Wędrówki:

Zakładki dotyczące wędrówek, są rozszerzone i znajdują się po prawej stronie bloga.

"Odpowiadam za to co powiedziałam, nie za to co zrozumiałeś."

15 października 2020

Epickie wakacje, cz. 10 – Gigerwaldsee i St. Martin.

[W poematach Homera] "...herosi, a nawet bogowie, obowiązkowo kończą ucztować o zachodzie słońca i idą spać, jak zaleca sama Atena w Od. III 331-336."

– Marek Węcowski, Sympozjon, czyli wspólne picie.

Początki greckiej biesiady arystokratycznej (IX-VII wiek p.n.e.)


u schyłku lipca, 2020

Przeprowadziliśmy z naszymi gośćmi sympozjum w sprawie stopnia trudności szlaku względem pogody. Ponieważ upały hulające po Szwajcarii ostro dały nam wszystkim popalić na ostatnich szlakach, zdecydowaliśmy jednomyślnie, że wybierzemy lekką trasę, ale oczywiście zgodnie z zamiarami – epicką widokowo. Czy nam się to udało, czytajcie dalej.
   Prowadzi tam górska droga, a w letnie weekendy trasa autobusu pocztowego, aż do ukończonej w 1976 r. tamy. Zostawiliśmy samochód dokładnie na tamie gdzie są wytyczone miejsca parkingowe, a potem udaliśmy się na spacer wzdłuż południowego brzegu jeziora, gdzie wąska asfaltowa droga prowadzi przez tunele do dawnej osady St. Martin w Walser. Droga jest zamknięta zimą ze względu na zagrożenie lawinowe. Był to kolejny upalny dzień. Jako ciekawostkę dodam, iż temperatury nad jeziorem Gigerwald obecnie spadły już poniżej zera.

Widok z tamy na stronę suchą.

Gigerwaldsee

Jest to największe jezioro położone w regionie St. Gallen. Jest częścią elektrowni szczytowo-pompowej (budowanej w latach 1971-1977). Tutejsza woda wytwarza średnio 460 milionów kilowatogodzin energii elektrycznej rocznie.
   Wciśnięte między ściany skalne jezioro, znajduje się na wysokości 1335 metrów nad poziomem morza, ma około trzech kilometrów długości i 135 metrów głębokości w najgłębszym miejscu.
   Nadal udawało nam się dopasować wycieczkowe pomysły do słowa "epicki". Myślę, że kolor wody i wodospady w skałach, rozkruszyłyby serce nawet najbardziej wybrednego turysty.

Ponieważ lubię wszelkie jaskinie, groty itp. ciemne zakamarki, możliwość wędrowania kilkoma znajdującymi się na szlaku tunelami, sprawiała, że w mojej ocenie miejsce przekroczyło skalę. Naturalne, niewygładzane ściany góry w jej wnętrzu, skraplały się zimną wodą, która niesfornie wpadała czasem za kołnierzyk. Chłód i wilgoć pachniały wybornie. Latem w upał mogłabym tam rozbić namiot.

Istnieją przesłanki, że w tajemnicy przed światem zamieniam się w nietoperza. Otóż to niemożliwe, sprawdzałam pozycję wiszącą do góry nogami i strasznie mnie po tym rozbolała głowa, więc to nie może być prawda.

Z niektórych jaskiń otwierały się naturalne okna z bajecznymi widokami na turkusowe jezioro. Podobne jaskinie z takimi malowniczymi oknami, można zobaczyć na "wodnym szlaku" wzdłuż jeziora Walen.
   ➤ Walensee – WALSA-Weg.

Tego dnia widzieliśmy mnóstwo wodospadów, potoków i mniejszych cieków wodnych, można by rzec, że to typowa "wodna droga", jakich wiele wytyczono w Szwajcarii. W tym kraju istnieje mnoga ilość szlaków tematycznych, którymi dosyć często chodziliśmy i moimi ulubionymi były właśnie te wodne.
   Przykład jednego z nich, którym szliśmy w dwóch turach:
➤ WILDHAUS – NESSLAU – WATTWIL. Wasserweg – część pierwsza.
➤ część druga.


Beznadziejne, prześwietlone zdjęcie (w stronę tamy)
ale za to ładna kompozycja.

Lustro wody było niczym niezmącone. Czasami jedynie wiatr lekko marszczył jej powierzchnię, co burzyło wyobrażenie o położonym między górami linoleum.


Na końcu widać tamę.
Stamtąd przyszliśmy widoczną z boku drogą.

St. Martin

Miejscowość znajduje się na końcu jeziora. Jest to dawna osada Walser we wsi Vättis. Na początku XIV wieku przybyli tu Walserowie. Osada rozciągała się znacznie szerzej niż teraz, była rozproszona i składała się z dwunastu rodzin.
   Według badań dendrochronologicznych, kościółek św. Marcina został zbudowany około 1312 roku. Nie zaglądaliśmy do środka. Nie robiłam w tej miejscowości żadnych zdjęć, mam taką niepisaną zasadę, że fotografuję zawsze to, co mnie urzeka. Dla głodnych widoków wstawiam zdjęcie z Googla.
   Tam czas stanął w miejscu. Małe drewniane domki, młyn wodny, żwirowe ścieżki, donice pełne kwiatów i restauracja ze świeżym chlebem z pieca na drewno.

/źródło zdjęcia

W XV i XVI wieku Walserowie całkiem wyemigrowali. Możliwe jest, że przyczyną była mała epoka lodowcowa, która pogorszyła klimat w i tak już surowej dolinie Calfeisen, zimą bardzo ubogiej w słońce.
   W 1652 roku zmarła ostatnia Walserka. Od tego czasu miejscowość była zarządzana tylko jako alpejski teren, a St. Martin stał się Maiensäss.
   Na szczycie wieży kościoła stoi krzyż grobowy ostatniego Walsera, zaś nad St. Martin, na wysokości 1580 m n.p.m. rośnie drzewo oznakowane jako najgrubszy świerk na świecie. Nie jest już rekordzistą, bowiem nieco grubszy okaz znaleziono w Göscheneralptal.


Decyzja

Tutaj przyszło nam podjąć decyzję odnośnie dalszych poczynań. Nie jestem pewna, czy ten wybór okazał się wg naszych współtowarzyszy słuszny, ale myślę, że co zobaczyli to ich i dziś niczego nie żałują i nie mam się czym martwić. Natomiast przypuszczam, że podczas tej wędrówki, przeklinali na czym świat stoi.
   Niedokładnie sprecyzowany szlak, czas jego przejścia i zaniżony stopień trudności, zaważyły na tym aby podjąć decyzję o dalszej wędrówce wyżej w góry. Było jeszcze bardzo wcześnie i szkoda nam dnia by już wracać, więc udaliśmy się wysokim szlakiem do chaty górskiej.

Szlak ów wystawił nas na pełne promieniowanie słońca w upale. Nie było oczywiście tak gorąco jak tego dnia w dolinach, gdzie słupek rtęci dotykał trzydziestej siódmej kreski, ale przy wysiłku fizycznym słońce dawało w kość. Mocno dawało w kość.
   Nasi towarzysze zwolnili tempo do minimum, ja stwierdziłam, że jak nie pokonam tej trasy szybko, to umrę gdzieś po drodze. Mąż był mniej więcej pośrodku tego. W drugiej połowie postanowił jednak mnie dogonić. Cel był jasno określony, ścieżka jedna, więc rozdzieliliśmy się bez żadnych obaw. W wielu punktach byliśmy w zasięgu wzroku, każdy więc szedł po prostu swoim tempem.

Szlak oceniałabym jako leniwe T1, ale pod słońcem okazał się istną torturą. Nie spodziewałam się czegoś takiego. Zdjęć zrobiłam tyle ile tu widzicie (nic więcej, a zwykle przynoszę parę setek), robiłam przystanek co mniej więcej drugi wodospad żeby schłodzić ręce. Dobrą metodą na przegrzanie jest zanurzenie rąk po łokcie.


Chata górska

Jest to miejsce całkowicie samoobsługowe. Chata wyposażona jest w podstawowy prowiant suchy, oraz napoje, także alkoholowe. Jest piec, kuchnia, prysznic w beczce wisi na zewnątrz (ogrzewana słońcem), zwieńczony końcówką od konewki. Warunki spartańskie, ale łóżka są, koce i poduchy są, myślę, że więcej nie trzeba.

Widać końcówkę od prysznica.

Aby korzystać, należy oczywiście bulić. Cennik wisi na wejściu, skarbonka stoi pod ścianą. Nie zapamiętałam z cennika nic, zdjęcia nie robiłam. Ogólnie taniej niż w hotelu, co się rozumie samo przez się. Tego dnia mieszkały tam 4 dziewczyny. Oczywiście każdy może wejść i zaopatrzyć się do woli.



Ostatni kawałek drogi miał prowadzić w dół, więc pozwoliłam sobie na jedno małe piwo smakowe. Tak mi zasmakowało, że zrobiłam mu zdjęcie. To chyba najtańsze piwo w Szwajcarii i niestety "strzeliłam sobie w kolano". Nie wiedziałam, że czeka nas zupełnie inna rzeczywistość... Za chwilę wytłumaczę.

Widok z chaty.


Alkohol na szlaku – to zależy

Gdy człowiek namęczy się w gorąco i np. zaczyna go brać udar słoneczny (gęstnieje krew), lub chce mu zapobiec, bo ma skłonności ku temu (tak jak ja, jestem już po kilku), może prewencyjnie zażyć aspirynę, albo po prostu napić się piwa. Oba środki rozrzedzają krew. Dlatego latem piję, nie ukrywam. Ale jest jedno zastrzeżenie. Jeżeli w opisanych tu warunkach mam przed sobą jeszcze kawał podejścia, wypicie piwa może spowodować uderzenie ciśnienia krwi do mózgu czyli potężny ból i ćmienie. I to sobie zafundowałam na koniec wycieczki, bo droga nie prowadziła wcale w dół do mety. To już drugi błąd w sztuce nawigacyjnej tego dnia.

Gdzieś dużo dalej na szlaku był taki moment, że zostaliśmy sami z mężem, bo towarzysze zatrzymali się gdzieś dużo wcześniej. Mąż spojrzał na mnie i od razu widział, że pod blednącą skórą kryje się ból czachy. Ucisk na skronie pomagał tylko w momencie ucisku, czułam, że moja niewydolność się pogłębia. Pomodlił się za mnie tak jak to już kiedyś kilka razy uczynił i za każdym razem Bóg wysłuchiwał go ino roz. Głowa przestała mnie boleć w jedną chwilę. Czułam się osłabiona, ale uśmiech natychmiast wrócił na moją twarz i dzięki Bogu właśnie, mogłam raźno iść dalej.
   Bóg jest nieocenioną pomocą nawet w takich prozaicznych sytuacjach codziennego życia. Ba, On chce nam towarzyszyć w codzienności i oczywiście nie tylko w sytuacjach krytycznych. Tak jak każdy przyjaciel – na dobre i złe.


Myśli końcowe

Czasu mieliśmy wiele, ale nie zamierzaliśmy znów wydłużać trasy. Ona dostatecznie przetyrała każdego z nas. Dodawszy do puli wrażeń fakt, iż kładliśmy się późno, a wstawaliśmy wcześnie (przynajmniej ja, bo zawsze wstaję pierwsza, gdziekolwiek i z kimkolwiek przebywam), zmęczenie było spotęgowane. Wiadro kawy wypijanej co dnia przed wędrówkami, działało raczej na myśli, niżeli na ciało. Ale każde nasze wędrowanie było wiele warte i będzie bardzo dobrze wspominać ten wspólny czas.

Na aurę można patrzeć z dwóch perspektyw. Sprzyjała nam – to prawda – wędrowaliśmy gdzieś każdego dnia i gdyby to był deszcz, z pewnością naszym gościom byłoby przykro.
   Osobiście gdybym planowała urlop w Szwajcarii, wybrałabym wrzesień albo nawet październik, ryzykując co prawda falę deszczy, ale przy okazji miałabym szansę czuć się świetnie, a nie walczyć o życie z każdym gorętszym dniem. I jeszcze zimę mogłabym wybrać. Rakiet śnieżnych nie sprzedajemy, liczymy, że jeszcze z nich skorzystamy nie jeden raz.

Wracaliśmy szlakiem po przeciwległej stronie doliny. Mogliśmy stąd dojrzeć tę chatę, którą wyżej opisałam. Wspaniale było mieć to już za sobą. 😂

Chata noclegowa.

Po drodze przeniosłam małego futerkowca na drugą stronę. A później dziarsko do przodu, jeszcze raz brzegiem epickiego jeziora przez tunele i do samochodu. Już nigdzie nie zatrzymywaliśmy się po drodze, wszyscy mieliśmy tylko jedno marzenie – umyć się, usiąść, zagrać w jakąś grę i położyć się spać.

Na ostatni dzień naszych wspólnych wakacji, zaplanowaliśmy coś znacznie lżejszego. Było to również związane z wodą, ale łatwo dostępne i oczywiście epickie – bo takie właśnie miały być nasze wakacje.

8 komentarzy:

  1. Zachwycające zdjęcia zrobiłaś, podziwiam wasza kondycję, bo upał i ból głowy jakoś źle się kojarzą podczas pieszych wędrówek. Będą mieli co wspominać wasi goście.
    Łączę pozdrowienia.:)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Udało się ból zażegnać, więc dziś twierdzę, że nie było tak źle. :)

      Usuń
  2. Trasa przepiękna i ciekawa, jedyny minus chyba to upał...nas kiedyś uratowała lemoniada z czarnego bzu w jakimś schronisku na szlaku.
    Kolor wody niebiański niemalże i te jaskinie.
    Wątpię, by wasi goście na cokolwiek narzekali.
    Wdzięczność - to chyba czuli:-)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Jedyny i największy minus każdej wędrówki w lato, to upał. A myśleliśmy, że na tej wysokości będzie lżej. I pewnie było lżej, ale przy wysiłku jakoś tej lekkości w powietrzu się nie odczuwało. ;P Dalej będę uważała, że lipiec i sierpień tylko na przełęczach (powyżej 2 tys.).
      Spotykają się z nami do dziś, więc jest O.K. ;D

      Usuń
  3. Witaj Aniu.
    fajna wędrówka i ładne zdjęcia.
    Dla mnie jeno tunele pozostały...
    Pozdrawiam serdecznie.
    Michał

    OdpowiedzUsuń
  4. Piękne zdjęcia Aniu, lubię czytać Twojego bloga, zawsze czuję się tu dobrze- dziękuję😘
    Pozdrawiam milutko, weekendowo, zdrówka życząc 😀🍂🍁🌻☕🍩
    Kochana! nie wiem, co się dzieje, ale mój nowy post nie wyświetla się u Was w linkach🤔

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Na pewno wszystko w końcu będzie poprawnie działać. Pamiętajmy, że początki w nowych systemach w informatyce, zawsze wołają o pomstę. Musi to się rozbrykać.
      Dziękuję Ci za zawsze ciepłe słowa. :)

      Usuń

Pewnego dnia wymyśliłam sobie, że będę dzielić się pięknem świata, którego doświadczam podczas swoich wędrówek. Że będę pisać ku pokrzepieniu serc i być może zachęcać do podróżowania. W tym samym celu wydałam książkę, czyli dla Waszej przyjemności. Czasami piszę też o Bogu, który jest dla mnie najważniejszy i dzielę się chętnie swoim studium biblijnym.
Jednak nie robię tego dla poklasku, nie chcę samych duserów.
Dziękuję za każdego czytelnika, który podzieli się ze mną swą refleksją miast "odhaczonym" komplementem. Jestem wdzięczna za każde nasze wspólne rozważanie. Za komplementy dziękuję, ale nie na tym mi zależy. Proszę rozważ to nim pozostawisz po sobie te dwa/trzy słowa :) i tak zwyczajnie: porozmawiajmy.