Schwyz – małe i piękne.

„Zmień swoje myśli, a zmienisz swój świat”
– Norman Vincent Peale


Sierpień
Spotkałam się z takim przekonaniem, że gdy dokądś się jedzie, trzeba cel zdobyć jak najszybciej. Mniej więcej polega to na tym – jak w powszechności tego zwyczaju wybadałam – że cel jest najważniejszy, a reszta świata musi poczekać. I trzeba gnać! (żeby policja miała co robić).
   Moim zdaniem to właśnie podróż może być największą przyjemnością. Dlatego wracając z górskiej wyprawy (którą chwilowo pominę), zatrzymaliśmy się w miasteczku, które urzekło mnie od pierwszego wejrzenia. Powiedziałam: w drodze powrotnej musimy tu stanąć! Dlaczego nie od razu? Nie byłam pewna, czy zostanie energii w aparacie... Niestety nie dorobiłam się jeszcze zapasowego akumulatora, a wiedziałam, że przez to miasto nie raz najprawdopodobniej będziemy przejeżdżać.
   Wszystko złożyło się pomyślnie, lecz zdjęć przywiozłam niewiele, bo w tym mieście nieustannie walczy się o życie. Trzeba uważać, by nie zostać rozjechanym.

Ratusz.

Flüela Schwarzhorn – Wielka góra z małymi ludźmi.

"W górach jest taki dobry stuff. Ten stuff jest za darmo i za darmo można go brać."


– Peter Croft


Schwarzhorn czyli Czarny Róg jest najwyższym wzniesieniem krajobrazu Davos. Swoją nazwę otrzymał ze względu na bardzo ciemne skały amfibolitów. Z oddali są postrzegane jako ciemne kolce, co przy mniej sprzyjających warunkach, sprawia wrażenie Mordoru.
   Miałam okazję wędrować na Czarny Szczyt właśnie w takich mroczniejszych okolicznościach przyrody. Zachęcam do obejrzenia i poczytania. Nie podaję dziś szczegółowej lokalizacji na mapie. W archiwalnej notatce jest wszystko, razem z konkretnym szlakiem.
   Widok ze Schwarzhorn jest bardzo rozległy, rozciąga się od Alp Walijskich na zachodzie, po dalekie wschodnie Alpy. Do szlaku można łatwo dojechać trasą prowadzącą przez Flüelapass. Szczyt jest uważany za jeden z najłatwiejszych trzytysięczników w Alpach, więc nie jest to szlak dla "zaawansowanych męczenników", a dosłownie dla każdego chętnego.
   A to moja paczka na ten czas:


Klausen Pass – przełęcz niosąca nadzieję.

 „Istnieje różnica między znajomością drogi, a podążaniem nią”


– Morfeusz, bohater filmu Matrix


↩ pierwsza część wyprawy, Lucerna

Przełęcz Klausen jawi się w moich wspomnieniach jako jesienny pejzaż. Musicie mi uwierzyć na słowo, że było to niezwykłe wrażenie. Jestem zdania, że Klausen dopiero wtedy staje się prawdziwie majestatyczny w odbiorze. Oczywiście nie ujmuję mu piękna teraz... po prostu dla mnie jesień jest niesamowitą porą w przyrodzie.
   Na zakończenie aktywnego dnia dokonaliśmy jedynego racjonalnego wyboru, pomiędzy powrotem do domu przez tę przełęcz, a jazdą przez monotonną autostradę. O tym ile nadziei wlać może pozornie zwyczajne miejsce w górach, dowie się ten, kto przełamie wszelki wstręt do wychodzenia z pieleszy komfortu i zrobi coś, o czym jeszcze długo będzie się mówiło. Wielki szacunek dla tego pana na wózku inwalidzkim. Jeżeli nadal twierdzisz, że góry nie są na Twój wiek ani zdrowie, powiedz to jemu:


Lucerna – Rezydencja Amrein-Trollerów i pałac Alhambra.

„Należy podróżować, by się czegoś nauczyć”


– Mark Twain


część poprzednia muzeum


Muzeum w starej rezydencji założyciela ogrodu lodowcowego, opowiada o historii Alp oraz o odkryciach i rozwoju wiedzy naukowej na tym terenie. Znajduje się tam kilka wyjątkowych atrakcji, np. najstarsza płaskorzeźba górska na świecie, (przedstawia centralną Szwajcarię, XVIII w.). Oto zupełnie inna droga do zbadania alpejskiego świata, która daje równie wiele możliwości co część poprzednia.
   Pokażę Wam teraz willę rodziny Amrein-Trollerów. Zastaliśmy same barokowe i renesansowe perełki. Przede wszystkim boazerie i elementy drewniane – bogato rzeźbione i doskonale zachowane.
   A później pokażę Wam egzotyczny labirynt, miejsce świetnej zabawy, które zupełnie myli zmysły. Zatem ponownie włączamy zegar Ziemi i w drogę!


Lucerna – Gletschergarten czyli Ogród Lodowcowy.

"Turyści nie wiedzą gdzie byli, podróżnicy nie wiedzą gdzie będą."
– Paul Theroux


↩ spacer starym miastem Lucerny.

Zapraszam Was dziś w miejsce niezwykłe i szalenie ciekawe. Jest to muzeum geologii w Lucernie, które nie zanudzi nawet najwybredniejszych. Postaram się pokazać Wam to, co uznałam za najlepsze, ale i tak – uwierzcie mi na słowo – pokazać wszystkiego po prostu się nie da. Podzielę to na etapy, aby nie przedłużać, gdyż zdaję sobie sprawę, że każdy z Was ma własne życie i nie będzie przesiadywał u mnie na blogu godzinami, bo Ania popełniła notatkę na cały dzień czytania i oglądania.
   Gdy byliśmy w tym muzeum pierwszy raz, nie zdążyliśmy zwiedzić wszystkiego. Wówczas była otwarta co najmniej jedna sala więcej, dokładnie nie potrafię sobie przypomnieć... Dlatego czasami będę korzystać ze zdjęć archiwalnych.
   Wszystkie potrzebne informacje, znajdziecie na stronie internetowej.


Dach namiotu chroni pomnik przyrody przed wietrzeniem i zanieczyszczeniem powietrza.

Lucerna – Miasto Światła.

"Nie, nie dla wiedzy podróżujemy. Nie po to też podróżujemy, by na chwilę z codziennych trosk się wyrwać i o kłopotach zapomnieć […] Nie, nie żądza wiedzy nas gna ani ochota ucieczki, ale ciekawość, a ciekawość jak się zdaje, jest osobnym popędem, do innych niesprowadzalnym."
– Leszek Kołakowski


Na zachodnim brzegu Jeziora Czterech Kantonów, po obu stronach rzeki Reuss, u stóp góry Pilatus, leży Lucerna – stolica kantonu o tej samej nazwie – aktualnie jedno z większych ośrodków szwajcarskiego hotelarstwa. Miasto historyczne i owiane intrygującą legendą, miasto o korzeniach pochodzących z raczej wątpliwego źródła, cieszy się ogromnym powodzeniem turystów z całego świata.
   Pierwszy raz byliśmy z mężem w Lucernie zimą, ale na tym blogu ów archiwalny post nie pojawił się, a wiem, że był poszukiwany. O tym co warto zobaczyć, opowiem przy okazji oprowadzania przybyłej do nas z wizytą, rodziny z Kryptona.


Piz Beverin – tajemnica czarnego szczytu.

Granice? Nigdy żadnej nie widziałem,
ale słyszałem, że istnieją w umysłach niektórych ludzi.


– Thor Heyerdahl


Przy okazji wędrowania po okolicznych górach, zawsze oboje z mężem obserwowaliśmy ten wierzchołek. Jest chyba najbardziej charakterystyczny pośród gór w środkowej Gryzonii, wiedziałam też, że zdobycie go to poważna wyprawa. Zaplanowaliśmy sobie to wyzwanie rok temu, aby pod koniec lipca przekonać się, jak wiele dziwnych tajemnic skrywa ten masyw.
   Piz Beverin jest niezwykłą górą, której zdobywanie wiąże się nie tylko ze sporym mozołem, ale i oglądaniem naprawdę zjawiskowego kawałka ziemi. Szczyt bowiem jest bardzo nietypowy i każdy kto nań się dostanie, ma wrażenie wkroczenia na co najmniej enigmatyczny teren.
   Wyobraźcie sobie, że kroczycie skalistym zboczem, w sumie nic nadzwyczajnego... aż tu nagle docieracie na zwieńczenie drogi, które jest całkowicie łyse i czarne, a małe skałki na powierzchni lekko połyskują. Dosłownie jakby wierzchołek niegdyś zapłonął, albo przez długi okres wcześniej, waliły weń pioruny. Budzi to skojarzenie ze sławną Bożą górą... Lecz spokojnie, to nadal Szwajcaria.

Pierwszym co ujrzeliśmy zaraz po wyjściu z samochodu, była zachwycająca chmura przewalająca się przez błonie. Nieopodal stała wioska, a przed nami teren całkowicie zdominowany przez bydło.


Mieszkać pod niebem w absolucie ciszy.

"Przestrzenią ducha, gdzie może on rozwinąć skrzydła jest cisza."


– Antoine de Saint-Exupéry


W szerokich, otwartych przestrzeniach, na naprawdę imponujących wysokościach gdzie łatwiej uświadczyć stado kozic niż człowieka i gdzie flora ciągle zadziwia, najwięcej emocji budzą... wioski.
   Największym zainteresowaniem w tym roku, cieszył się mój artykuł o najwyżej położonej miejscowości w Europie (Gmina Avers – Juf), pomyślałam, że dla reflektujących ten temat, opowiem coś o innych miejscowościach istniejących tuż pod niebem. Sama nie mieszkam na wysokościach, wiedza wzięła się z obserwacji i oczytania w temacie.


Szepczące źródło.

"Czy mądry człowiek ma odpowiadać próżną wiedzą i napełniać swoje wnętrze wiatrem wschodnim? Czy ma się spierać słowami bezużytecznymi i mową, która nie przynosi pożytku?"


– Hiob 15,2


Niosłam ciężki bagaż pełen eksperiencji. Własnych refleksji i badań życia widzianego przez pryzmat niezawisłego "ja". Kufry, tobołki, majdan cały, krzywiły mi plecy, przydały garba. Były niczym juki upartego wołu, przepasały mnie, oplątywały nogi, ręce i szyję. Ciężar zginał mnie do ziemi coraz niżej, a oczy wytężały się zmrużone, patrząc poprzez cień.

I byłam z tego dumna.

Wiedziałam, że droga jest kręta i pod górę.
Upierałam się, że to ta dobra droga. Że ją rozpoznaję.


Konstanz – historyczna Konstancja.

"Odkąd trzech papieży – Grzegorz, Jan i Benedykt – kłócili się o przywództwo nad światem chrześcijaństwa (przy czym byli jedynie marionetkami Hiszpanii, Francji i cesarza Niemiec) i obwoływało biskupami i opatami sobie przychylnych popleczników, moralność wśród mnichów i księży upadła.(...)
      – Dlaczego klecha nie musi się żenić?(...) Bo we wspólnocie wiernych wszystkie baby są do jego dyspozycji."


– "Nierządnica" Iny Lorentz


Konstancja już od dawna widniała w naszych planach zwiedzania. Rys historyczny miasta jest tożsamy z zakresem moich zainteresowań, a jego najstarsza część chlubi się wspaniałym urokiem architektury. Powyższy cytat przywołałam nie bez przyczyny.
   Od średniowiecza Konstancja była uznawana za stolicę największej diecezji katolickiej na północ od Alp, całkiem będąc podległym cesarzowi Rzymu. W XV wieku odbył się słynny sobór, w trakcie którego spalono na stosie Jana Husa.
   Po tych wydarzeniach w mieście doszło do reformacji i tu pojawia się równie znana persona: Marcin Luter, pragnący odnowy Chrześcijaństwa. Krótkie podstawy: był przeciwny hierarchizacji w Kościele Rzymskim jak i doktrynie katolickiej, co nawiasem mówiąc, było całkiem słuszne.
   Miasto wówczas przyłączyło się do Ligi szmalkaldzkiej (związek obronny, protestanckich książąt Świętego Cesarstwa Rzymskiego). Liga była zobowiązana do udzielania sobie pomocy zbrojnej przeciwko ewangelikom.