będę pisać ku pokrzepieniu serc i być może zachęcać do podróżowania. W tym samym celu wydałam książkę, czyli dla Waszej przyjemności. Czasami piszę też o Bogu, który jest dla mnie najważniejszy i dzielę się chętnie swoim studium biblijnym.
Jednak nie robię tego dla poklasku, nie chcę samych duserów.
Dziękuję za każdego czytelnika, który podzieli się ze mną swą refleksją miast "odhaczonym" komplementem. Jestem wdzięczna za każde nasze wspólne rozważanie. Za komplementy dziękuję, ale nie na tym mi zależy. Proszę rozważ to nim pozostawisz po sobie te dwa/trzy słowa :) i tak zwyczajnie: porozmawiajmy.