Blaggter Fürggli (2141 m) – Seta – szlak pełen botanicznych doznań.

"Jeżeli jestem sam w lesie, nie może mnie spotkać żadna podłość..."


– Ryszard Kapuściński "Lapidaria"


lipiec, 2019
Cicha górska wioska Langwies w Gryzonii leży tuż przed słynnym kurortem Arosa, na tyłach doliny Schanfigg. Tam zostawiliśmy samochód i wyprawiliśmy się na prosty szlak dla ciała i dla ducha.
   Schanfigg to głęboko rzeźbiona dolina z licznymi słonecznymi tarasami, obłędnie kwietnymi łąkami, przestronnymi alpejskimi pastwiskami i rozległymi lasami. Już dla samej przyrody warto przejść ten szlak. Drewniane, leciwe domy dopełniają alpejskiego pejzażu.
   Sama miejscowość czyli nasz start, znajduje się na przyjemnych klimatycznie 1377 metrach n.p.m., co dało satysfakcjonujący wynik w temperaturach jakie panowały na całym naszym szlaku. Miejsce idealne do ucieczki przed zbytecznym gorącem lipca.


Pokonując ciekawą, krętą drogę dojazdową, jakby przypiętą do zbocza góry, mijaliśmy zabytkowe wehikuły, w których czas pod maską dawno się zatrzymał.
   Obserwowałam nietypowe formacje skalne na masywie po przeciwległej stronie doliny. Ich wygląd pobudzał fantazję. Dosłownie jakby ktoś przeniósł gigantyczną łopatą kawałek ziemi z obcej planety.
   Tymi miłymi akcentami rozpoczęliśmy wędrówkę do serca górskiej przyrody.


Ciekawa formacja skalna.

Skąd tu się wzięli ludzie? Od XIII wieku w okolicy mieszkało kilku Bündnerromanenów. Posługiwali się oni językiem retroromańskim. Zaś wiek później rozpoczęła się imigracja germańskojęzycznych Walserów.
   Ludność żyła z rolnictwa i hodowli zwierząt, później także z leśnictwa. Obecnie większość pracowników zarabia pieniądze bezpośrednio lub pośrednio na turystyce.


Do atrakcji Langwies należą przede wszystkim piramidy ziemne „Steinmannli” w Gründjitobel w pobliżu zachodniej granicy gminy. Gdybyśmy o nich wcześniej wiedzieli...
   Reformowany kościół wiejski, który oglądaliśmy tylko z zewnątrz, zwany Kościołem Mariackim, zbudowany został w stylu późnego gotyku. Pochodzi z XIV wieku. (Zrobiłam mu zdjęcie w drodze powrotnej).

/powiększ

Na pozycji startowej zatrzymaliśmy się pod głównymi drogowskazami przy dużej mapie. W obliczu niedziałającego GPSa, takie mapki przydrożne nagle zyskują na wartości.
   Szliśmy tym bezpośrednim na Blaggter Fürggli (przełęcz). Można było również kierować się na Seta (szczyt). Wybraliśmy celowo okrężną drogę.


Nie ma sensu dalej przedłużać wstępu, po prostu weszliśmy na szlak. Był lekki i przyjemny, naprawdę dawno tak nie wypoczęłam w górach. Przyjemność powyżej przeciętnej czerpaliśmy z marszu z rozmów, z nadwyżki dobrego humoru. Nadwyżki? To jest coś takiego?
   Wespół z nami wędrował nasz kolega, który po zeszłorocznych, naszych eskapadach załapał solidnego bakcyla i towarzyszy nam coraz częściej.


Na poprzedniej wyprawie mnie nie było z uwagi na osłabiające mnie upały. Rozsądek nakazał rezygnację, a mąż z kolegą wędrowali w najlepsze.
   Tym jednak razem lokalizacja była bardzo obiecująca, tak samo jak prognoza, która nie zapowiadała upałów. Białe kłębuszki płynęły niebem że aż miło, co jakiś czas dając delikatny cień.


Lasy pachniały jak marzenie. Ściółką, oraz miłą wilgocią, igłami i żywicą. Chętnie oddychałabym tym przez resztę życia.
   Widoki dookoła, można powiedzieć: klasyczne. Tu niczym Was nie zaskoczę, ale wystarczy zejść ze szlaku, posłuchać co w trawie piszczy, zobaczyć, a wówczas otworzy się przed nami małe wielkie królestwo. Łąki grały i śpiewały nadzwyczaj głośno.


Bliżej południa zatrzymaliśmy się na śniadanie. Wybrałam ławkę zanurzoną w wysokiej łące. Stała kilka metrów od szlaku, na słonecznym tarasie.
   Trawy i zioła po kolana, dookoła pracowały bzyczuszki i grały świerszcze. Już chyba idealniejszego miejsca na piknik wybrać się nie dało. I tu spotkałam pospolity okaz pajęczaka, ale jeden z najciekawszych moim zdaniem w Europie.


Kwietnik (Misumena vatia) czyli gatunek dość niezwykły – pajęczy kameleon. Chowa się w kwiatach i zmienia kolor swojej skóry zależnie od płatków na których siedzi. Jego komórki barwnikowe składają się z trzech kolorów: białego, żółtego i zielonego.
   Żerują podkradając się do ofiary, kiedy ta spija nektar. Po prostu rzuca się na zdobycz, nie wije sieci-pułapek.
   Dorastają do 10 mm długości ciała. Są bardzo sprawne i zwrotne, bowiem mogą poruszać się na boki jak krab lub biegać do tyłu.


Po zjedzeniu śniadania (i gdy kwietnik już sobie poszedł), wróciliśmy na szlak i powędrowaliśmy dalej w górę lekkim nachyleniem.
   Za każdym razem gdy wychodziliśmy z lasu, naszym oczom ukazywało się znów coś interesującego, jak np. Obłoki zakrywające sam szczyt sąsiedniej góry. Bardzo lubię takie widoki i nie umiem im się oprzeć.
   W dole zobaczyliśmy zabudowę prezentującą się jak na obrazku.



W oddali rozpoznaliśmy Weisshorn (2635,2 m) – szczyt, na którym byliśmy rok temu w tym samym składzie. To była przepiękna wędrówka, jedna z tych, które utrwaliły się w mojej pamięci trochę bardziej. Przywieźliśmy stamtąd naprawdę mnóstwo atrakcyjnych zdjęć.
   Na Weisshorn zaklinałam świstaka. A było ich całkiem sporo. Idealna góra także po to, aby uciec przed upałem.


Mimo imponującej zapewne wysokości, śniegu nie było wiele, choć z moich obserwacji wynika, że co roku zalega on coraz dłużej na tych partiach.
   Za najwyższy szczyt w Tatrach uznaje się Rysy (2499 m), więc myślę, że jest w tych Alpach co zdobywać, aby zachować w pamięci jeszcze wyższe szlaki. Tak dla siebie, nie dla przechwałek.


Ostatnia prosta czyli podejście na wierzchołek Seta. Wszystkim podoba się ta nazwa, każdy przyznał, że po pokonaniu sety, czuje się jak... po setce. Dlaczego?
   Jest to jedyny fragment na tym szlaku, który wypruwał życie z ciała. Nieporównywalnie do reszty trasy, tutaj trzeba było się wykazać na dość stromym podejściu. W drodze po wewnętrzne zadowolenie i endorfinową eksplozję, padłam na kolana, bo zobaczyłam to:


Całe połacie kobaltowych kielichów. To Goryczka Klusjusza. W Polsce występuje wyłącznie w Tatrach (chyba że któryś nie czytał encyklopedii).
   Rośnie na podłożu wapiennym (kalcyfit).



Już szczyt

Gdy już wdrapaliśmy się na szczyt, nastąpiła euforia, a następnie zaduma. Odpoczywał tu dziadek z wnukami, który przydreptał tu sobie z miejscowości na samym dole. Pastuszek doglądał też kołków składających się na jego płot. Z jednym z nich przyszedł tu nawet, niosąc go na ramieniu.

Tutejszy. Dziadek.


Sąsiadka - górka z bliska.
/powiększ
W takich miejscach najlepiej robić zdjęcia panoramiczne lub kręcić filmy. Nie da się w pełni oddać na jednym prostym zdjęciu tego, co widzi i czuje człowiek na szczycie.
   Choć nagranie szumi, wiatru nie było. Chmura dała nam cień, który przyczynił się do stworzenia przyjemnego klimatu. W oddali słychać brzęczenie dzwonków pasących się krów.



Krótki czas później zostaliśmy sami i można było pofolgować fotograficznemu zmysłowi. Szczyt nie ma zbyt wielkiej powierzchni, a ja nie lubię się przepychać. Tym bardziej, że dziecięca energia jest mocno nieprzewidywalna.
   Obraz mienił się odcieniami głębokiej zieleni kiedy chmury leniwie przepływały nad ziemią.


Wzorowa obojętność, ręce w kieszeniach, niewzruszenie.

Szalenie podobają mi się te zdjęcia panoramiczne. Głębia kolorów wyszła idealnie.
   A później nadszedł czas na leżakowanie. Leniuchowanie przed drugą połową wycieczki, która okazała się zaskakująco atrakcyjna. Szlak przeszedł zupełnie moje oczekiwania.
   Drogi na ten szczyt nie da się nazwać trudną. Jestem pewna, że każdy początkujący piechur byłby w stanie wejść na Setę bez mrugnięcia okiem.

/powiększ
/powiększ



etap drugi

Po opuszczeniu strefy szczytowej, szlak zamienił się w uroczą dróżkę pośród łąk i pastwisk. Mnogość różnych gatunków kwiatów cały czas zachęcała mnie do patrzenia pod nogi, celem oglądania kolorowych płatków.
   I właśnie wtedy przyszedł mi do głowy pomysł, aby nazwać tę opowieść "szlakiem botanicznych doznań". Kusiło mnie, by rozpisywać się o wszystkich napotkanych ziołach, ale... machnęłam na to ręką. To nie atlas.




Jakie odgłosy wydają krowy
w Szwajcarii?
Filmik instruktażowy:


Ale flora to nie jedyne zjawisko jakie napotkaliśmy na swojej drodze. Tutaj najprościej pokusić się o nagranie filmu z ostrożnością aby jakiś wielki nos nie obsmarował nam obiektywu.
   Szlaki w Szwajcarii bardzo często prowadzą środkiem pastwiska. Należy pamiętać, że otwierając zagrodę, koniecznie trzeba ją też zamknąć. Ponadto wypada się przyzwyczaić, że alpejskie bydło jest ciekawskie, musi człowieka powąchać, ale też może się zdarzyć, że przez obecność cieląt staje się ostrożne i zdystansowane. Należy więc obserwować sytuację na bieżąco i patrzeć do której krowy wyciąga się rękę.


Dolina górska otworzyła się przed nami łanami następnych łąk i pastwisk, a w eterze bzyczuszki, świerszcze i dzwonki.
   Rekordowa liczba żywej rozmaitości.






Niestety ma to swoje konsekwencje, bo ta rozmaitość potrafi ugryźć. Dostałam zastrzyk z jadu w dwóch miejscach co na pół godziny spowodowało, że zdrętwiała mi cała dłoń. Nawet nie widziałam co to było. Uczucie mało komfortowe, zwłaszcza gdy próbujesz utrzymać w ręku kijek.


Śliczna dupcia.
Szlak zakręcił przy rzece, która ukazywała nam swoje wdzięki już do samego końca. Dróżka dalej zamieniała się w skalistą i choć flory było nadal bardzo dużo, przeważały kruche skały. Sypkie z wyraźnymi segmentami tworzyły wysoką, prawie białą ścianę, zaś po drugiej stronie ścieżki, ziemia opadała stromo do wartkiego potoku.


Scenariusz zmienił się kilkanaście metrów dalej, gdzie struktury skał nabrzmiały wilgocią. Porośnięte przez rozmaitą roślinność, zaczęły pochylać się nad nami tworząc przyjazny, wilgotny ekosystem podobnie jak w wąwozach. Było orzeźwiająco chłodno, a przy tym obrazki jakby wycięte z Wietnamu.



Na zdjęciu powyżej widzimy ostatnie fragmenty białej skały. Dalej wszystko porosła mała dżungla, a rzeka w dole wraz z okazałym wodospadem – monumentalną ozdobą – nie pozwalała oderwać od siebie wzroku.
   Na filmie zobaczycie ławeczkę, na której później usiedliśmy, by móc napawać się tym miejscem chociaż przez chwilę dłużej.


Szkoda, że podobnych miejsc nie mamy bliżej siebie w odległości kilku kroków. Bajeczna idylla w sam raz nadająca się do ucieczki przed światem, do kontemplacji i dla przyjemnego uczucia rześkości.
   Ten raj był dla mnie prawdziwym zaskoczeniem. Na mapach nie zaznacza się przecież takich wodospadów. Nie są one znaczącą atrakcją turystyczną, dlatego spotkaliśmy tylko parę miejscowych. W porównaniu z popularnymi wielkimi wąwozami, zawsze zatłoczonymi, łatwo ten mały skrawek dzikości nazwać idealnym.



A na deser bardzo stary, zadaszony most. Wewnątrz trzeba było zaśpiewać piosenkę:



Gdy dotarliśmy już do mety, czyli naszego parkingu w Langwies, zrobiliśmy postój w tej rzece. Krystalicznie czysta woda. Nie jest to nic niezwykłego, ale niektórzy turyści daliby się pociąć za pływanie tutaj. Zanim jednak wejdzie się do wody, lepiej usiąść na spokojnie i przemyśleć czy na pewno to dobry wybór. To nie są termy...


Na parkingu ktoś zostawił piękny wehikuł.
   Wspomniałam na początku o zabytkowym kościele z XIV wieku, który teraz Wam pokażę.
   Dwa zdjęcia drogi w kierunku miasta Chur i opowieść właśnie tutaj dobiega końca.





kierunek, wąwozik i inne atrakcje (35),
miejsce w którym się pławiliśmy.
Piękna natura robi swoje. Zwykły szlak, a jakże spektakularny. Czas niestety nie chciał wcale zwolnić i wróciliśmy do domu, po to właśnie aby obmyślić plan jak opanować... a to nie ta bajka. Obmyślić plan nowej wędrówki.
   Póki co, zapowiadają następną falę upałów w Szwajcarii, więc znów nie wiem czy będę w stanie chodzić.

43 komentarze:

  1. Witaj aniu.
    O rany, ale widoki.
    Szkoda, że widzę je tylko wirtualnie.
    No cóż. Nie można mieć wszystkiego na raz.
    Pozdrawiam serdecznie.
    Michał

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Czas nie stoi w miejscu, a technika idzie do przodu. Może niedługo zmienisz zdanie i zaczniesz na nowo podróżować lecz w całkiem inny sposób.
      Taka fantastyczna myśl mnie naszła. ;)
      Pozdrawiam.

      Usuń
  2. O mało nie wlazłam w komputer na widok konika polnego, pajączka i kwiatów. Jedno zdjęcie, takie z góry robione, przypomina mi Szosę Transfogaraską w Rumunii. Nieziemsko pięknie tam jest.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Szosa Transfogaraska toż to przełęcz wysokogórska. Mnóstwo takich widoków wklejałam na blogu i z tego co pamiętam, nie bardzo Ci przypadały do gustu. ;P

      Usuń
    2. Mnie się te serpentyny z góry podobały i w czasie jazdy. Gdy jest zielono, okolica wygląda naprawdę cudnie, zwłaszcza w pobliżu wody, no i z góry. Czasem przez chmury.

      Usuń
    3. Myślę, że w grę wchodzi również perspektywa - między oglądaniem czegoś na własne oczy a na zdjęciach jest zasadnicza różnica w doznaniach. Te pierwsze są silniejsze. Jednak trzeba mieć do tego warunki - jeżeli ma się tylko czerwoną mgłę przed oczami, to z oglądania i przeżyć estetycznych nici.

      Usuń
    4. Tak, takie widoki są bajeczne. W tym roku też wybieram się na przełęcze, ale tym razem zmarzlina utrzymuje się wyjątkowo długo i jeszcze trzeba poczekać.
      Tak, to zasadnicza różnica. Różne zdjęcia często mnie inspirują do zaplanowania podróży w inne miejsce na ziemi, ale muszę wstrzymać się z tym na razie.

      Usuń
  3. Piękne widoki, a zdjęcia zachwycają. Marzy mi się taki wypoczynek wśród zieleni :)

    OdpowiedzUsuń
  4. Pocztowy autobus zachwycil mnie do imentu, te auta osobowe tez, ale mniej. Widoczki owszem, nienajgorsze, za to wodospady cudo. Kocham wode w kazdej postaci, wiec kazda jej postac cieszy.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. A mnie zastanowiło, skąd oni biorą takie samochody nie z tego świata.

      Usuń
    2. To hobby znudzonych Szwajcarów, którzy w motoryzacji doszukali się sensu istnienia. Ponieważ wszyscy tu mają pieniądze i przeważnie nie wiedzą co z życiem robić, bo nie muszą się martwić o jutro ani nawet marzyć. Wynajdują sobie takie zajęcia jak szukanie wraków starych samochodów, a potem jeżdżą po całym świecie za oryginalnymi częściami. Potem leżą pod tymi machinami i remontują aż do stanu idealnego.
      Te samochody mają lepszy stan techniczny niż większość powszechnie używanych.
      Miłośnicy old mobilów mają swoje kluby, imprezy i ogólnie wokół tego toczy się bogate życie towarzyskie.

      Usuń
    3. Podoba mi się takie hobby. Nie jest moim, ale mi się podoba.

      Usuń
    4. Mnie też. Nawet czasem na ich zlot uda mi się wpaść. :)

      Usuń
  5. Aniu droga
    Przeczytałam, nacieszyłam oczy- dziękuję:)

    OdpowiedzUsuń
  6. Bardzo urokliwa trasa i momentami mogliście poczuć się jako ci pastuszkowie na hali:-)
    Masz rację, żadne fotki nie oddadzą klimatu, zapachów itd. Trzeba by mieć teleobiektyw, także szerokokątny, lornetkę itp. ale kto to będzie dźwigał?
    Wczoraj obejrzeliśmy także porcję zdjęć ze Szwajcarii, bo brat z bratową wrócili z eskapady do syna, bardzo podobał mi się Rapperswil!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. https://ekstraktzycia.blogspot.com/2018/04/rapperswil.html :D

      Teleobiektyw to fajna sprawa, ale jest wielki i ciężki. Dlatego powiedziałam, że to jedyne marzenie, które nie chcę aby się spełniło. ;D

      Usuń
  7. Jak widać, kciuk do góry, czyli wolałaś, Aniu, moczyć nogi w lodowatej rzece niż w termach. Ja mam termy 5 min piechotką od mojego domu, ale ta parówa mi zupełnie nie odpowiada. Duszę się w niej. Jednak na lodówę teeż nie reflektuję :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Taka woda jest całkiem pożyteczna po górskiej wędrówce albo po prostu w upalny dzień. Kiedy temperatura bije rekordy, to nawet chwilowe zanurzenie rąk do łokci przynosi wspaniałą ulgę. Dobrze mieć taką rzekę pod ręką. ;)

      Usuń
  8. Tym bardziej po zastrzyku z jadem. Wtedy ulga zapewniona przez zamrożenie bólu.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Po wyjściu z rzeki ugryzła mnie wielka mucha i mam po niej ślad aż do teraz. Czyli minął tydzień i jeszcze jest. Masakra z tymi owadami.

      Usuń
  9. Aniu, taka wycieczka, widoki to uczta do prawie wszystkich zmysłów. Cudowne zdjęcia.
    My dziadki, już tylko możemy pomarzyć... I pooglądać zdjęcia.
    Pozdrawiam Cię bardzo serdecznie.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziwne rzeczy mówisz. Ja samych siwych ludzi spotykam na szlakach.

      Usuń
    2. No tak Aniu, tylko jeśli byli zdrowi, to oki...
      Z moją wadą serca, która ostatnio pogłębiła się o o 80% nie ma szans na górskie wspinaczki i jeszcze po przebytym zawale...(stresy zrobiły swoje). A mąż też sercowy, tylko inaczej. Właśnie jest na baniach w szpitalu przed zabiegiem ablacji. Oprócz tego mąż miał poważną kontuzję nogi ( wypadek - spadł z rusztowania) i też niekoniecznie daję radę, by długo chodzić i jeszcze pod górę...
      A kiedyś zdobywałam róże szlaki... To przeszłość... I wspomnienia.

      Usuń
    3. Ważne, że te wspomnienia możesz w sobie pielęgnować. To co odeszło, powinno przywoływać uśmiech. Teraźniejszość już wystarczająco nam doskwiera, aby psuć sobie przyszłość tęsknotą. A potem to zobaczymy.

      Usuń
    4. Miało być: jest na badaniach :)

      Usuń
  10. Ależ mi się podobają takie stare auta! Chciałabym kiedyś przejechać się takim antykiem :)

    Wspaniała trasa, bardzo zazdroszczę. Może uda mi się kiedyś wrócić w Alpy.
    Urzekły mnie widoki, wodospad jest przepiękny!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ty musisz wrócić na przełęcze tylko że latem. :P

      Usuń
  11. Hej. Piękne te szlaki tam i jest co chodzić i wchodzić. Zdjęcia miło rozpieszczają oczy. Tyle wspaniałych gór na świecie a ja wierna tym - Beskidy. Doceniam inne, ale kocham te. Pozdrawiam :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Moja przygoda z górami rozpoczęła się w Alpach i chyba w nich się zakończy. ;D Choć chciałabym wreszcie poznać te nasze góry, bo aż wstyd nie znać swego. ;)
      Pozdrawiam ciepło.

      Usuń
  12. Jejkju te samochody takie piękne! Uwielbiam takie źródełko i zawsze mam ochotę do nich wskoczyć dopóki nie okaże się że są lodowate :D

    OdpowiedzUsuń
  13. Swietne zdjecia i cudowna podrórz

    OdpowiedzUsuń
  14. Piękne zdjęcia! Kocham góry, nie wyobrażam sobie lepszego miejsca na odpoczynek. We wrześniu wybieram się w tatry i już nie mogę się doczekać <3

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Zapowiada się jesienią interesująca relacja. :)

      Usuń
  15. ależ tam jest pięknie. Bardzo lubię być blisko natury, więc wyjazd w to miejsce by mi odpowiadał :)

    OdpowiedzUsuń
  16. Niesamowite widoki i wyprawa, cudownie spędzać czas na łonie natury i odkrywać takie klimatyczne miejsca. Pięknie, mozna się zrelaksować,bardzo podobają mi się zdjęcia, szczególnie te jak leżycie, idealnie pasują do niezwykłego krajobrazu :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Czekam na dalszą część opowieści z Twoich wojaży rowerowych. Takie pozornie zwykłe wycieczki odkrywają niekiedy więcej niż pasjonujące podróże dalekosiężne. I wtedy zawsze będę narzekać, że pokazujesz nam tak mało zdjęć. ;)

      Usuń
  17. Aniu dziękujemy za wyprawę w góry. Jedynie co, to brrr - mówię na pająki. Mimo iż to urokliwe stworzenia i robią śliczne pajęczyny - którymi się zachwycamy.
    Tak bardzo bym już chciała wyjść poza moje domowe mury. Pojechać gdziekolwiek i napawać się radością, przyrodą i pięknymi budowlami.
    Serdeczności.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ten zielony pająk akurat nie rozwiesza sieci, a kolor ma nader sympatyczny. ;)
      A więc czas ruszać w drogę. ;)

      Usuń
    2. Na razie L4 mnie trzyma. Więc jeszcze muszę zrobić zdrowotny porządek i ruszamy na Bawarię Niemiecką na zamki i nie tylko (byleby tylko zdrówko dopisało).

      Usuń
    3. To jest przepiękny plan i wspaniała motywacja do szybkiego powrotu do zdrowia.
      Nie zapomnijcie o Neuschwanstein! :)

      Usuń

Pewnego dnia wymyśliłam sobie, że będę dzielić się pięknem świata, którego doświadczam podczas swoich wędrówek. Że będę pisać ku pokrzepieniu serc i być może zachęcać do podróżowania. W tym samym celu wydałam książkę, czyli dla Waszej przyjemności. Czasami piszę też o Bogu, który jest dla mnie najważniejszy i dzielę się chętnie swoim studium biblijnym.
Jednak nie robię tego dla poklasku, nie chcę samych duserów.
Dziękuję za każdego czytelnika, który podzieli się ze mną swą refleksją miast "odhaczonym" komplementem. Jestem wdzięczna za każde nasze wspólne rozważanie. Za komplementy dziękuję, ale nie na tym mi zależy. Proszę rozważ to nim pozostawisz po sobie te dwa/trzy słowa :) i tak zwyczajnie: porozmawiajmy.