Wędrówki:

Zakładki dotyczące wędrówek, są rozszerzone i znajdują się po prawej stronie bloga.

"Odpowiadam za to co powiedziałam, nie za to co zrozumiałeś."

18 września 2020

Tectonic Arena Sardona / tam gdzie góry są do góry nogami – część druga.

"Jeśli myślisz, że przygody bywają niebezpieczne, spróbuj rutyny. Ona jest śmiercionośna."

– Paulo Coelho


Część poprzednia tutaj: link

Oto dalsza część naszej przygody na terenie światowego dziedzictwa UNESCO. Będę miała świetną okazję aby przybliżyć i dokładnie wyjaśnić co w tych skałach jest takiego wyjątkowego. Jednakże zacznijmy od samego szlaku.
   Nadal zostajemy na stopniu trudności T2, lecz z uwagi na wąską ścieżkę prowadzącą przez piarżysko, uczulam na stopień zaawansowania oraz na kondycję (dosyć strome podejście, i zejście). Zalecałabym osobom z lękiem wysokości o niewybieranie się na ten szlak (niemniej nadal mówimy o trudności podstawowej). Zatem ruszamy!


POCZĄTEK

Rozdzieliliśmy się dokładnie pod tym wodospadem. Dołączyłam do męskiego grona i we trójkę udaliśmy się szlakiem czerwonym na płaskowyż, z którego mieliśmy zamiar obserwować cały ten fenomen, a także zobaczyć szczelinę św. Marcina, oraz strumień ryjący głębokie koryto w skałach, który tworzy wodospad z powyższego zdjęcia.


Podejście nie wygląda tak strasznie, prawda? I nie byłoby, gdyby tutaj nie pokazało się słońce. Przypominam, że mieliśmy schyłek lipca i trwały w całej Szwajcarii upały nawet do 37 stopni C. Niniejszy teren był dosyć wysoko i słońce nie było w stanie zabijać, ale jednak dawało w kość i przyznam, że z jego powodu osiągnęłam swój fizyczny limit. Musiałam zwolnić.
   Zaznaczam, że szlak odczuwalnie w tym miejscu wydał mi się ciężki, ale nie byłoby tak w chłodniejszym klimacie – mam fałszywą ocenę. Mężczyźni szli pod górę żwawo jakby nigdy nic. Odznaczam się brakiem odporności na słońce, ale za to dużą odpornością na zimo. Coś za coś.

Widać wyraźnie "magiczną" linię w skałach.
Kolosy z wapna, fliszu i wulkanu.

Cel był wart tej pracy jaką ciało posłusznie wykonało podczas całego dnia wędrowania. Łaski nie robi. W pewnym momencie mąż do mnie powiedział:
   – Stań i spójrz za siebie.
   Wpatrzona przedtem w ziemię pod swoimi stopami, zatrzymałam się i odwróciłam. Widok na całą równinę źródła rzecznego, był wart tej wspinaczki, ale to przecież jeszcze nie koniec wrażeń. To co zobaczyliśmy dalej, zostanie w mojej pamięci na zawsze.


Na wypłaszczeniu zrobiliśmy mały przystanek i tutaj pozwolę sobie rozpocząć już swój komentarz w kwestii geologicznej.
  Otóż ukazał się przed nami fenomen na skalę światową. To właśnie z tego płaskowyżu widać wyraźnie jak powstały góry w Szwajcarii i nie będzie to wcale klasyczna lekcja z geografii. Po to jest Tectonic Arena Sardona – aby naukowcy mięli zagadkę.

Humory cały czas dopisywały.

Z oddali widzieliśmy szlak, którym planowaliśmy zatoczyć koło i wrócić na dół. Zapowiadała się zabawa na ścieżce piarżyskowej, która wymaga od wędrowca oleju w głowie i przede wszystkim zachowania równowagi. Biada wszystkim, którzy muszą się mijać na takich szlakach z idącymi z naprzeciwka. To znaczy... biada jeśli idący z naprzeciwka jest idiotą.



Nad nami górowała lita skała, która wzbudziła moją ciekawość. Zrobiłam jej sporo zdjęć, głównie dlatego, że liczyłam na jakieś koziorożce... i się przeliczyłam.
   Od lat próbuję ujrzeć samca koziorożca alpejskiego. Niestety jak dotąd widziałam tylko same baby z młodymi.



Teren był bajeczny, bardzo przypadł mi do gustu, a skała była ogromna co potęgowało mój zachwyt (kocham ogromne rzeczy). Zapomniałam napisać, że tym szlakiem szliśmy po raz pierwszy. Poprzednim razem kilka lat temu doszliśmy tylko wodospadu. Poza tym komuś kto mieszka w Alpach, nigdy się nie spieszy, bo wie, że zawsze może wrócić.

Na dole małe ludziki.


ŚWIETNA PERSPEKTYWA

Byliśmy na tyle wysoko aby móc przyjrzeć się dokładniej równinie źródła rzecznego. Ta serpentyna zasilana przez liczne wodospady wypływające z otaczających ją gór, przepięknie prezentowała się na tle zielonej, ukwieconej łączki. Choć nadal będę opiewać urok rudej jesieni, jestem pewna, że letni krajobraz zachwyciłby przynajmniej większość z Was.







TAM GDZIE GÓRY
SĄ DO GÓRY NOGAMI

Dawno dawno temu młodsza płyta skalna wepchnęła się pod znacznie starszą skałę. Dziś gołym okiem możemy dostrzec bardzo efektowną linię w Tschingelhörner. To oddziela starszą (wierzchnią) od młodszej (spodniej) skały.
   W związku z tym, UNESCO wpisało w 2008 r. cały tzw. "Ciąg Glarus", znany również jako Arena Tektoniczna Sardona, o powierzchni 32.850 hektarów na swoją listę światowego dziedzictwa kulturowego.
   Nigdzie na świecie nie jest łatwiej uzyskać tak pouczającego spojrzenia na przeszłość.


Wyraźna linia.

Wyjątkowe pozostałości są świadkiem potężnych sił przyrody działających podczas nasunięcia się płyt kontynentalnych: afrykańskiej i europejskiej.
   Wyraźna linia dookoła szczytu Piz Sardona oddziela starsze skały od znacznie młodszych – przez długi czas stanowiło to zagadkę dla geologów.
   Badania ciągu Glarus skłoniły szwajcarskiego naukowca Hansa Conrada Eschera von der Lintha do zakwestionowania dotychczasowej teorii powstawania gór.





Wg teorii Hydropłyt Walta Browna, drastycznie szybkie ruchy górotwórcze spowodowały natychmiastowe wypiętrzenie góry i warstwy przewaliły się jedna na drugą. Podobne zjawisko obserwujemy w Kanionie Colorado i w kanionie po wybuchu wulkanu na Górze Świętej Heleny (1980 rok), gdzie również tzw. starsze warstwy leżą na młodszych. Moim zdaniem one nie różnią się wiekiem lecz po prostu jest to inny materiał. Widać, że oddziaływały na to ekstremalnie duże siły i wszystko mogło powstać w ciągu kilku dni. Następnie weszły lodowce i zerodowały najsłabsze skały, pozostawiając to co dziś widzimy.

Gdyby potrzebne było wyjaśnienie lub po prostu zaciekawiła Was ta teoria, zachęcam do krótkiego (15 min.) filmu po polsku, objaśniającego wszystko naukowo, ale w zrozumiały sposób: LINK
   Zaczyna się od innego tematu, ale warto wysłuchać od początku.




Postarałam się dla Was o odpowiednie nagranie,
które pokazuje zbliżenie na skały,
oraz odpowiednią perspektywę dla zobrazowania ogromu tychże gór:




DAS MARTINSLOCH
SZCZELINA ŚW. MARCINA

Martinsloch znajduje się na wysokości 2600 metrów nad poziomem morza. Jest prawdopodobnie najbardziej znanym oknem skalnym na obszarze Tectonic Arena Sardona. Jest to trójkąt o wysokości 22 m i szerokości 19 m. Stał się sławny dzięki wyjątkowemu wydarzeniu:
   12 i 13 marca oraz 30 września i 1 października słońce świeci bezpośrednio na kościół tuż przed wschodem słońca przez Martinsloch. Spektakl trwa tylko kilka minut, po nim słońce znika za Tschingelhörner, a następnie wstaje znad górskiej grani.


Tylko bardzo doświadczeni wędrowcy mogą odważyć się podejść do Martinsloch. Trasa (od Flims) prowadzi nieoznakowaną ścieżką przez strome zbocze piargowe. Szlak ma poziom T5, jest podatny na osypywanie się skał i można ją pokonać tylko z odpowiednim sprzętem.

Istnieje wiele legend o tej formacji skalnej. Najbardziej znana jest jednak ta o pasterzu Marcinie, który opiekował się swoimi zwierzętami po stronie Elmer.
   Pewnego dnia gigant z Flims zaatakował stado i próbował ukraść kilka owiec. Martin jednak dzielnie bronił swoich zwierząt, ale gigant zdołał zabrać jedno z nich. Wtedy Marcin cisnął swoją laską w olbrzyma, ale zamiast w niego, kij trafił w Tschingelhörnera. Potężna lawina skalna z hukiem spadła w dolinę. Kiedy kurz opadł, można było zobaczyć trójkątną dziurę w skale, którą odtąd nazywano Martinsloch.


IDZIEMY DALEJ

Wspomniałam o piarżyskowej ścieżce, która niebezpiecznie pnie się lekkim skosem pod górę. To ostatnie wyniesienie, potem czekał nas spacer po płaskowyżu.
   Miałam na tej ścieżce nieprzyjemne spotkanie z wycieczką niemiecką (szli z naprzeciwka). Jeden z członków germańskiej eskapady miał radość w tym, żeby nie usunąć się i nie ułatwić mi ominięcia go. Nie "przytulił" się do ściany i ze złośliwym uśmiechem na twarzy odwrócił się tak, by jego ogromny plecak utrudniał mi obejście tego człowieka.
   Ręce mnie świerzbiły, żeby go szarpnąć za ten plecak...
      Mowa o tej ścieżce gdzie stoi człowiek:


Gdyby akurat obsunął się jakiś kamień, spadłabym. Ku uciesze Niemca oczywiście.
   Długo nie mogłam się uspokoić.

W tym miejscu zaczęliśmy już tracić z oczu poniższą dolinę ze źródłem rzecznym, ale za to odkryliśmy następną, bliźniaczo podobną równinę, tak samo porośniętą. Nawet nie wiedziałam, że takie coś tu jest.
   Stąd był też świetny widok na najwyższy szczyt tegoż terenu. Góra nie do zdobycia w "normalny" sposób, a przynajmniej nie dostrzegłam na mapach szlakowych żadnych wytycznych. Lecz znając Szwajcarów, to pewnie coś sobie sami wydeptali. Pamiętacie naszą podróż na dziko, na górę której szczyt nie był oznaczony na żadnej z map?
      To też było epickie. 😉


Druga równina z łączką.


BLIŹNIACZA RÓWNINA
Górne Segnesböden

Widok okazał się wart przebycia tego dodatkowego szlaku z kolejnego już powodu. Lubię przestrzenie, ogrom, bezkres. Chociaż o tej ostatniej mówić tu ciężko, bo sztywną granicę stanowiły wielkie góry, ale za nim był dalszy ciąg tego co bezkresnością nazwać można z całą pewnością.
   Świat nie kończy się nigdzie. Nie ma czegoś takiego jak "koniec świata", przecież to kulka, chyba że... mówimy o jego czasie istnienia.


Tam kończy się płaskowyż.


1. Tędy szliśmy. Pierwsza równina to obszar poniżej "jedynki" (nie chciałam zasłaniać)
2. Płaskowyż góry, która znajduje się na filmie. My szliśmy tuż pod nią, piarżyskiem.
3. Druga równina.





Przyszłym podróżnikom polecam iść dalej wysokim szlakiem aż do Alp Mora gdzie duże skalne czasze wypełnia ze spokojem krystalicznie czysta woda.
   Podam więcej szczegółów: okrągłe wanny skalne wypełnione wodą, są splecione ze sobą jak sznur pereł. Taki niezwykły widok znajduje się w potoku Val Maliens. Maliensbach od lat obraca duże kamienie, piasek i żwir wokół własnej osi w tym samym miejscu. To ciągłe tarcie skały w wapiennej skale przez lata tworzyło te naturalne wanny, w których turyści zażywają kąpieli.
   Sprawdźcie sobie, myślę że warto.


Na powrót było widać pierwszą równinę.



SEGNAS SURA

To co wydrąży woda, zawsze jest piękne. Ostatnią atrakcją wędrówki jest rzeźba terenu made in potok, który następnie spada kaskadowo jako wodospad,(oglądaliśmy go poprzednim razem). Teraz możemy powiedzieć, że widzieliśmy jego całość.
   Wykropkowałam nasz ostatni fragment szlaku prowadzący do pierwszej równiny:





Tam dalej woda spada jako wodospad,
który prezentowałam w poprzednim wpisie.

Rów jest dosyć ciasny, ale obiektyw wszedł. Woda wartko płynęła, szumiała przyjemnie. Lodowata, że aż ciężko sobie wyobrazić kąpiel w skalnych "wannach", o których wcześniej wspominałam. Pewnie dlatego jest to możliwe, że słońce zwyczajnie nagrzewa wodę zgromadzoną w płytkich misach. Takie tam, naturalne SPA.
   Zaś niniejszy efekt świetny, sama obserwacja tej wody, głaskanie wygładzonych skał, super sprawa.









UNTERE SEGNESBODEN
Dolne Segnesböden

Zmierzaliśmy już z powrotem na pierwszą równinę. Tutaj znów otworzyła się przed nami doskonała perspektywa, z której widać było połyskującą serpentynę strumienia rzecznego, bijącego wprost ze źródła.
   Dolny Segnesboden to pierwotny płaskowyż. Płaskie wrzosowiska, żółte łączki i cieki wodne, które pięknie mienią się w słońcu, są atrakcyjną ozdobą tej ziemi. Miejsce to jest jest częścią krajowego spisu torfowisk płaskich o szczególnym pięknie i znaczeniu i jednocześnie jest jednym z zaledwie dwóch płaskich obszarów chronionych torfowisk w Szwajcarii, które nie wykazują żadnych śladów osadnictwa.





Na przeciwległych skałach mnóstwo cienkich wodospadów. Odległych, więc pewnie to tylko złudzenie. Mogły być przynajmniej tak wysokie jak ten, do którego mogliśmy podejść bliżej.
   Gdyby spróbować interakcji z każdym z nich, pewnie zostalibyśmy tu do rana. Odległości wydają się małe, ale uwierzcie mi na słowo, zważywszy, że nie wszędzie prowadziły szlaki, ta zabawa z pewnością zajęłaby resztę dnia.


Na dole spotkaliśmy się z resztą naszej ekipy i po zrobieniu ostatniego zdjęcia, ruszyliśmy w stronę Flims na parking.
   Nie mając innego wyjścia, korzystaliśmy z tej samej drogi. Choć w gruncie rzeczy w górach człowiek nie powinien się spieszyć (szkoda na to czasu), zależało nam by zakończyć tę podróż przed zmrokiem, bo przecież następnego dnia, czekała kolejna przygoda.


Odpoczywałam na moście
czekając na pozostałych.


28 komentarzy:

  1. Aniu, dziś prawdziwe cuda pokazujesz, aż dech zapiera, a te piarżyska, niczym ruchome piaski.
    Dolina źródła to istne dzieło sztuki matki natury, nigdy czegoś podobnego nie widziałam.
    Wyprawa warta każdego trudu,upał meczy nawet na wysokościach, ale i zdradliwy jest bardzie, spala skórę na pergamin...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dlatego mocny filtr UV i kapelusz z szerokim rondem, a kiedy zaświeci mocniej i przygnie do ziemi, zwolnić krok.
      Jak był cień, jak wędrowaliśmy w chmurze, pamiętasz? Pisałam, że wbiegliśmy pod górę. Od mocy słońca może zależeć cała wędrówka.

      Usuń
  2. Witaj Aniu.
    Miałem wiele przygód w życiu, a niektóre były niebezpieczne, ale zawsze wychodziłem z nich obronną ręką.
    Wychodziłem, gdyż nie byłem rutyniarzem. W myśl piosenki. Rodziliśmy się bez skazy i umrzemy bez rutyny.
    Pozdrawiam serdecznie.
    Michał

    OdpowiedzUsuń
  3. Napracowałaś się przy tym wpisie i wspaniale pokazałaś szlak i góry, ale moje serce tym razem kierowałoby mnie do doliny rzeki, jest fantastyczna.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ja mam tak, że gdy jestem w jakimś miejscu, potrzebuję doświadczyć wszystkiego. Tutaj najpierw obcowania z wodą na dole, a potem zobaczenia gdzie to wszystko się zaczyna. I Nie da się powiedzieć, że coś było lepsze od drugiego, natury jest fascynująca w każdym stopniu.

      Usuń
  4. Bardzo przyjemne miejsce. A do tego jeszcze sporo fauny i flory dla amatorów tychże. :)

    Też mam już rozesłane CV w pewne miejsca, jednak jeszcze nie mam odzewu.

    Ja na razie to tylko jako pasażer w samochodzie. :)

    Pozdrawiam!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Flora poszła sobie w góry, ci którzy nie chcieli się wspinać na płaskowyż, nie widzieli świstaków. :P

      Przyjęli mnie. :)

      Usuń
  5. Przyznam że głównie skoncentrowałam się na zdjęciach. Są wspaniałe. Wzruszyły mnie świstaki no i ta urocza żaba.
    Wrócę jeszcze żeby dokładnie wszystko przeczytać.
    Serdeczności :-)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Warto po nigdzie indziej nie da się lepiej opowiedzieć o tym jak powstają góry. :) Twój geolog byłby zachwycony. :D

      Usuń
  6. JAKIE PIĘKNE ZWIERZACZKI
    Post idealny dla mojego byłego pana od geografii
    Chciałabym tam być, ale mam niestety strszny lęk wysokości :(

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Myślę, że dla ucznia to też jest dobry materiał, zawsze coś nowego. Teorii hydropłyt nie ma w szkołach.
      Do wodospadu mogłabyś spokojnie pójść (patrz poprzedni post).

      Usuń
  7. Nie było długo, a raczej interesująco. W myśl sentencji :Życie to wielka przygoda, zaliczyłaś kolejną. Przepiękne zdjęcia.
    Powinnaś stworzyć coś na kształt albumu...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Wiele osób mi to mówi. Nie wiem jak się do tego zabrać, powinnam wysłać gotowe do wydawnictwa, ale nie umiem obchodzić się ze zdjęciami w programie do pisania. Jak układam w edytorze, jest wszystko ślicznie, jak przełączam na podgląd, jest śmietnik. Ta myśl kiedyś wykiełkuje, bo pomysł mi się podoba, ale muszę nabyć gdzieś więcej wiedzy technicznej.

      Usuń
  8. Oj, zaprawiona Ty jesteś w tych górskich wyprawach Aniu. Odwaga, ciekawość natury i miłość do gór jawi się od pierwszego słowa i obrazu. Wiele czasu wymaga przygotowanie takiego posta, ale warto, bo wszystko jest rewelacyjnie podane :) Pięknie to robisz! Jestem pod ogromnym wrażeniem!
    P.S. Ja mam lęk wysokości, więc na takich wąskich ścieżkach...
    Niemiec...feee...lepiej nie napiszę, co o nim myślę...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. We mnie tkwi coś takiego jak przywiązanie do dzikości. Chociaż preferuję miasta, jestem mieszczuchem itd., to ciągnie mnie do natury, odczuwam swego rodzaju zew. Mogą to być góry, mogą to być Mazury, byle las, woda, zwierzęta, po prostu nakręca mnie to, inspiruje, fascynuje. Raz na jakiś czas, nie musi być codziennie. Takie ładowanie baterii gdzieś na szlaku, obecnie nizinnym i też jest pięknie. Piszę do Ciebie z równie epickiego miejsca co Szwajcaria - dlaczego? - bo jest ta dzikość wokoło. Nie ma w ogóle gór, ale płynie woda nieopodal, jest mnóstwo lasu, wczoraj słyszałam rykowisko, jest cudownie.

      Usuń
  9. wow, świat tak bardzo zaskakuje. To wszystko co opisałaś i pokazałaś jest przepiękne, z super historią. O Niemcu nie będę się wypowiadać eh.Za to teoria hydropłyt bardzo mnie zaciekawiła, interesują mnie takie rzeczy.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Teoria hydropłyt jest o tyle ciekawa, że odpowiada na o wiele więcej pytań niż popularne teorie, które w zasadzie... jak się w to zagłębić, są kompletnie niepotwierdzone i trochę nielogiczne...

      Usuń
  10. Zachwycające miejsce!!! Tak wizualnie, jak i pod kątem geologii. Powinniśmy tam jeździć na praktyki z tektoniki... 😍!!!
    Pozdrawiam serdecznie 😊!!!

    OdpowiedzUsuń
  11. Piękne zdjęcia oddające urok miejsca😀
    Pozdrawiam na udany cały nowy tydzień🧡🌺

    OdpowiedzUsuń
  12. Ciągle trwam w zachwycie oglądając Twoje zdjęcia. Zazdroszczę Ci że możesz to wszystko widzieć na własne oczy, ale też bardzo dziękuję, że nam pokazujesz te cuda. Góry, szczyty, doliny i niesamowite równiny. Pozdrawiam :)

    OdpowiedzUsuń
  13. Czasem to brakuje mi zwojów w mózgu, by pewne akty agresji uzmysłowić sobie w ogóle. O zrozumieniu sensu to już nie ma mowy nawet.

    Jakoś ostatnio lubię pojechać na rowerze w jakieś nowe miejsca. Jeszcze z tego co widzę sporo ich zostało. :)

    Pozdrawiam!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Niektórzy czerpią z tego przyjemność. Facet się uśmiechał, był z siebie dumny.

      Usuń
  14. Widoki niesamowite, ale faktycznie w pełnym słońcu i w upale wspinanie się jest nie małym wyzwaniem.
    I jakie urocze zwierzaki spotkaliście po drodze :)

    OdpowiedzUsuń
  15. Witaj!
    Wspaniała wyprawa, cudowne górskie krajobrazy, świetna narracja!
    Z uwagą obejrzałam i przeczytałam wszystko co pokazałaś i napisałaś. Kiedyś uwielbiałam takie wędrowanie po naszych Tatrach, choć nigdy nie wybrałam się na Zawrat.
    To jest tak piękne co pokazałaś i napisałaś, że trudno, muszę napisać dłuższy komentarz co mnie zachwyciło.
    Ta równina źródła rzecznego jest po prostu zachwycająca! Zobaczyć coś takiego na żywo- bezcenne!
    Trójkątna dziura w skale i legenda związana z pasterzem Martinem jest świetna!( szczelina św. Marcina) Uwielbiam takie historie! Ale bardziej jeszcze zainteresowało mnie zjawisko padającego na kościół światła przez szczelinę Św. Marcina w określone dni i godziny w roku. Coś takiego znam z naszego Tumu( Archikolegiata romańska pod Łęczycą) Tylko nieliczni wiedzą, że warto w słoneczny dzień wybrać się do kolegiaty w dzień patrona czyli Św. Aleksego.( 17 lipca) Podobno słońce oświetla w tym dniu kolegiatę we wnątrz w szczególny sposób. Myślę, że Benedyktyni będąc ludźmi, których wykształcenie w średniowieczu było gruntowne- znali się na rzeczy i wiedzieli co robią i jaki efekt mogą otrzymać.
    Zdjęcia świstaków w naturze- fantastyczne. Przekonałam się, że ludzi, takich jak ten Niemiec od czasu do czasu się spotyka. A ludzi bezmyślnych na górskich szlakach nie brakuje. My sami też byliśmy bezmyślni. Razem z wielką chmarą ludzi przycupnęliśmy pod skałami w pobliżu krzyża na Giewoncie w czasie potężnej burzy. Dostaliśmy wtedy wielką burę od wytrawnych przewodników- ojca i syna, u których mieszkaliśmy w Zakopanem.
    A wracając do Twojej opowieści. Cieszę się, że mogłam zobaczyć i przeczytać Twoją relację!
    Pozdrawiam serdecznie

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Polskie góry są mi kompletnie nieznane.
      Od bardzo dawna myślę sobie, że warto byłoby pojechać do Tumu. Ta kolegiata wygląda jak zamek. Jest tam także mały skansen, myślę że byłoby warto zrobić sobie tam wycieczkę. Zawsze tak jest, że to co ma się blisko, odwleka się i odwleka... ;)

      Usuń
  16. Oj moje serducho wali jak oszalałe.
    Podziwiam wszystkie te cuda natury, ale wolę podziwiać aktualnie na ekranie i czytać ciekawe opisy.
    Trochę po górach łazikowałam, jednak to, co Ty Aniu nam serwujesz na blogu, zapiera dech.
    Zdjęcia - mistrzostwo. Też uważam, że warto zastanowić się nad wydaniem albumu. Są niesamowite.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Niesamowite są te miejsca, ja tylko pstrykałam. ;) Ale faktycznie widokówki mają potencjał, może warto by puścić je w świat, niech robią swoje. Turystyka jest świetna, zwłaszcza taka bardziej dzika.

      Usuń

Pewnego dnia wymyśliłam sobie, że będę dzielić się pięknem świata, którego doświadczam podczas swoich wędrówek. Że będę pisać ku pokrzepieniu serc i być może zachęcać do podróżowania. W tym samym celu wydałam książkę, czyli dla Waszej przyjemności. Czasami piszę też o Bogu, który jest dla mnie najważniejszy i dzielę się chętnie swoim studium biblijnym.
Jednak nie robię tego dla poklasku, nie chcę samych duserów.
Dziękuję za każdego czytelnika, który podzieli się ze mną swą refleksją miast "odhaczonym" komplementem. Jestem wdzięczna za każde nasze wspólne rozważanie. Za komplementy dziękuję, ale nie na tym mi zależy. Proszę rozważ to nim pozostawisz po sobie te dwa/trzy słowa :) i tak zwyczajnie: porozmawiajmy.