W kozackim stylu – разом з козаками.

"Wspomnienia ogrzewają człowieka od środka.
Ale jednocześnie siekają go gwałtownie na kawałki. "


– Haruki Murakami "Kafka nad morzem"


rok 2014
Już od dawna obiecałam opowiedzieć swoją historię, a właściwie przygodę życia, która nie każdemu się zdarza. Wiem że dla wielu muzyka to bardzo ważny element codzienności. To jak ona wpływa i kształtuje, nie jest obcym tematem, ale jak znajomość z muzykami zmienia życie, to zupełnie inna bajka. Słówko o moich "wyznaniach muzycznych":
   Wychowałam się na Michael'u Jackson'ie. Nieco później zakochałam się w romantycznej nucie z pazurem gatunku Gothic. Od lat zauroczona byłam takimi zespołami jak: Closterkeller, Artrosis, Batalion d’Amour i Moonlight. Z czasem odkrywałam takie kapele jak Sweet Noise, a później My Riot. Wspomnę też o świetnej grupie Hunter.
   Moje zainteresowania zawsze galopowały szerokim łukiem dotykając przeróżnych nurtów. Kiedy poznałam Reggae w sumie byłam zaskoczona, że to wpadło mi w ucho, wszak kiedyś zarzekałam się, że nigdy tego nie polubię. Aktualnie w mojej płytotece znajdują się albumy Maleo Reggage Rockers oraz Mesajah.
   Moją duszę do głębi porusza artystka Lindsey Stirling, której niezwykłe clipy mogę oglądać całymi godzinami. Il Divo, czterej panowie, którzy robią z muzyką niesamowite rzeczy. Dalej Simply Three, nie mam słów. Ekspresyjni Así nació AAINJALA i na koniec wymieniam 2CELLOS. Gorąco polecam.
   Obecnie najczęściej z moich głośników leci Pneuma i Porozumienie. Mieszanka czułego serca, mocnego wokalu i ukochanej elektroniki gitarowej.
   W międzyczasie doszły jeszcze niemieckojęzyczne fascynacje (edukacja muzyczna jest najlepsza), takie jak Rammstein czy niezwykły D’Artagnan.

Świetną zabawę szczególnie na koncertach gwarantowały mi takie mieszanki jak folk-rock i tutaj jest miejsce dla nieocenionego zespołu Kozak System.
   Moją podróż po meandrach kozackiej przeszłości zacznę od prostej rzeczy – byłam tą dziewczyną, którą polubiła i przygarnęła do siebie kapela rockowa. A to wszystko nie zdarzyłoby się, gdyby nie pewien spontaniczny czyn.
   Zapraszam do mojego dawnego świata sprzed emigracji.

Fosa – ziemia niczyja,
czyli między sceną, a publicznością.

Bal pożegnalny.

"Wychodzimy z zimy trochę bladzi
Trochę jakby z zaspy zamyślenia"


– Adam Ziemianin "Wychodzimy z zimy"


marzec, 2019
Królowa zimy wpadła aby urządzić bal pożegnalny. Nie zapowiedziała się, bo lubi zaskakiwać, lecz każdy wiedział gdzie i kiedy przyjdą jej pomagierzy. Pierwszy wpadł wiatr, bo ktoś musiał posprzątać salę. Drugi wpadł deszcz, bo należało ją też umyć. Niebo przykryto grubym cieniem, by słońce nie podglądało.
   Na zielonym poletku soczystej trawy, wzmożony ruch pośród ptactwa w poszukiwaniu kolacji, obudził niemrawe jeszcze ślimaki. Wiosna przyszła, od teraz wszystko będzie padać ofiarą.
   Nagle świat zgasł, a potem sen zmorzył faunę. Niebo poruszało się niczym zwiewnym woalem. Tej nocy nie było szans dla spadających gwiazd.

Mózgi kobiet i mężczyzn.

"Bezczynny mózg jest warsztatem diabła."

– przysłowie angielskie


Mężczyźni i kobiety nie są tacy sami, a to wszystko przez uwarunkowania fizyczne mózgu. Taką tezę wyprowadza w swoich książkach dr. Caroline Leaf, autorka serii bestsellerów "Kto wyłączył twój mózg?"
   Biblijna naukowa ekspertka od umysłu wyjaśnia dlaczego mężczyźni i kobiety tak diametralnie różnią się od siebie i dlaczego jedna strona o drugiej myśli, że z nią jest coś nie tak.
   Dlaczego nie potrafimy się porozumieć, dlaczego nie mówimy tak samo, dlaczego nie reagujemy i nie myślimy tak samo – książka o relacjach nie tylko małżeńskich, rzuca światło na różnice pomiędzy nami, a także nasuwa konieczność pochylenia się nad zagadnieniem: dlaczego najważniejsze w tym wszystkim jest nasze nastawienie do życia.
   Dziś opowiem Wam, co najbardziej zainteresowało mnie podczas lektury:


"Kto wyłączył twój mózg?"
dr Caroline Leaf

Eggberg – Alpe Gufa (1941 m)

"Tajemnica życia leży w poszukiwaniu piękna."


– Oscar Wilde


na początku marca, 2019
Niby zapowiadał się taki lekki spacer, a jednak ta górka mnie sponiewierała. Być może przyczynił się do tego lekki spadek kondycji, (ale w żadnym razie nie motywacji). Cieszyliśmy się, że nadal znajdowaliśmy tereny, w których można doświadczyć śnieżnej radości.
   Zostawiliśmy samochód w miejscowości St. Antönien-Rüti, gdzie wędrówka prowadziła nas początkowo przez ukrytą i nieskazitelną dolinę Gafiertal.
   Pod naporem śniegu w pewnym miejscu obalił się słup znaczący ciąg dalszy szlaku, a co za tym idzie, wszyscy lekko zbaczali z niego, wędrując jakiś czas mniej przyjemnym asfaltem. Z mojej perspektywy, różowy słup także był niewidoczny, leżał w zaspie. Gdyby mój mąż go nie wypatrzył, a na szczęście jest wysoki (i ma GPS), poszlibyśmy tak jak wszyscy i ominęlibyśmy wiele pięknych widoków. Na tym polegała nieskazitelność krajobrazu. Tylko on i my.


Maskarada po helwecku.

– Jak się bawiłaś? Z iloma chłopakami się całowałaś?
– Z siedemdziesięcioma. Co najmniej.
– A ile szotów wypiłaś?
– Czternaście. W połowie drogi do domu puściłam kierownicę i dalej prowadził Chrystus.


– Sara Wolf  "Love Me Never"


2 marca, 2019
W Schaan, miejscowości położonej w księstwie Liechtenstein, były dziwy nad dziwami. Przyciągnęły moją uwagę, bo generalnie lubię doświadczać różnych nowości, więc wieczór zapowiadał się ciekawie.
   Nigdy nie przepadałam za balami przebierańców, nawet jako dziecko. Tym manifestem zawsze zniechęcano mnie do przymusowych obrządków, ale niestety w przedszkolu i szkole udział w balu był zawsze obowiązkiem.
   Robiłam więc dobrą minę do złej gry i szłam ubrana w coś, co utalentowana mama sama zrobiła. Przynajmniej miałam z czego być dumna, większość koleżanek miało stroje ze sklepów. Tamte przeważnie były dumne z metek albo lokalizacji zakupowej.
   Nigdy do końca tego nie rozumiałam... Np. dlaczego "lumpeks w Szwajcarii" brzmi lepiej od "lumpeks w Łodzi"? Nie widzę różnicy...


Dreday wspomnień.

"Nic nie pozostaje takie samo. Jedyne, czego można być, w życiu pewnym, to zmiana.(...)


– Trudi Canavan "Kapłanka w bieli"


rok 2014
Był taki czas, kiedy moje życie wyglądało raczej na stonowane, choć pełne wydarzeń, też ekspresyjnych i niezwykle inspirujących, bo zawsze o to zabiegałam. Te sploty wspomnień stworzyły całkiem długi warkocz, albo używając innej metafory: budowałam domy reminiscencji. Powstawały na różnych fundamentach. Były kamienne, ceglane i z pustaków; a każda z tych historii – inaczej opowiedziana – zwraca szczególną uwagę na inne jej aspekty.
   Zaczęłabym od pustaka, który jest stabilny, ale pusty w środku i w przypadku moich budowli, bardzo niestały i dosyć mało ważny. Na kamieniu buduję opowieści z podróży, których wciąż przybywa, dlatego budulec musi być solidny. Na cegle stoją te historie, które są ważne ale już dawno przeminęły.
   Pomysł na taki cykl wspomnień powstał podczas mojej rozmowy z Jotką. Konwersowałyśmy wówczas o dawnych podróżach po Polsce, o których cyklicznie dzięki niej opowiadam. Jotka ma niezwykłe pomysły, którymi zachęciła niejednego blogera do ciekawszego pisania. Spotykam na innych stronach posty właśnie jej dedykowane. Postanowiłam rozszerzyć ten pomysł z wycieczkowego, po bardziej prywatne.

Niegdyś częściej pojawiałam się w swych ulubionych, luźnych gaciach. Straszyłam na ulicach wielkiego miasta, lecz zew ciszy i natury wyciągał mnie za Łódź równie często jak teraz w góry. Był to czas, w którym swoboda życia singla kusiła mnie do różnych eksperymentów nad sobą.


Outsider.

Na początku nie umiałam opisać tej książki dłużej niż jednym zdaniem brzmiącym tak: "opowieść człowieka żyjącego przez lata tak jak my. Pewnego dnia wszystko się zmieniło..." Przeczytałam 126 str. w niecałe dwa dni. Mogłabym ją przeczytać w jeden, gdybym nie siadała do niej wieczorem, jednocześnie z myślą o przespaniu całej nocy.
   Książka jest napisana bardzo czytelnie, jest wprowadzony dobry, estetyczny podział na rozdziały i podrozdziały, tu nie można się pogubić. Jak zwykle nadmieniam, iż nie jest to recenzja, a moje spostrzeżenia, o których mam chęć Wam opowiedzieć.
   Dziś pod moją lupą:

"Otwórz me oczy"
Gary Oates
Robert Paul Lamb

Jakiś czas temu zaczęłam pisać swój własny tekst o podobnej tematyce i ciężko byłoby oddzielić od siebie oba artykuły, które splotły się w jeden doskonały warkocz myśli. Dobrze będzie powołać się na słowa mężczyzny, który doświadczył osobistego spotkania z Bogiem, który potrafił to opisać w najprostszy z możliwych sposobów.

Przy okazji – tłem jest mój nowy obraz.

Stockberg (1782 m) – to był wyczyn, drodzy państwo.

Tylko my sami, my wybieramy
Czy chcemy wejść do gry...

Lęk przed nieznanym,
On wiąże skrzydła, rozwiewa sny – gdzie one są?
Przyszłość ubraną w kir lub aksamit
Wybierasz Ty – to albo to

Nie, nie ma sensu czekać, daj się nieść, daleko, daleko...
Wiesz, nie ma sensu czekać tak z boku gdzieś.

– Closterkeller "To albo to"


u schyłku lutego, 2019
Zaczęło się od moich słów: "chcę poczuć, ma boleć". I bolało. Ostatnio miałam takie wrażenie, że moje baterie zimą są nie do wyczerpania. Mąż po prostu wybierał góry z funkcją oszczędzania baterii. Taka jest ogólnie zima – zawsze mnie rozpieszczała. Nie ma na szlaku tej walki o każdy metr, co latem.
   Rześkie, ostre powietrze napędza mnie. Wyćwiczona w regularnych interwałach – w górach nawet nie zbliżam się do górnego poziomu wytrzymałościowego. Do czasu aż nie wybraliśmy Stockberg.
   Startowaliśmy z przełęczy Schwägalp. Tam zaparkowaliśmy samochód na darmowym, malutkim parkingu, będącym raczej zatoczką przy ulicy. (Są tam takie dwa.) Po aparat sięgnęłam wyżej na szlaku, kiedy nasz cel już był w zasięgu wzroku. Malowniczy, zimowy plener urozmaiciły zasypane chaty po same dachówki. Przez długi czas szliśmy w cieniu. Nieopodal wychylał się posępny, jak zawsze skuty z lodową zbroję, Säntis, ciągle jeszcze nie zdobyty. (Znowu planujemy tam eskapadę, tym razem nasz plan wygląda dużo poważniej niż wszystkie poprzednie. Rozważnie zorganizowaliśmy też ekipę, by nie umierać samotnie.)

Po lewej szczyt Kronenberg.

Nie wiem, ale się wypowiem.

Krytykować, potępiać i narzekać potrafi każdy głupiec – i większość głupców to robi. Ale aby zrozumieć i darować, potrzeba charakteru i samokontroli.


– Dale Carnegie "Jak zdobyć przyjaciół i zjednać sobie ludzi"


Istnieją chyba od zawsze takie tematy, które rodzą spory. Sami z pewnością potraficie ich kilka wymienić. Natomiast reakcje, to może być pełna paleta barw, które mieszamy z sobą dowolnie, tworząc zazwyczaj błoto, takie w sam raz, by wystrzelić z pędzla komuś w gębę.
   Widziałam już różne reakcje: szyderstwo, wulgarne zachowanie, przejawy aspołeczne. Momentami nie wiem czy powinnam była zasiadać do komputera przyjmując oblicze Rambo, czy raczej zakładać od razu kask, niby wsiadając do kabiny bolida F1.
   Błoto czasami leci w moją stronę – zależnie od tematu jaki poruszę, bo negatywne komentarze biorą się – dosłownie – z treści bloga. I czy z tego powodu mam nie pisać o tym, o czym lubię?
   Oto dziś krótki rajd światłowodem internetowej mentalności.


Zimowy taniec – ośnieżone Graubünden.

Najgorszy mróz jakiego można doświadczyć, to mróz w sercu.
W moim jest wieczna wiosna, dlatego nie mam nienawiści
dla tej pięknej pory roku.


luty, 2019
Doskonały dzień na podróż, błękit nieba jak marzenie, bo jeśli marzyć, to przecie o niebieskich migdałach. Słońce pragnęło ogołocić wszystkich i wszystko. Ludzi z ubrań, a ziemię z pierzyny. Celowo pojechaliśmy w tak wysokie tereny gdzie nigdy bym nie podejrzewała obecności takiej sytuacji w lutym. Miałam nadzieję na ogromne zaspy puchu i przyjemny mrozek, a zastałam błyszczący, topiący się śnieg, strumienie odwilży, skraplające się sople i pełno wiosennego ptactwa.
   Zostawiliśmy samochód nieopodal miejscowości Cunter (Graubünden), leżącej na wysokości 1182 metrów. Parking jest placem okresowego jeziora, które latem napełniane jest wodą, co dziś wyglądało przezabawnie na wyświetlaczu GPS. Zaparkowaliśmy na środku jeziora.
   Trochę pokręciliśmy się w pobliskiej miejscowości gdzie stoi całkiem ładny zamek, a nieco dalej inne zabytki, do których weszliśmy w drodze powrotnej.