Wędrówki:

Zakładki dotyczące wędrówek, są rozszerzone i znajdują się po prawej stronie bloga.

"Odpowiadam za to co powiedziałam, nie za to co zrozumiałeś."

30 kwietnia 2018

Protagonista. Jestem? Byłam?

Wszystko, co w danej chwili robisz, oddziałuje i wpływa na innych ludzi. Twoja postawa może rozjaśniać Twe serce lub przekazywać uczucie niepokoju. Twój oddech może emanować miłością lub pogrążać otoczenie w depresji. Twoje spojrzenie może wzbudzić radość. Twoje słowa mogą inspirować do wolności. Każdy Twój czyn może otwierać serca i umysły.
– David Deida


Kim jest protagonista? Spotkałam się z definicją krzewiciela jakichś idei, a nawet z buntownikiem, lub po prostu liderem w grupie. Czy synonimem od tego słowa może być apologetyk?
   O protagonistach mówi się jako o obrońcach zasad, czy nawet rzecznikach danej grupy społecznej. Są to ludzie nie bojący się oficjalnie mówić prawdy (a wiadomo, że ta w oczy kole). Liberałowie – tolerancyjni wobec cudzych poglądów, lecz zawsze w obronie własnych (i nie tylko) zasad moralnych, zachowań, filozofii czy innych wymiarów składających się na osobę żyjącą wedle swego ściśle określonego pryncypium. Protagoniści często zostają biznesmenami, politykami i publicystami. Ale... zostawmy w spokoju te wielkie słowa.
   Czy byłam / czy jestem → protagonistą? Aby przedstawić definicję słuszną i zasadną w odniesieniu do samej siebie, muszę cofnąć się w przeszłość. Kim byłam, jak żyłam? Spróbuję postawić jeszcze jedną tezę, bliższą mi i najbardziej ukazującą osobowość protagonisty.

26 kwietnia 2018

Hundwiler Höhi (1306 m) – Appenzell.

"Podróż uczy skromności. Widzisz, jak niewiele miejsca zajmujesz w świecie."
– Gustavo Flaubert


Wlk. Piątek wybraliśmy się do Appenzell , aby podejrzeć co w czasie wolnym robią Szwajcarzy.
   W całym kraju powolutku budził się czas prac gospodarczych. Trzoda nadal jeszcze trzymana w zagrodach, już tęsknie patrzyła na zieleniejące się obficie horyzonty. Jednak szkoda by było krokusów i przebiśniegów pod ich kopyta.
   Naszym celem była popularna ścieżka wiodąca na łatwy do zdobycia szczyt i obiadowa przerwa pośród tubylców. Co zamawiają w ten powszechnie postny czas?


24 kwietnia 2018

U mnie w kuchni.

"Kiedy gotujesz w stresie, tracisz perfekcję."
– Gordon Ramsay


Utarło się na przestrzeni lat, że zdrowa kuchnia to rygorystyczne, nieciekawe i monotonnie powtarzające się dania. Wiecie, że mam osobliwą dietę i że jest dla mnie ważna w związku ze zdrowiem jak i sportem, toteż dzisiaj postanowiłam stanąć w obronie zdrowej kuchni.
   Kuchnia sportowca (choćby i nawet amatora jak ja) kojarzy się z suchym ryżem i kurczakiem. Pewnie wszyscy z Was pamiętają programy i artykuły zachęcające do unikania soli itd. – a to wszystko brzmi jak profanacja naszej poczciwej, polskiej kuchni, ale niestety – ludzie popadają niekiedy w skrajności.
   Ortoreksja stała się jedną z najczęstszych chorób związanych z zaburzeniami odżywiania. Nie wiecie co to jest? I bardzo dobrze, to się Wam chwali i trzymajcie się od tego z dala!

Wikisłownik: "...patologiczna obsesja na punkcie spożywania zdrowej żywności..."

Jadam kolorowo. Jestem wzrokowcem i zdecydowanie najchętniej sięgam po ładne dania. Poza polska kuchnią lubię włoskie smaki oraz przepisy z dalekiego wschodu. Wbrew spodziewaniom, tradycyjna kuchnia szwajcarska nie przypadła mi do gustu. Są drobne wyjątki (jak wszędzie), ale dziś nie o tym.
   Pokażę Wam, że jeść zdrowo to nie znaczy nudno ani niesmacznie. To będzie taki kulinarny misz-masz z podziałem na kolory. Zapraszam do mojej kuchni.


20 kwietnia 2018

Hochstuckli – w sercu centralnej Szwajcarii.

Gdy w dolinie marzec położył się wiosną, a wszystkie lasy pozrzucały z siebie białe piżamy – póki jeszcze na szczytach zima nie powiedziała ostatniego słowa – dopóty my będziemy bawić się w śniegu, bo to przecież fajne jest!
   Biały dywan mocno błyszczał w słońcu. Powietrze leciutko rozedrgane pod jego opalizującymi promieniami, nazbyt jeszcze było zdradliwym, aby zdjąć swój wielki sweter. Czasami zrywał się wiatr, czasami w cieniu podgryzał uszy chłód. To jeszcze nie czas, aby zapomnieć o szaliku, spacerując powyżej tysiąca metrów n. p. m.
   Aktualnie kiedy to piszę (20 kwiecień), termometr wskazuje 27 stp. C. Taka jest szwajcarska wiosna: chodzi się w sandałkach, ludzie plażują nad rzeką. W dolinie jest na oko już lipiec.

Ta górska dróżka nie była wcale nudna ani podobna do innych. Np. ta kładka, na której trapezowata hałda śniegu wprawiała w lekkie zwątpienie. Szerokość kładki nad wąskim lecz głębokim potokiem, miała szerokość jednej rakiety. Nikt się nie dowie jak ciężko jest iść stopa za stopą, póki nie założy rakiet śnieżnych.


17 kwietnia 2018

Wiosny też można nie lubić.

Czasem jest zima, która białą woalką kładzie się na szczytach
wygładzając jej wszystkie ostre krawędzie.
Czasem jest jesień, omiatająca szarym szalem wszystkie drzewa,
pozbawiając je liści.
Czasem jest lato kąsające ostrymi żądłami fauny brzęczącej.
Czasem jest wiosna racząca nas słotą i mgłą bezustannie.
Na wszystko da się narzekać. Że czasem nie ma słońca,
że czasem niebo przykrywa grafitowy płaszcz,
że wieje nieprzyjemny wiatr...

Tylko po co?


W moich opowieściach zazwyczaj nie ma miejsca na ciepły altruizm słowa, obejmującego przyjaźnie każdą zaczytaną duszę ludzką. U mnie jest śnieg, który długo się nie topi, który mnie uszczęśliwia i sprawia, że świat staje się tak bardzo czystym, jakim nie był nigdy w rzeczywistości. Tak jak na ziemi od zarania dziejów mieszka grzech, tak istnieje od zawsze cykl życia, którego nie da się zatrzymać.
   Złoty deszcz cierpkich słów o jesieni, padł kilka miesięcy temu na moje powieki, zamykając je na ludzi. Otwierałam oczy kiedy tylko znajdowałam się sama. Długo później dziewiczy śnieg obojętności i odrętwienia, obsypał mrowie apatycznych serc, zmieniając je w nieczułe sople lodu. Ja w tym czasie byłam odległą gwiazdą podziwiającą biały świat z wysoka.
   I zupełnie niedawno pierwszy przebiśnieg postanowił pewnego poranka zmienić to wszystko. Na moją skórę padły zdecydowanie śmielsze promienie słońca. Wkrótce będą zbyt ciepłe, a ogromnej kuli żywioł, da mi zasmakować innej cierpkości.
   Większość ustawi się w kolejce do słońca, odkrywając blade ich zdaniem ramiona. A ja wtedy usiądę sobie w cieniu i poczekam na pierwszy złoty deszcz Waszych cierpkich słów, abym mogła już wyjść z ukrycia jak pierwsza jesienna mgła.
   Przed czym chcę się ukrywać? Uwaga! – będę straszliwie marudzić.

Na zdjęciach Liechtenstein – widok z pagórka Schellenberg.



13 kwietnia 2018

MATT – Weissenberge

W marcu dolina zakwitła, lecz stoki bielały jeszcze w świetle słońca. Ciepełko odważnie przedostawało się już pod ubrania, próbując kolejno je ściągać z ciał, lecz rozsądek podpowiadał, by jednak z tym nie przesadzać. Ale zabrać ze sobą zimną Frappe, to był doskonały pomysł.
   Miejscowość Matt oferuje leniuchom, oraz tym, którzy planują przejść kawał góry powyżej – skróconą wycieczkę koleją linową. Skorzystaliśmy, aby mieć mnóstwo czasu na maszerowanie po nadal bardzo wysokim śniegu. Buźki zostały spalone słońcem (pomimo filtra). Czuć było już wiosnę.
   Doliny rozkwitły. Nas jednak stale ciągnie w góry, które zakwitają nieco później. Jeszcze można było zażyć zabawy w śniegu, jeszcze można było ucieszyć się "złapaniem zająca", bo ja zdolna jestem i nawet na równej drodze to potrafię.


10 kwietnia 2018

Burg Blatten – spacer Doliną Renu.

Słoneczny dzień, zachęciłaby nawet największego domatora do wyjścia na spacer. Jednakże był mały mankament – nadal -20 stp. C, a do tego porywisty wiatr, który wzmagał poczucie chłodu, ciął policzki jakby żyletkami. Kolejny raz uświadomiłam sobie, że mam zbyt cienkie rękawiczki.
   Nie ma sensu się poddawać, dopiero co wyszedłszy z domu. Przede mną marsz na prawie cały dzień, a cel – można powiedzieć – sentymentalny. Pierwszy zamek jaki zwiedziłam przy okazji wakacyjnego pobytu w Szwajcarii.
   Moja droga wiodła wzdłuż rzeki Simmi, tej samej, którą poprowadziłam Was ostatnim razem, lecz w zupełnie innym kierunku. Mięliście okazję zobaczyć jej dziką stronę w górach, a tym razem ujrzycie ją w zupełnie innym wydaniu, bowiem leniwie rozlewającą się szerokimi, trawiastymi brzegami Doliny Renu. Pomimo trzaskającego mrozu, płynęła niewzruszona.



6 kwietnia 2018

Grabserberg – Rohregg

Wizja świata obrócona w lód może zaskakiwać, zwłaszcza że poprzednim razem pokazałam pierwsze metry tej samej drogi, wzdłuż której rzeka Simmi płynęła kaskadowo zupełnie beztrosko. Tymczasem stanęła zupełnie w miejscu i tylko cichutko będąc, można było dosłyszeć nieznaczny szum spod grubej kopuły lodu, gdzie ciasnymi szczelinkami przeciskała się woda wedle swego prądu.
   Dzień obrałam sobie piękny, słońce zmusiło mnie do położenia filtra na nos, ale mróz tego lutowego dnia był wyzwaniem. W dolinie termometr wskazywał -20 stp. C. A ile było na górze, Bóg tylko raczy wiedzieć.
   Grabserberg, góra łagodna, półokrągła i nie trudna do pokonywania latem, zamienia wędrówkę w nie lada wyprawę zimą. Oto ciąg dalszy trasy, na którą wybrałam się także solo.


Rzeka Simmi – jej dziki żywioł.

"...Niech porwie Cię ta rzeka, daj się nieść daleko, daleko
Wiesz, nie ma sensu czekać tak z boku gdzieś..."


– Closterkeller "To albo to"



Pewnego dnia w miesiącu lutym w środku tygodnia, wybrałam się na niezobowiązujący spacer tam gdzie jeszcze nigdy wcześniej mnie nie poniosło. Zostawiłam rower w miejscowości Gams i przeszłam całe osiedle domów aż dotarłam do szlaku mającego prowadzić mnie do wyżej położonych dróg górskich. Nie były one jednak moim celem. Ja poszłam tylko tam zajrzeć.
   Hasengut położone na wysokości 547 m → rozdroże niepopularnych szlaków do popularnych miejscowości. Buchs ↔ Wildhaus oraz w przepiękny krajobrazowo region ↔ Voralp. Nie sądziłam, że "przeddroże" może się wydać takie fascynujące.


5 kwietnia 2018

Wielkanoc biblijnie i nie tylko.

"Dla tego kto nie mówi dobrze, milczenie jest lepsze od słów."
- przysłowie arabskie


Jest to najważniejsze święto w całym roku liturgicznym Kościoła katolickiego, upamiętniające zmartwychwstanie Jezusa Chrystusa. Mówi się też, że jest pierwszym i najdawniejszym świętem, obchodzonym nawet w czasach apostolskich. I rzeczywiście słowo "wielkanoc" pojawia się w paru wydaniach Biblii, lecz w tamtych czasach tradycja noszenia święconki jak i palemka, nie istniały.
   Prawdziwy rodowód zwyczaju świecenia pokarmów, jest tak naprawdę znacznie młodszy niż Wielkanoc starożytna, o której chcę dziś opowiedzieć. Mam nadzieję, że natchnieni przygotowaniami do tego wiosennego, barwnego święta, znajdziecie troszkę czasu na przeczytanie o tym ogniwie, łączącym nas prawie na całym świecie – jak wielką, rodzinę – rokrocznie w kościele.


Arvenbuel – Flügenspitz

"Za dwadzieścia lat bardziej będziesz żałował tego, czego nie zrobiłeś,  niż tego, co zrobiłeś. Więc odwiąż liny, opuść bezpieczną przystań. Złap w żagle pomyślne wiatry. Podróżuj. Śnij. Odkrywaj."
~ Mark Twain


Trasa wysokogórska Amden to świerkowe i sosnowe lasy oraz bogata alpejska roślinność. Znajduje się tam chronione torfowisko o znaczeniu krajowym, bogata flora wysokogórska... ale tego Wam nie pokażę, bo nijak się nie da. Wczłapaliśmy się tam w lutym.
   Nasza wędrówka miała swój początek w Amden na wysokości około 1300 m. Jest to mała wioska na słonecznym płaskowyżu, wysoko nad Walensee, które już dobrze znacie z moich poprzednich, licznych opowieści o tym jeziorze.
   Kolejka linowa Mattstock zapewnia wygodną podróż do punktu początkowego wędrówki, górskiej stacji Walau, gdzie stoi restauracja (chciałam zobaczyć ofertę w sieci, ale okazuje się, że jest teraz nieczynna). My sobie do ścieżki podjechaliśmy samochodem jest tam elegancki parking graniczący z samym szlakiem.
   Niby nic nie zapowiadało idealnych warunków pogodowych, wjechaliśmy prosto w gęstą, szarą chmurę, ale wedle mojej "górskiej dewizy": jak się nie ma widoczności, to się jej szuka gdzie indziej - zajechaliśmy do celu i wzuliśmy stopy w rakiety śnieżne. Szukamy - GO!


W krainie baśni.

"Prawdziwa podróż odkrywcza nie polega na szukaniu nowych lądów,
lecz na nowym spojrzeniu."
- Marcel Proust



Byłam tu setki razy, ale za każdym wybierałam sobie inne warunki, żeby zobaczyć obraz alternatywny.
   Dla mnie personalnie nieprzenikniona mgła jest niepowszednio romantyczna. Czułabym się wspaniale w mrocznej scenerii rodem z filmu "Sleepy Hollow" (w Polsce film nazwali "Jeździec bez głowy"). Cisza, która zawsze pozytywnie mnie nastraja. Przyjemny zapach powietrza, orzeźwiająca temperatura, można dosłownie zginąć we mgle dla własnej uciechy.
   Ludziom to kojarzy się z cmentarną aurą z horrorów. Przyjmijmy, że tak jest. Pamiętam za dawniejszych czasów jak gęsta chmura okryła moje miasto (wtedy w PL). Szczęściem akurat miałam wolne w pracy, więc wsiadłam na rower i pognałam z aparatem do lasu. To były najlepsze zdjęcia na tamten czas. Tory kolejowe znikające we mgle. Drzewa groźnie wyłaniające się z szarości. Mały strumień rzeki, nad którym dodatkowo unosiły się obłoczki. To była bajka... O.K. niech będzie, było zimno, krakały wrony, a po torach jechał parowiec widmo.
   I tym razem zapraszam Was do zanurzenia się wraz ze mną w słodkiej, baśniowej mgle. Moi mili: Szwajcaria w mrocznej odsłonie:


Werdenberg

Marcowe mgły się wodzą, szron zmienia w opary słońce, lodów pożerca... Błoń żyje i knieja! - pisał Leopold Staff. Droga odkrywa się powolutku, aparat wciąż miałam włączony.
   Zatrułam się tym widokiem i pochorowałam na dobre, że z żalu i tęsknoty sromotnej witam dziś wiosnę ospale... ociężale... Pierwszą pszczołę już widziałam i pierwszy gajowy wstężyk wyszedł mi naprzeciw. A ja jeszcze we wspomnieniach swymi cichymi myślami, jeszcze nie odgarnęłam ze swych powiek mgieł słodkich marzeń.


Lenzerheide – szlak śnieżny + test rakiet śnieżnych.

"Podróże są jak ożywcza kąpiel dla umysłu, jak rysunek Medei,
który sprawia, że znów jesteś młody."
- Hans Christian Andersen


Wielu osobom zima kojarzy się wyłącznie z nartami, a na samą myśl o trekkingu górskim, pojawia się pełna goryczy i ogólna niechęć. O tym jak przyjemne może okazać się wędrowanie dzięki prostemu gadżetowi, dowiedzieliśmy się podczas tej wycieczki.
   Do tego, że zima jest extra, już nie będę próbowała Was przekonywać, bo zauważyłam, że pojawiają się o to spory. To moje zamiłowanie (jedno z wielu), które spycha mnie na margines alienów, więc przy tym pozostanę. Lubię zimę, śnieg i mróz. 👽


Mars – czerwona planeta.

Czego można spodziewać się u wiedźmy na blogu? Pogaństwa, wszak niedługo Idy Marcowe. Ale nietypowo zamierzam dzisiejszym tematem wystrzelić się w kosmos. Kto leci ze mną?
   Wspomniane święto było zdawna obchodzone w religii rzymskiej. Przypadało na piętnasty dzień marca, wówczas było wolne od pracy urzędowej i organizowano wyścigi rydwanów. Lecz skąd to się właściwie wzięło? Z pewnością z wiedzy kapłanów na temat nieba: i tak powstał bóg Mars. Koleś patronował wojnom, a planeta otrzymała jego imię przez kolor, który uważano za krew pozostałą zapewne po jakiejś wojnie.
   Babilończycy nazywali Marsa Nergalem "Gwiazdą Śmierci". Grecy nazywali planetę Ares po ich bogu wojny, podczas gdy Rzymianie nazywali ją własnie Mars, czyli tak jak aktualnie przyjęło się na całym świecie.
   Jego znak (symbol planety) jest uważany za tarczę i miecz Marsa. Egipscy kapłani zwali to ciało niebieskie Har Decher, czyli 'czerwona'.
   A w co wierzą naukowcy? Nawiasem mówiąc, to ciekawe, że mamy tyle wiedzy o Marsie, a przecież wciąż badamy ją na odległość. Oto kilka faktów i mitów na temat tej męskiej planety.

Żeby nie było, że skopiowałam zdjęcie z internetu,
przerysowałam je ołówkiem.

Jezioro Hallwil, zamek na wodzie i celtycka osada na mokradłach.

"Bądź jak kwiat, jak kwiat na tafli jeziora."


- Susan Dennard – 'Prawdodziejka'



Była to cudownie relaksująca trasa, a zjawiskowe krajobrazy nadbrzeżne wokół w dużej mierze dziewiczego jeziora Hallwil, chowały w zanadrzu wiele ekscytujących atrakcji. Wspaniałe domy na palach wpisały się już w standard tutejszego krajobrazu, które łatwo wplątują w marzenia o zamieszkaniu w podobny sposób.
   Szlak rozpoczyna się w Mosen, na południowym krańcu jeziora Hallwil. Dzięki strefom ochronnym, istnieją brzegi niezagospodarowane, oferujące spacerowiczom teren z nienaruszoną florą i fauną.
   Około pięciogodzinna wycieczka prowadzi prawie wyłącznie bezpośrednio nad jeziorem. Trasa niewymagająca, nizinna - dla każdego, również dla rodzin z dziećmi.
   Na samym początku drogi zaczął prószyć śnieg. Przyjęłam to za dobrą wróżbę.

Szlak ma 22 km. Marsz zajmuje około 5 godzin.


Po co czytać książki?

"Wzrastałem miedzy książkami, zdobywając niewidzialnych przyjaciół na rozpadających się kartkach, którymi jeszcze dziś pachną mi dłonie."


- Carlos Ruiz Zafón "Cien wiatru"


Chyba najgorzej w życiu jest dopuścić do siebie pustkę. To taki stan wydrążenia, jak owoc bez pestki, a wciąż jeszcze wiszący na gałęzi. Mamy wtedy takie niesłuszne przeświadczenie, jakoby cały świat był jałowy. Moim zdaniem jest to następstwo znużenia się życiem.
   Ludzie różnie na to reagują. Jedni szukają sensacji u innych, drudzy zaczynają myśleć nad zmianami.

"Ulubione miejsca Laury"

To jedna z prostszych wędrówek, byliśmy tam w styczniu, kiedy warunki naturalne uniemożliwiały wejście w wyższe góry. Szlak nosi nazwę "Lauras Lieblingsplätze" czyli "Ulubione miejsca Laury". Na początku drogi stoi tablica z mapką. Poniżej widnieje twarzowy portret białej kózki, która opowiada pokrótce o sobie:
   "Nazywam się Laura, pochodzę z Gais. Mam przyjemność pokazać moje ulubione miejsca w naszym wspaniałym krajobrazie."
   Zatem zapraszam Was w senne pejzaże regionu Appenzell. I chociaż niebo szczelnie zasnuły wtedy chmury, dla nas zła pogoda nie istnieje – słońce trzeba mieć w sercu, pamiętajcie o tym niezmiennie.
   Zaczynamy od miejscowości Gais – stacja główna. Całą trasę wyznaczają zielono-żółte tabliczki z nazwą szlaku. Po całym terenie rozsiane są drewniane ławki w kształcie kóz z oryginalnymi dzwonkami. Mąż sprawdził je wszystkie – potwierdzam – dzwonią. (Przy jednej ławce brakowało dzwonka.)
   Ponad to w wyznaczonych punktach trasy (co zresztą widać na mapce) stoją... mnie to przypomina bardaszki... drewniane budki, a w środku ciekawe gadżety.

Gais.

Dola "pozytywnych rozczarowań".

"Nigdy bym siebie nie nazwała dobrym człowiekiem. Bywam dobra jak i zła. Taki anioł z czarnymi skrzydłami mający znajomości tam na górze i na dole też. To sytuacje w życiu powodują, że zawsze z którąś z tych odległych stron spółkuję. Anielsko demoniczna, dobra, zła... Różna. Inna. Ciepło zimna.
Potrafię pomóc komuś się podnieść, ale też patrzeć z uśmiechem jak upada...
Ostatnio nawet usłyszałam, że jestem "czystym złem " i się zastanawiam, czy " brudne dobro" nie jest gorsze...
   Reasumując... Jestem zła dla zła i dobra dla dobra, ale najważniejsze w tym wszystkim jest to, że czuję się czysta."


- Nie znam autora,
tekst zacytowany przez:
Porypana panna




Jestem pesymistką. Nie spodziewalibyście się po dominujących tu motywacjach. Podobno to straszna wada człowieka, tacy ludzie nie są mile widziani, są smutni i zawsze anty-nastawieni. A jeśli Wam powiem, że uważam pesymizm za największą z zalet?
   Najpierw krótko i zwięźle - spodziewając się najgorszego scenariusza, wolę miło się "rozczarować", niż ślepo wierząc w szczęście, okrutnie się zawieść.
   Proszę Was, bez złych emocji, popatrzmy na to z przymrużeniem oka.

Walensee – południowym brzegiem.

NATURA - NAJLEPSZY ARCHITEKT KRAJOBRAZU


Styczeń.
Walensee to jedno z tych jezior, do których lubię często wracać. Jest nietypowe przez ten monstrualny głaz, pionowo wpadający do krystalicznie czystej wody.
   Jednak już kiedyś przybieżeliśmy jeden brzeg, a tym razem, udaliśmy się bardzo prostym szlakiem po drugiej stronie. Trekking niewymagający i atrakcyjny... może nie tak bardzo jak szlak pod najwyższymi wodospadami, ale i tych nie brakowało w tej wędrówce.
   Naszą wędrówkę rozpoczęliśmy z miejscowości Walenstadt.


Kaktusy pod patronatem UNESCO.

Jeszcze pozostajemy w miejskim klimacie, bowiem w Zurychu przyciągnęły nas programowo i obowiązkowo atrakcje pewnego ogrodu. Roślinnością sucho-lubną pasjonuję się od dziecka, dlatego była to dla mnie wizyta dosyć wyjątkowa.
   Jest kilka wymogów, które stawiam zanim powiem o odwiedzonym miejscu, że jest godne polecenia. Jednym z nich jest brak miejsca na nudę, a drugim umiejętność zaciekawienia mnie, (nawet pomimo braku mojego zainteresowania już na wstępie). Kolekcja kaktusów nie musiała się specjalnie wysilać, bo to i tak moja zajawka.


Alles Kaktus?
Taki napis znajduje się nad wejściem do szklarni.

Sukkulenten-Sammlung Zürich, dosłownie Kolekcja Sukulentów miasta Zurych, jest ogrodem botanicznym, którego nie wolno ominąć zwiedzając to miasto. Jak wiecie z poprzedniej notki, niewiele mnie w Zurychu oczarowało, a to miejsce nawet czegoś nauczyło, dlatego poświęcam mu najobszerniejszy konspekt.
   Jest to miejsce edukacyjne dla małych i dużych i chyba jedyna galeria, w której nie potrzeba wieszać przy eksponatach plakietki z napisem "nie dotykać". Mieści się tu również biblioteka botaniczna, zielnik i Międzynarodowe Organizacje Badań nad Sukulentami, a także mały sklepik, w którym można nabyć rozmaite okazy.

Powiększ.

Zürich

Po kilku latach mieszkania w Szwajcarii, pewnego dnia pod wpływem niesprzyjających warunków pogodowych, (gdy udanie się do dziczy jest dalece niestosowne), aby nie siedzieć w domu, pojechaliśmy pociągiem do Zurychu. Ponieważ prócz starej architektury, interesuje mnie odszukiwanie dziczy miejskiej, odsłonię dziś przed Wami trochę mniej popularną część miasta.
   Po tej wędrówce poczułam się jakbym weszła pod zimny prysznic. Czego się spodziewałam po tym sławnym mieście? Może gdybym wcześniej nie poznała Lucerny i jej monumentalnego Ogrodu Lodowcowego, może gdybym wcześniej nie poznała Zug i wspaniałego Muzeum Burg Zug, może gdybym wcześniej nie zobaczyła Lugano pod palmami, może gdybym wcześniej nie widziała Rapperswil i jego okazałego, polskiego zamku, może gdybym wcześniej nie poznała St. Gallen i ogromnego opactwa wraz z zaje...bardzo fajną biblioteką, to może wtedy zachwyciłby mnie Zurych.
   Zatem: czego się spodziewałam? Czegoś typowo szwajcarskiego, czegoś wow, oraz muzeum z rozmachem, bo Szwajcarię stać na bardzo fajne, interaktywne muzea, w których nawet najbardziej wybredny turysta by się nie nudził. I brak tego wszystkiego mnie zawiódł. O muzeum nawet nie ma co pisać, zaś samo miasto... takich jak to jest wiele.

Rzeka Limmat.

Promischur i ruiny zamku Cagliatscha.

"Najlepszym sposobem na życie jest chyba ten, w którym w każdej chwili jesteśmy gotowi na odejście, opuszczenie naszego miejsca. I pozostawienie wszystkiego, co wydawało nam się, że posiadaliśmy. Żyć bez strachu przed nią, ale pamiętając o niej. Każdego dnia być pogodzonym ze sobą i światem. Zasypiać, myśląc o tym, że może zamykamy oczy po raz ostatni i nie czuć z tego powodu lęku. Budzić się wiedząc, że dzisiejszy dzień może być ostatnim i będąc wdzięcznym za to, co nas dziś spotka. Wychodzić w góry, wysokie lub te całkiem niskie, godząc się z możliwością, że zabiorą nas do siebie na zawsze – i nie czuć przed taką ewentualnością lęku. Może tak właśnie powinno się żyć."


- Łukasz Supergan



Listopad nasycił mnie przepiękną feerią barw. Pewnego dnia zatęskniłam jednak do zimy. Głodna jej chłodnych rąk wpełzających swymi palcami z mroźnego wiatru tam gdzie nie trzeba, głodna lodowego spojrzenia nieba i jasności odbitej potwornie boleśnie od śniegu – wspięłam się wyżej. Tam gdzie jej doskonała czystość w pełnej krasie, gdzie królewski majestat ma swój dom – kryształowy pałac utkany z miliona snów ludzi śniących nienawistne sny o niej.
   Poszłam tam nurzać się w bajce o królowej, uznanej za koszmar. Poszłam jak Kaj, ślepo urzeczona. Jak Kaj, urzekłam ją zielonym spojrzeniem. Powidok na duszy pozostanie długo.
   Było to środek listopada.


Z pasją do końca życia.

- Jaki jest Pani przepis na radzenie sobie z upływem czasu?
- Bardzo dużo daje zachowanie w sobie młodzieńczości. Trzeba ciągle mieć w sobie słońce, jakąś taką młodzieńczą młodzieńczość. Im dłużej ma się młodość w sobie, tym dłużej jest się młodym. Ale też zaczęłam dostrzegać, ile jest we mnie mądrości życiowej i to jest naprawdę olbrzymia wartość, uważam ją za coś niezwykle cennego, bo wartość człowieka buduje nie tyle jego physis - ile jego wnętrze. Myślę sobie, że może i mam tę 50 na karku, ale ile za to stworzyłam pięknych rzeczy, ile ja w ogóle stworzyłam w życiu.


- z wywiadu przeprowadzonego przez Urszulę Abucewicz.
Odpowiadała Anna Kumala
znana w świecie rock'owym wokalistka.



Człowiek niestety żyje krótko. Moim zdaniem zbyt krótko. Musi wybierać w co mógłby jeszcze zainwestować swoje siły. A co jeśli tak naprawdę etap, w którym należy zwolnić, nie istnieje?
   Uważam, że jestem obecnie w najlepszym momencie swojego życia aby dokonać wszystkich tych rzeczy, o których najbardziej marzę. I ten etap będzie jeszcze trwał może 20 lat, nie wiem. Sił wciąż mi przybywa, ale proporcjonalnie zdrowa ubywa. Mam tego świadomość, wiem, że wiele kwestii wyklucza się wzajemnie, dlatego póki jeszcze mogę, pragnę wleźć tam, gdzie mnie jeszcze nie było - i leźć do samego końca.
   A co będzie potem?

Na pewno nie pofarbuję siwych włosów.

Podobają mi się te dojrzałe kobiety, naturalnie piękne, chociaż pomarszczone. Wczoraj widziałam staruszkę prowadzącą samochód. Miała białe dready i wielkie okulary korekcyjne. Pół roku temu inna staruszka, "kasowała" swoje zakupy zaraz po mnie, więc miałam okazję jej się przyjrzeć. Srebrno-szare dready do pasa, pełno w nich było koralików. Ubrana na kolorowo, jak hipi. Była piękna.
   Co mi w tych dwóch paniach zaimponowało? Czy rzeczywiście chodziło o wygląd i pierwsze wrażenie? Wierzę, że nasza osobowość wytapia się z nas na zewnątrz. Że jeżeli mamy młode, pozytywne dusze w środku - będziemy zewnętrznie budzić sympatyczne wrażenie osoby pogodnej. I takie były te panie. Odważne wizualnie, śmiałe w środku. Wewnętrznie młode.
   A ponadto, po prostu podobają mi się siwe włosy. Może nawet wróciłabym wtedy do dread'ów. Albo zostałabym wiedźminką W KOŃCU! 😁


Glaser Grat i Tguma

"Jedną z ważniejszych lekcji, jakie dają wędrówki długodystansowe, jest zrozumienie jak niewielkiej ilości rzeczy potrzebujemy do przetrwania.
   Nie są nam potrzebne grube cztery ściany do ochrony przed pogodą. Zbędne są fundamenty i podłoga oddzielające nas od ziemi. Nie potrzebujemy zastawu naczyń, gdy wystarczy tylko jedno. Nie potrzebujemy głośników czy słuchawek, bo nie ma nic, co trzeba by zagłuszać. Ważna jest funkcjonalność, a nie luksus. A to, co „wartościowe” wcale nie musi oznaczać „drogie”. Na szlaku życie sprowadza się do prostych rzeczy i czynności, dając więcej miejsca na skupienie i odczuwanie.
   Nie chodzi o to, by bić rekordy w byciu minimalistą. Nie ma sensu wydawanie na sprzęt tysięcy złotych, by zmniejszyć jego wagę o kilkadziesiąt gramów. Rzecz w tym, by niosąc cały swój dom na plecach i przebywając w otoczeniu przyrody, zaufać jej i wtopić w nią. Kiedyś moim schronieniem byłby namiot i 1,5-kilowy śpiwór. Dziś garść puchu, skrawek dobrze rozpiętego materiału i krótka mata, ważące razem 950 gramów, są moim ulubionym domem."


- Łukasz Supergan


Listopad

A ile z Was byłoby w stanie opuścić swą domową strefę komfortu i pójść tam, gdzie nie czeka nas żaden luksus czy wygoda? Gdzie słońce opieka na czerwono albo z nagła przychodzi niespodziewany deszcz? Ile z Was byłoby w stanie ogarnąć się bez wszystkich przedmiotów, które cieszą Wasze oko na co dzień?
   Posiadam taką dziwną, podobno nieprzydatną cechę – potrafiłabym wyjść z domu bez walizek, gdyby trzeba było już do niego nie wracać. Nie jestem z niczym związana. Nasze ruchomości to rzecz nabyta i nigdy nie do zastąpienia.
   Nie przywiązuję się do przedmiotów, nie gromadzę, nawet niczego nie zbieram. Nie znam sentymentu. Niczego nie kolekcjonuję. Jestem wolna.

To w rzeczywistości zjeżdżalnia dla dzieci.
Te deseczki rozwijają się, tworząc drabinę.

Jak mi się żyje w Szwajcarii? – 9 spraw, które dają mi się we znaki.

"Wszędzie dobrze tam gdzie nas nie ma."


Na wieść o tym gdzie mieszkam, ludzie reagują przeróżnie, ale przeważnie jest to jednozgłoskowa, przeciągła reakcja w stylu "ooooo". Bliżej wyartykułowane reakcje wiążą się z wychwalaniem miejsca, skądinąd mlekiem i czekoladą płynącego, chociaż tak naprawdę więcej powodów mam do narzekań, niźli zachwytów. I uważam, że najlepszą czekoladę produkują Belgowie.
   Zachwycam się np. przyrodą. Rzadko się zdarza, żeby zwierzęta podchodziły tak blisko, pchane ciekawością do dwunogiego stworzenia. Miałam styczność z niektórymi gatunkami po raz pierwszy w życiu. Nie żeby głaskać czy coś... bałabym się...

Źródło zdjęcia.

7 zabytków w regionie Domleschg.

[...]A gdy zaszło tak wspaniałe słońce, ciemności okryły ziemię i ludzi ogarnęło zamroczenie, iż wszystkim całkowicie żal owładnął. Ci zaś, do których wieść o tak nagłym nieszczęściu nie mogła dojść tak szybko, mimo wszystko oddają się radości. Tak więc pomieszał się żal z radością, a ona takim sposobem się skarży, iż żal ją porwał i do małżeństwa z sobą wlecze"

- frag. "Wesołość do żalu" Mistrz Wincenty (Kadłubek)



Gemeinde [gmina] Domleschg [link] (w języku romańskim: Tumleastga); to dolina w regionie Viamala w Graubünden w Szwajcarii. Geograficznie Domleschg obejmuje obie strony doliny, a Thusis jest w niej główną wioską. Wspomniana Viamala to jedno z piękniejszych miejsc, które każdemu polecam. Startuje się właśnie z Thusis.
   Domleschg jest strategicznie usytuowany na trasie do trzech głównych przełęczy alpejskich: przełęczy Splügen, przełęczy San Bernardino i przełęczy Julier.

Aby kontrolować tę trasę, budowano zamki, dzięki czemu Domleschg stał się jednym z najbogatszych ziem szwajcarskich.
   Ciekawostką będzie, że w dolinie uprawia się 120 odmian jabłoni i 30 odmian gruszek.


Alp Sura – przez modrzewiowy las.

Nie wszystko złoto co się świeci.
Nie wszystko złoto, co żółte.
Może być jeszcze modrzew.

Październik.

𝓣a wycieczka to z pewnością niezapomniane przeżycie o tej porze roku. Modrzewiowe lasy zapewniły krajobraz na miarę królów – wszędzie złoto, mości panie i panowie! Pod stopami złoto przyroda rozrzuca!
   Nim tu dojechaliśmy, przejeżdżaliśmy przez przełęcz Flüela. Jest to 2383-metrowa przełęcz w Szwajcarii między Davos w Landwassertal i Susch w Dolnej Engadynie. Leży między Schwarzhorn (3147 m) i Flüela Wisshorn (3085 m). Przez nią przebiega główny dział wodny Europy.


Guarda – wioska z połowy XVII wieku.

"Przecie w całym kosmosie nie ma rzeczy tak zmiennej jak miasto,
a rzecz tak zmienna nigdy nie da się ująć ostatecznie."


- Tadeusz Peiper, Zapiski o prawach poezji w: Pisma, t. 2, 1974.



Guarda znajduje się na 1653 metrach w Dolnej Engadynie, na południowym, skalistym tarasie słonecznym, po północnej stronie doliny rzeki Inn. Składa się z około siedemdziesięciu domów. Za swoje piękno oraz za wzorową opiekę nad zabytkami, wieś otrzymała w 1975 r. Nagrodę Wakkera, a także wyróżnienie "o znaczeniu krajowym".
   Zarówno latem jak i zimą, dobrze utrzymane szlaki turystyczne prowadzą z wioski prosto w malowniczą okolicę. Zgodnie z tradycją mieszkańcy nazywani są Guardas ils (niem.: spekulanci).


IF – cz. 2

↩ poprzednia część artykułu

Dieta bezsprzecznie kojarzy się z gubieniem tłuszczu. Ja rozpoczęłam dietę postną z przyczyn zdrowotnych, szukałam też po prostu czegoś dla siebie. Wcześniej zdarzało mi się eksperymentować z różnymi modelami odżywiania, aż wreszcie trafiłam na to, co już najprawdopodobniej zostanie ze mną do końca.
   Nie opowiadam o odchudzaniu, a sama jestem dowodem na to (zdj. z poprzedniej części) na to, iż od niejedzenia śniadań i niejedzenia co 3h się nie tyje – jak to ostrzegają dietetycy. 😉
   Moim zadaniem było zaznajomić Was z dietą bardzo kontrowersyjną jak na dzisiejsze czasy i mało popularną, a więc nie całkiem nieznaną.
   Obiecałam coś jeszcze o Intermittent Fasting.

IF

A co jeśli powiem, że każdy ma większość takich samych problemów w życiu,
ale nie każdy wyłącznie narzeka?


Kiedy opowiadam o tym jak się odżywiam, niejeden dietetyk przekręca się wtedy w grobie. (Frazę zapożyczyłam od Taity, trzepiącej genialnymi epitetami). Zdaniem wielu głoszę straszliwe herezje. Co więcej, zdaniem wielu - ja już dawno powinnam nie żyć... A jednak nigdy nie czułam się lepiej niż teraz.
   Minął dokładnie ROK od czasu kiedy przeszłam na dietę Intermittent Fasting, dlatego nadeszła najwyższa pora na rzetelne podsumowanie jej wartości (bo negatywów żadnych nie znalazłam).
   Lecz najpierw zacznijmy od tego, co to jest. Obiecuję, że nie zaleję Was naukowym bełkotem.

Rätikon – szczyty Chrüz i Alpbüel

"...lekkie obuwie zmniejsza obciążenie mięśni i stawów, zredukuje zmęczenie. „Stara szkoła” mówi, że wysokie i sztywne obuwie zmniejsza ryzyko skręcenia kostki. Przykład tysięcy ludzi, co roku pokonujących długie szlaki w niskich butach, kompletnie temu zaprzecza. Wbrew pozorom, to właśnie wysokie buty odpowiadają za część kontuzji kolan u turystów."


– Łukasz Supergan


Październik;
Kiedy dni stają się krótsze, a zenit słońca jest już coraz niżej, (ale smaży nadal – słowo!), wzrok koncentruje się na wspaniale zabarwionych, ośnieżonych grzbietach. Południowe klimaty Rätikonu obiecały nam słońce. Dużo słońca. Bardzo dużo słońca.
   Lecz nim stanęliśmy na właściwym szlaku, udaliśmy się najpierw innym (powtórzyliśmy początek drogi poprzedniej wędrówki), wysuniętym w stronę wschodnią. Tam wspinaliśmy się z latarkami, by przywitać słońce z tej bardziej spektakularnej perspektywy.
   Dużo jednak mocniej zainteresowało mnie to, co działo się po przeciwległej stronie rażącej gały. Ładnie pomalowała świat. Fiolet i pomarańcz nad białymi górami to powidok na długo.

To jedno zdjęcie, to akurat fotomontaż

Partnunsee.

"Góry są przede wszystkim miejscem szczególnym, gdyż jako środowisko stanowią zagęszczenie wszelkich przyrodniczych zjawisk i form. Są niejako koncentracją prawdy o przyrodzie, albo wręcz jej kwintesencją.[...] Góry są zatem miejscem, gdzie przyrodę tej planety doświadczamy najzupełniej. Dlatego sam pobyt w górach może stać się wielkim odkryciem."

– Wojciech Kurtyka


Zgodnie z zapowiedzią, czas na ciąg dalszy wędrówki przez złote stepy. Jej drugi etap ciągnie się przez istny kamieniołom. Bardzo lubię takie pejzaże, to taki idylliczny landszaft górski - tak sobie zawsze wyobrażałam ciekawe szlaki. Bardzo często w filmach niestrudzeni bohaterzy przemierzali podobne uroczyska w siodłach zwinnych koni huculskich (lub im podobnych).
   Wędrówka należy do udanych w każdym calu. Dosłownie wszystkie jej etapy były jakąś widowiskową przygodą, od pływania tratwą, przez unikalne schronisko, aż do tego przepięknego jeziora, które zaraz Wam pokażę. Wcale nie mniejszą atrakcją był ekstremalny zjazd w dolinę na hulajnogach, więc nie ma na co czekać - ruszamy, bo mam dużo do opowiedzenia!



Carschina – Rätikon

Październik

Wycieczka wzdłuż wspaniałej, wysokiej ściany skalnej piaskowca Rätikon, z widokiem na szeroki i głęboki obszar po przeciwnej stronie. By się tam dostać, trzeba pokonać długie podejście, a w finale, przeżywamy same przyjemności. Na już spokojnym, wiodącym łagodnie szlaku, aż do schroniska Carschina, mnie udało się nawet spełnić jedno z wielu marzeń.
   Autorami tego posta są 4 osoby. Dzieła graficznego dokonały 4 różne sprzęty. Punkt widzenia i treści przypisuję sobie. Nasi dzielni towarzysze wytrzymali nasze towarzystwo – jak powiedzieli – głównie z uwagi na spektakularne zakończenie tej wędrówki, na które wszyscy z radością czekaliśmy. (Pół żartem, pół serio). Chyba nie tacy straszni jesteśmy, skoro wybrali się z nami raz jeszcze w inną podróż. Ale o tym opowiem kiedy indziej.


Berggasthaus Aescher i Wildkirchli. – Tajemnica dzikiego kościółka oraz chata pustelnika.

"Jakże się cieszę, że żyję na świecie, w którym istnieje październik! Jakież to byłoby okropne, gdyby natychmiast po wrześniu następował listopad!"


– Lucy Maud Montgomery



Początek października.

Wycieczka rodem z National'a, marzenie wielu wędrowców, któremu poświęcono część niejednej książki czy albumu. Na pewno widzieliście już gdzieś takie zdjęcia, choć z początku droga, o której Wam opowiem, z niczym nie będzie się kojarzyć. Jednakże cierpliwości, zacznijmy właściwie od tego tytułowego kościółka:
   Dlaczego "Dziki Kościółek"? Z prostego, językowego faktu: wild - dzikość, kirchli - kościółek (li - szwajcarskie zmiękczenie).
   Słowem wstępu, mięliśmy do wyboru dwie drogi, jedna, wcale nie prosta, szeroka i przejezdna, ale monotonnie wiodła ostro pod górę. Po obu stronach zamykały nas w wysokim korytarzu dwa klify skalne. Druga droga wiodła bezpośrednio po klifie, jednakże my wybraliśmy pierwszą opcję.


Walensee – zachód słońca.

"Niektórzy umierają za życia"


"Twoje sny określają, kim jesteś i o co się troszczysz.
Ich wielkość określa ogrom twej duszy".


– "Przyjazny kapitalizm"
Rich DeVos


Pewnego popołudnia wpadliśmy na zupełnie spontaniczny pomysł zjedzenia kolacji na ławeczce z widokiem na nietuzinkowy pejzaż. Przypomniały mi się wtedy wszystkie niepowszednie kolacje jakie zdarzało mi się już w życiu jadać. Najwięcej posiłków poza domem, przejadłam chyba na dworcach. Chcąc jednak wspomnieć o czymś pięknym, będą to głównie wszystkie kolacje zjedzone z przyjaciółmi. Wspominam też całe mnóstwo tych posiłków, którym towarzyszył zachód słońca nad padokiem, na którym pasły się konie. I także te kolacje z widokiem na mazurskie jezioro.
   Pamiętacie na pewno ostatnią kolację nad jeziorem Voralp. Przejście przez przełęcz Nideri, jaskinia pustelnika...
   Tym razem nasza kolacja odbyła się w dużo niższej dolinie. Słońce kładło się za wysokim horyzontem gór, malując ciekawe kolory na niebie, które odbijały się w niespokojniej tafli dużego jeziora Walen. Za plecami cichło miasto o tej samej nazwie.
   Kolacja była spontaniczna, więc posiłek nie bardzo pakowny... ale jakoś sobie poradziłam. Zupka do termosu, a reszta... bo to była dwudaniowa kolacja... właściwie teraz nie pamiętam co jadłam. Był to początek października. Zanim jednak przyszła spektakularna pora, pozwoliłam sobie na trochę wygłupów. Spokojnie, pierzasty nawet się nie zorientował.


Nideripass

"W górach nikt nie jest sam, bo góry dotykają nieba."


Wrzesień.

Przełęcz Nideri to jedno z takich przejść, do których prowadzi kręta i bardzo stroma ścieżka dla piechurów żądnych mocnej przeprawy. Aby przejść na drugą stronę masywu górskiego Walenstadtberg, trzeba mieć kondycję godną Spartiaty.
   To była jedna z tych wypraw, które wyrywają duszę z ciała. Duszyczka moja ciągnęła się ze mną pukając się w głowę i błagając o rozsądek. Nie wiem co się tak rwała, jakby nie widziała nigdy świata z góry. Przecież we snach często latamy, a tam jest bardzo podobnie. Z tym że lecąc, można się rozkojarzyć i spaść. Na tym zaś szlaku, nie groziło mi nic więcej poza potem i bólem mięśni.
   Zostawiliśmy samochód na parkingu w Werdenbergu, stamtąd ruszyliśmy do Buchs na dworzec (te miejscowości są bliźniętami syjamskimi), a stamtąd koleją do Walenstadt. Z tejże miejscowości, zostawiając za sobą jedno z ładniejszych jezior tej okolicy, rozpoczęliśmy swoją wędrówkę, lecz ze wspomnianym Walensee wcale się nie pożegnaliśmy.
   Zdjęcia pochodzą z dwóch aparatów; z lustrzanki i z cyfrówki.
   Spartanie! W drogę!


Raten – Dreiländerstein. |Jesień jest idylliczna.

"Podróże mają magiczną moc uzdrawiania duszy i zdecydowanie pomagają zdystansować się do problemów dnia codziennego. Nie rozwiązują ich bezpośrednio, jednak pomagają przewartościować i spojrzeć na nie jakby z drugiego brzegu rzeki."


– Martyna Wojciechowska


Jest to jeden z łatwiejszych szlaków, polecany za pośrednictwem internetowych portali także w zimę. Podejrzewam, że droga w białe miesiące jest tu wydeptana i wyjeżdżona, więc nawet w śniegu nada się dla mniej zaawansowanych trekkingowców.
   My wybraliśmy się tam we wrześniu, doświadczając pięknej, rdzawej jesieni. Podczas takiego marszu można prawdziwe odpocząć, zrelaksować umysł, nabrać przekonania do piękna tego świata, które tak wielu osobom wciąż umyka. Warto wyjść, warto otworzyć szeroko oczy duszy i dojrzeć więcej.



Moi bohaterowie z dzieciństwa.

Minister zdrowia rzetelnie ostrzega przed czytaniem tego posta.
Istnieje ryzyko zarażenia się chorobą zakaźną, żywiącą się szarymi komórkami.




Każdy w dziecięcym wieku miał ulubiony temat, za którym totalnie szalał. Fikcyjną postać, na myśl o której miał ciarki z ekscytacji. Odczuwał dziecięce podniecenie i niedoczekanie na kolejną, fascynującą historię. Ja dziś chcę Wam opowiedzieć o swoich bohaterach, jakie postacie mnie wtedy interesowały i dlaczego.
   A jakiż to dzieciak nigdy nie lubił filmów, kreskówek i książek o tematyce daleko wykraczającej poza świat realny? Zacznijmy od tego, że sama miałam swój własny... a nawet kilka światów, do których lubiłam uciekać w marzeniach albo śnić o nich. W wieku lat nastu jeden z tych światów ewoluował, a nawet pokusiłabym się o sformułowanie "dorósł".  Obecnie wspominając go, piszę o tym wyimaginowanym świecie książkę (A właściwie już ją kończę), a przyszło mi to z lekkością, zupełnie tak, jakby znała się z moimi bohaterami od lat. I w zasadzie tak jest. Do tego czasu nabrali osobliwej wyrazistości i odrębnych charakterów.
   Uważam, że to, co dziecko ogląda i czym się głównie otacza, jest pierwowzorem jego zainteresowań w dorosłym życiu. Tak rodzi się jego światopogląd. Czy obserwujecie rodzące się zamiłowania u Waszych dzieci? Czy już widzicie czemu szczególnie chętnie się poświęcają?

Sustenpass – 4 szwajcarskie przełęcze w jeden dzień, cz. VII

↩ Poprzednia część podróży
Jest to czwarta – ostatnia przełęcz, jaką przejechaliśmy tego pamiętnego dnia, robiąc szeroki rekonesans, a przy tym planując przyszłoroczne wędrówki piesze. Przełęcz Susten łączy kantony Uri z Berno. Ma 45 km długości i jest jedną z nowszych przełęczy w Alpach Szwajcarskich. Została zbudowana w latach 1938-1945, jest czynna od czerwca do października.
   Zdjęcia robiłam moją wysłużoną, piętnastoletnią cyfrówką firmy Sony, w dodatku większość zdjęć przez szybę jadącego samochodu, dlatego fotki są widocznie przekombinowane w programie do obróbki zdjęć. Ale i tak muszę przyznać, że jak na te czasy, aparat jest niezły. Pracowałam na nim długie lata, więc jeżeli ktoś preferuje bezlusterkowce, myślę że z aparatu tej firmy będzie zadowolony.
   Powodem, dla którego wykorzystywałam ten aparat, był czas trwania naszej wycieczki. Już w połowie dnia, groźne, czerwone ślepię w lustrzance groziło (głodne), że mnie zeżre, a po całym dniu umarło definitywnie (nic mi się nie stało). Niestety nie posiadam drugiej baterii na zmianę.


Aareschlucht – wyprawa do głębin ziemi |4 szwajcarskie przełęcze w jeden dzień, cz. VI

"I nie ma bardziej upragnionego szafotu niż wąwóz pomiędzy twoimi dojrzałymi piersiami. Pasuje jak ulał do mojej głupiej głowy. Pozwól mi tylko przytknąć do niego usta - i oczekiwać ścięcia. Skoro miłość jest gilotyną, niechże mnie ścina'."

– Dmitry Glukhovsky


↩ Poprzednia część podróży.
Dawno, dawno temu przeniknęła z wnętrza ziemi magma. Scaliła się na głębokości 13 kilometrów do postaci krystalicznej skały i uległa schłodzeniu. Zaczęły powstawać głębokie pęknięcia. W kolejnych latach skały masywu Aar pozostały praktycznie niezmienione, a szczeliny skalne wypełniły piękne kryształy.
   Aare Gorge czyli Aareschlucht, wąwóz zasilany przez wody z terenów Grimsel (poznacie po kolorze), które mięliście okazję zobaczyć ostatnio. Aare ma długość 1400 metrów, a w najwęższym miejscu ma metr szerokości.
   Jeżeli kogokolwiek z Was, cykl o czterech przełęczach w jeden dzień zainspirował do odbycia podobnej podróży, nie może w planogramie zabraknąć tego miejsca. Zapraszam Was w wirtualną podróż do podziemi, w których niegdyś mieszkała prawdziwa bestia!


Grimselpass – natchnienie artystów. |4 szwajcarskie przełęcze w jeden dzień, cz. V

      – Wynoś się stąd! – Krzyczał (...) czerwony na twarzy jak bukiet piwonii.
      – Nie. – Odparł (...), spokojny niczym sam Zenon z Kition.
      – Przychodzisz tutaj jak do siebie, panoszysz się, robisz co chcesz, dlaczego?!
      – Bo mogę.


– Frag. mojej powieściokrojony o imiona i część opisów.
Przyznam, że udał mi się ten bohater,
chyba najbardziej go lubię ze wszystkich.


↩ Poprzednia część opowieści.
Grimsel – przełęcz w Alpach Berneńskich na wysokości 2165 m n.p.m. Łączy ona Innertkirchen w kantonie Berno na północy z Gletsch w kantonie Valais na południu.
   Pierwszy dokument będący raportem z bezpiecznego przejścia wraz z transportem, pochodzi z XIV wieku. Dawniej, szlak był wykorzystywany w okresie rzymskim przez wojska księcia Zähringen. W 1397 roku zawarto umowę, podług której zapewniono wolny i bezpieczny handel. Pozostało podobno wiele śladów z zabytkowego szlaku wzdłuż rzeki Aare, aż od przełęczy w dolinie Goms, ale co to było i gdzie to jest? Pewnie szlag na szlaku trafił, albo państwo zabrało.
   Droga tutaj wznosi się dość stromo, liczne serpentyny zabrały nas do maksymalnej wysokości przełęczy gdzie stoją trzy Hotele, kilka jezior, a m.in. Totensee, czyli Jezioro Martwe.
   Dziś zabiorę Was w podróż dydaktyczną, bowiem przełęcz ta, była nie tylko szlakiem, ale i natchnieniem dla artysty. Wiąże się z tym miejscem jeszcze jedna gorzka tajemnica, o której opowiem Wam nieco szerzej, a dotyczy ona z etymologii nazwy martwego jeziora. Gotowi na zgłębianie szwajcarskich tajemnic? To nie będzie tym razem kolejna urokliwa opowieść. Będzie źle. Zatem zachęcam do czytania



Gletsch – 4 szwajcarskie przełęcze w jeden dzień, cz. IV

"Jeżeli ktoś był w stanie wyobrazić sobie twarz grzesznika lub osoby potępionej tudzież w inny sposób określonej jako nasienie zła, był o krok od wyobrażenia sobie twarzy tego monstrum. Pod wysokim czołem znajdowały się wielkie, okrągłe oczy o źrenicach przesłoniętych bielmem. W miejscu nosa ział jeden czarny otwór, a nadęte usta przypominały dwa wielkie i tłuste czerwie lśniące od żółtej śliny, która cały czas wyciekała stworowi w wnętrza gęby. Najbardziej jednak dojmujący był otwór w górze czaszki. Ludzie byli zbyt mali, by stwierdzić co widzą. Mózg miał tylko częściowy, zatopiony w czeluści głębokiej czaszki, której było brak sklepienia. Efekt przypominał połówkę skorupki jajka. Spękane, ostre kości o nieregularnych krawędziach, przypominały nieco koronę zespoloną z głową bestii."


– Fragm. mojej powieści


Ludzie, stworzyłam potwora! Niestety miałam tyle samo szczęścia co Dr. Frankenstein i mi uciekł. Wiem, że ostatnio pląsał radośnie przez nadmorską plażę, wymachując gigantycznym toporem. Czy ktoś go może widział? Muszę go złapać natychmiast!


↩ Poprzednia część.
Tę dolinę ukształtował lodowiec, którego jęzor sięgał samego dna. Lecz mimo utrudnień od wieków to właśnie tędy ludzie migrowali i podobno to właśnie stało się kolebką turystyki w Alpach. Niegdyś wędrowcy przychodzili pieszo bądź przyjeżdżali na mułach. Później pojawiły się pierwsze maszyny, samochody i pociągi. Chociaż kiedyś takie szlaki przemierzało się, by odmienić swoje życie, historia wskazuje, że wędrowców pragnących jedynie poznać świat, było na pęczki już wtedy.
   W 1830 roku rozpoczęto budowę pierwszego pensjonatu. Prawie żadne inne miejsca w regionie, nie oferują tak wiele. Raj przyrody, Jaskinia Lodowa, lodowiec Rodanu, kolej parowa, historyczne Hotele, alpejskie rolnictwo (czyli uprawa w surowych warunkach). Oto przed wami miejscowość Gletsch, gdzie ożywa historia turystyki.

Dzisiaj lodowiec kończy się wraz z pierwszą półką skalną. W celach logistycznych i dla bezpieczeństwa małego miasteczka, rzekę wyrównano i poprowadzono jednym korytem obok. Na jej starym miejscu stanął dworzec kolejowy. Zatrzymuje się na nim zabytkowa kolej.

Zdjęcie archiwalne z Internetu.

Furkapass, James Bond i wnętrze lodowca Rhonegletscher. |4 szwajcarskie przełęcze w jeden dzień, cz. III

"Góry milczą, wszystko co milczy nadaję się do przechowywania ludzkich tajemnic..."


–  ks. Józef Tischner


↩ Poprzedni fragment trasy

Czas na kolejny wysokogórski przejazd, tym razem doczekała się swej opowieści Furkapass. Czy Waszym zdaniem różni się czymś od Oberalp? A może wszystkie przełęcze są takie same? Gdy jednak spojrzeć na mapę satelitarną, możemy zobaczyć, że to, co wyróżnia Furka od wszystkich przełęczy, które zamierzam Wam w najbliższym czasie pokazać, to olbrzymi lodowiec, do którego środka weszłam. A jak! Ja bym nie wlazła? Zaciekawieni? No to jazda:
   Furka jest to przełęcz w Alpach Szwajcarskich, łącząca miejscowość Gletsch, Valais z Realp. Tędy biegnie linia kolejowa Furka-Oberalp. Przełęcz znajduje się na wysokości 2,429 m.... i teraz nurtuje mnie pytanie, kto miał rację: facet tworzący znak drogowy, czy ten, co pisał Wikipedię.


Teufelsbrücke – wąwóz Schöllenen – Andermatt |4 szwajcarskie przełęcze w jeden dzień, cz. II

"W tajemnicy każdego człowieka istnieje wewnętrzny krajobraz: z nietkniętymi równinami, z wąwozami milczenia, z niedostępnymi górami, z ukrytymi ogrodami."

– Antoine de Saint-Exupéry


↩ Początek przygody
A gdyby tak spróbować poszukać we własnym milczeniu samego siebie? Odkryć mapę uczuć, pragnień i talentów, iść zaznaczoną jaskrawo drogą – to nasz indywidualny szlak. Każdy człowiek rodzi się z pewnym pakietem cech – predyspozycji. Rób to, co kochasz, nie próbuj wiecznie zadowalać innych. Ja tylko chcę poznawać ten świat, bo kiedyś... kiedyś tutaj był Raj, a ja go pragnę odnaleźć.
   Opuszczając Oberalppass, udaliśmy się prosto do wąwozu Schöllenen, przez którego przechodzą drogi łączące przełęcze Gotarda, Furka oraz Oberalp. To miejsce miało kiedyś bardzo wysokie znaczenie. Pierwszy most został zbudowany w 1585 roku i nazwany diabelskim. Po sześćdziesięciu latach wielki sztorm zniszczył most i zatopił całą dolinę, ale po zebraniu odpowiedniej sumki (ma to też swoją długa historię) udało się go odbudować.