Polskie wspomnienia – Campoverde – western w Polsce.

Chcę przygody. Dajcie mi więc konia,
a resztą zajmę się sama.


rok 2011
Czy wiecie, że w Polsce można się uczyć w profesjonalnej szkole jazdy w stylu western, a potem startować w międzynarodowych zawodach jeździeckich? Szkół jest kilka, a dziś opowiem Wam o łódzkiej, znajdującej się na jej obrzeżach, gdzie kilka lat temu miałam okazję obejrzeć mistrzowski występ zawodowców.
   Jeżdżę konno od wielu lat w klasycznym stylu. Metoda rodem z dzikiego zachodu interesowała mnie od bardzo dawna lecz szkółka jest wysoko poza moim zasięgiem budżetowym. Pasja sprawiła, że teorię mam w małym palcu.
   Dlaczego western? Przyczyny są oczywiste. Chód konia w westernie jest najbardziej zbliżony do naturalnego. W klasycznej wierzchowiec musi być spięty, głowa wysoko, pełna arystokracja. Natomiast w westernie ciało ma wyciągnięte, głowa luźno, nie ma niewygody. W końcu styl ten powstał w celu wysiedzenia wielu długich godzin w siodle. Żaden cowboy nie wytrzymałby w swojej pracy jeżdżąc w klasycznym siodle.

źródło zdjęcia




Jazda w westernie:

➧ Nogi wyprostowane, strzemiona nie dotykają ciała konia.
➧ Pozycja swobodna.
➧ Wodze długie i luźne. Można je sobie trzymać w dwóch palcach albo zawiązać na siodle. Koń morze leźć z nosem przy ziemi.
➧ Nie anglezuje się. Kłus nie męczy ani konia ani jeźdźca. W siodle westernowym siedzi się luźno i wygodnie.
➧ Mega wygodne siodło, wysoki tylny łęk i przedni z tzw. rożkiem. Jeździ się wyłącznie w pełnym siadzie.
➧ Jeździec i koń są rozluźnieni. Jest to funkcjonalny i zrównoważony dosiad.
➧ Chody: stęp, kłus, galop, jog (swobodny kłus) i lope (wolny galop).


źródło

Jazda klasyczna:

➧ Nogi zgięte, łydka ciasno przy ciele konia, stopy również.
➧ Plecy wyprostowane prostopadle do konia.
➧ Wodze krótkie, napięte w tzw. "kontakcie", głowa konia dość wysoko.
➧ Kłus anglezowany.
➧ Płaskie siodło. Można jeździć w półprzysiadzie itd.
➧ Jeździec i koń są spięci.
➧ Chody: stęp, kłus i galop.


Pensjonat dla koni Campoverde, usytuowany jest blisko krajobrazowego parku wzniesień łódzkich, co stwarza dodatkowe możliwości na wyjazdy w teren. Posiada największą krytą arenę w mieście. (30m x 70m). W ofercie jest nie tylko nauka, ale i pokazy profesjonalistów.
   Konie wypoczywają na rozległych, trawiastych i piaszczystych padokach.
Wszystkie szczegóły i adres znajdziecie na ich stronie internetowej.


Oglądanie zawodów na żywo było dla mnie atrakcją doładowaną emocjami. Rockowa muzyka w tle, trybuny pełne miłośników jeździectwa i profesjonaliści na arenie. Miło wspominam, choć tak dawno to było...
   Te wszystkie sztuki chciałam Wam pokazać na moich krótkich nagraniach, ale niestety YT zrobił mi psikusa i żadne z nich nie działa. Nie mogę też zapisać ich na moim kanale ponownie, więc dodaję poniżej jeden filmik znaleziony gdzieś w sieci.
   Nagranie nie ma wiele wspólnego z codziennością cowboya, ale warto posiadać takie umiejętności, gdyż w tej pracy zwrotność jest najważniejsza. (Dla jazdy rekreacyjnej nie są niezbędne).
   Konie są specjalnie szkolone, nie da się pojechać tym stylem na wierzchowcu, który dotychczas jeździł klasycznie.
   W tym stylu wychodzi nieposłuszeństwo i rubaszność zwierzęcia. Niegrzeczny i źle wytresowany, nie pojedzie w westernie. To jest zupełnie inna forma współpracy z koniem. Podobnie jak w jeździe naturalnej, liczy się dotarcie do psychiki wierzchowca i duże zaufanie.


Wydawałoby się, że to nie lada rygor i że koń cierpi... Ruch dla konia to rzecz naturalna, a to wszystko to nie jest przecież akrobatyka cyrkowa. Cierpieć to może co najwyżej jeździec jeżeli nie utrzyma się w siodle.
   Pamiętamy z filmów zakrwawione boki koni i ostrogi przy butach cowboyów. W rzeczywistości możecie o tym zapomnieć. Normalną rzeczą jest, że miłośnicy jeździectwa nie znęcają się nad zwierzętami.

Istnieją specjalne rasy koni ćwiczone do tego sportu. Są muskularne, nie tak wielkie i niezwykle zwrotne. Rącze i chętne do szaleństw. Szaleństw rodem z dzikiego zachodu.


Powiązane artykuły:

Moje mazurskie konie.
Jazda klasyczna w moim wykonaniu.
Jazda na mazurskiej wyspie.

27 komentarzy:

  1. nie jeżdżę konno, ale jakoś bardziej pasuje mi to kowbojskie podejście. bardziej naturalne i niewymuszone. cyrkowe sztuczki i popisy na arenach, to powinien być margines. wakacje na przełaj, to powinno się promować. jazda bezdrożem, spanie pod drzewem, wspólnota między zwierzęciem, a człowiekiem.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. I to się promuje, ale jeszcze nigdy nie miałam okazji spróbować. Akurat w westernie jest to bardzo droga zabawa niestety, bo sport choć całkiem na topie, niestety nadal jest rzadkością w Polsce. Mogę się bardzo mylić, może to wina po prostu bardzo prestiżowej stajni u nas w Łodzi.
      W teren wyjeżdżałam rzadko i nie na kilka dni. A uczucie i tak było rewelacyjne, to wolność do sześcianu, przejechać las, wyjść na otwarte, dzikie uroczyska, łąki, czy wybrzeża jezior... to jest uczucie nie do opisania, to bajka. Koczownictwo w stylu w jakim zawsze mi się marzyło.

      Usuń
  2. Witaj Aniu.
    Królestwo za konia...
    Lubię Amazonki.
    Kiedyś jeździłem konno w Bieszczadach.
    Pozdrawiam serdecznie.
    Michał

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Jeszcze mi powiedz, że na koniach Huculskich (bo tam ich ponoć sporo hodują). To moja ulubiona rasa w teren!

      Usuń
    2. Aniu.
      Konie huculskie wisziałem, ale na nich nie jężdzłem. Dla nas były takie i do wozu i pod siodło.
      Takie były czasy.
      Pozdrawiam.
      Michał.
      PS. Cieszę się, że książki niedługo będą.

      Usuń
    3. Jeździłam na koniu od wozu, był to koń śląski, masywny i bardzo silny, ale już staruszek. Okazało się, że pod siodłem odmłodniał, był skory nawet do skakania przez niewysokie przeszkody i robił to ochoczo, było widać, że ma zabawę. Co najciekawsze – był to najszybszy koń w stajni.

      Usuń
  3. Profesjonalnych zawodów nie oglądałam, ale widziałam popisy kowbojów w tzw. miasteczkach westernowych, dokąd jeżdżą szkolne wycieczki. Widowisko imponujące, nie ma to jak przystojny kowboj na koniu, wykonujący różne sztuczki, choć i sama jazda nieźle wygląda.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Na żywo jest to bardzo ciekawe. W telewizji nie oglądam ani nawet nie interesuję się wynikami. Chodzi bardziej o to, by wspólnie z innymi pasjonatami dzielić miło ten czas i nasiąknąć tym klimatem. Żyjemy w niezwykłych czasach, że tak samo startować i rywalizować z panami, mogą także piękne kowbojki. ;)

      Usuń
  4. Rozumiem Twoją pasję.
    Konie... Kiedy siedziałam w siodle jadąc po łąkach czułam się zawsze wolna i to chyba jedyny rodzaj tej emocji o smaku tak intensywnym. Więź jaka powstaje wtedy jest czymś niepowtarzalnym. Też nauczona jestem jazdy klasycznej - ale nie spotkałam się z nauką tej westernowej, bo jak słusznie napisałaś to zdecydowanie za droga sprawa. Aby nauczyć się jady konnej pracowałam w stadninie - w zamian mogłam jeździć. Uwielbiałam tak spędzać całe wakacje.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Podobno dosiadać konia, to jak dosiadać wiatr. Na łąkach czy w lasach to jest wyjątkowe uczucie. Dla mnie nie ma nic lepszego, to synonim wolności.
      Toż to nawet nie praca, to sama przyjemność. ;) Ciężka, ale warta świeczki.

      Usuń
  5. Bardzo ciekawie i zrozumiale wyjaśniłaś różnice pomiędzy jazdą klasyczną i westernową. Nie jeżdżę konno i trochę zazdroszczę tym, którzy to potrafią.
    A tak zinnej beczki. Dawno mnie u Ciebie nie było i wygląda na to, że przegapiłam coś ważnego: wydałaś książkę! Ogromne gratulacje!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. A po co zazdrościsz? W Japonii też są konie. ;)
      Dzięki. :)

      Usuń
  6. Cóż, mam litość dla zwierząt, więc rozumiem konia, który mnie zrzucił z grzbietu, a na wielbłąda w ogóle nigdy nie dałam się wsadzić.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Za najdziwniejszy sport ujeżdżeniowy uważam jazdę na strusiu. Nie mam pojęcia jak to działa, ale dałabym się namówić. O ile przedtem nie umarłabym ze śmiechu, wyobrażając sobie siebie w takiej akcji.

      Usuń
    2. Nie wydaje mi się to śmieszne :(

      Usuń
    3. Frau Be, a ja jechałam na wielbłądzie lata temu jak byłam w Tunezji na wycieczce :) Pamiętam jak wygniotłam pewnego Chińczyka, bo ten wielbłąd miał jeden garb i we dwójkę na nim siedzieliśmy, a że ja ciągle się trochę osuwałam, to bojąc się, że spadnę trzymałam się mojego współpasażera :) Mąż jechał na innym wielbłądzie z synem i był zazdrosny, że tak obściskuję tego cudzoziemca :))

      Usuń
    4. Gabuniu, wiele razy miałam okazję dosiąść wielbłąda (w Izraelu, Autonomii Palestyńskiej, Maroku, Tunezji), ale nigdy z niej nie skorzystałam. Nie mam sumienia obciążać biednego zwierzęcia.

      Usuń
  7. Zadziwiasz mnie, różnorakimi zainteresowaniami i umiejętnościami. Nie wiem czy lubiłabym jazdę konną, ale zawsze z przyjemnością oglądam. Pozdrawiam w 2019 roku.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Aż tak dużo tego nie jest, kiedyś w kwestii koni byłam aż monotematyczna, bo to hobby zajmowało największą część mojego życia. Teraz to głównie tylko wspominam.

      Usuń
  8. Konie to piękne zwierzęta, patrząc na nie widzę siłę, wolność, niezależność. Dawno temu miałam okazję siedzieć na koniu, bardzo mi się to podobało, chciałam nauczyć się jeździć, ale niestety byłam zbyt słaba by poradzić sobie z opanowaniem techniki. Kiedyś pisałam o tym na swoim blogu, jak masz ochotę zerknąć, to podaję linka https://gabunia76.wordpress.com/2015/04/16/niedoszla-amazonka/
    Nie wiedziałam, że w Polsce są kursy jazdy westernowej, a ta nazwa kojarzy mi się od razu z Rodeo i podskakującymi kowbojami :)
    Dziadek mój miał konia i jako dzieciak czasem na nim siedziałam, a nawet jechałam na oklep ;) Mój syn dość szybko się nauczył jazdy konnej, ale teraz brak czasu i dodatkowych funduszy go przystopował, a szkoda, bo bardzo mu kibicowałam :) Jednak mam nadzieję, że powróci jeszcze do tego zajęcia, muszę go mobilizować.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Właśnie czytam Twój artykuł. Zdziwiło mnie, że musiałaś mieć własne akcesoria. We wszystkich stajniach do jakich chodziłam na jazdy, kopystka i inne były na miejscu. Kask i palcat dostawało się, ale rękawiczki i strój trzeba było mieć własne, jednak te nie były obowiązkowe. Na początku jeździłam w starych dżinsach, ale szybko zrozumiałam, że wewnętrzny szef spodni potrafi dać w kość. Zwykłe skarpety i trampki też się nie sprawdziły. Po pierwszej jeździe miałam zdartą skórę na wewnętrznej stronie łydek, od puśliska. Zaczęłam więc jeździć w zwykłych getrach, sportowych butach ze sztywniejszą nieco podeszwą, oraz w długich skarpetach pod kolano. Kupiłam sobie tylko rękawice, ale po regularnych jazdach, skóra na palcach szybko mi się wzmocniła i nie były mi już potrzebne. Teraz gdy jeżdżę bardzo sporadycznie, muszę je niestety zakładać, bo skóra odwykła i zawsze mam poprzecierane palce serdeczne od wodzy.
      Minęło sporo czasu zanim skompletowałam sobie pełny strój. Przede wszystkim buty i sztylpy, to jednak bardzo ułatwia i bezpieczniej jest.

      Pisałaś o ryzyku upadku z konia. Moim zdaniem ryzyko jest takie samo jak przy przechodzeniu przez ulicę albo podczas jazdy rowerem przez miasto. Na rowerze leżałam pod samochodem 2 razy i zawsze byłam mocno odrapana. Z konia spadłam częściej i poważniejszą kontuzję miałam tylko raz, bo po prostu obiłam sobie plecy. Ale nie wierzmy statystykom. ;)

      Moja instruktorka (najlepsza na świecie) powiedziała mi, że nie puści jeźdźca z lonży, póki nie zobaczy, że przestał się bać, wahać, czuć niepewnie itd. Jest w ten sposób po prostu bezpieczniej.

      Kiedyś po tym jak już potrafiłam sobie naszykować każdego konia do jazdy, zagięło mnie kiedy dostałam do ręki ogłowie z wytokiem. Ni hu hu nie wiedziałam jak to montować na koniu. (Tam Ci ten filmik o "ubieraniu" konia nie działa.)

      Też raz miałam takiego Czorta do wyszykowania. Była to klacz, piękna, biała, zimnokrwista, zasługująca na swe imię: Hera. Była złośliwa, ktoś ją kiedyś źle traktował. Żeby ją wyczyścić i ubrać, trzeba było dwóch osób – jedna do eskortowania. Za to w jeździe to była po prostu gwiazda. Posłuszna i bezproblemowa. Dawali ją tylko bardziej doświadczonym jeźdźcom albo na lonżę gdzie też nie sprawiała problemu.

      Są dwie wersje reakcji na konia, który się spłoszył i poniósł. Albo go zatrzymujesz – tu troszkę potrzeba jednak siły, bo musisz wprawić konia w dyskomfort. Ściskasz łydkami, by ten szaleńczy galop po prostu stał się dla niego niewygodny. Bólu mu nie sprawisz w ten sposób, bo koń jest na to za duży i za mocny. Ściągasz wodze maksymalnie, ale tutaj też należy pamiętać, że nie jesteś i nie będziesz nigdy silniejsza od konia. Pamiętam jednak jak instruktorka dosiadła narowistego konia i zrobiła tak na tyle mocno i skutecznie, że aż przysiadł na zadzie, ale zatrzymał się.
      Druga opcja to go zmęczyć (jeśli nie poniósł z powodu spłoszenia się). Czasami koń miewa ułańską fantazję, a niestety szkolne konie są często swawolne. Parę razy miałam taki "problem" i broń Boże wtedy z takim w teren. Zostajesz na ujeżdżali i galopujesz w kółko, aż będzie miał dosyć, ale... galopujesz dalej. ;) Potem ma Cię dość i kocha jednocześnie. :D
      Takie poniesienie zdarzyło mi się setki razy. Należy pamiętać, że to jednak zwierzę, a nie maszyna. Może się przestraszyć, może mieć zły dzień (o tak tak – zupełnie jak my sami), może też zwyczajnie nie mieć ochoty. Albo ma za dużo energii i wtedy cudakuje. Jeśli masz własnego konia (lub dzierżawisz od stajni), szybko uczysz się kiedy lepiej dać mu spokój, ale konie w szkółkach mają o wiele trudniejszy chleb, dlatego nie za bardzo lubię takich dużych klubów jeździeckich. Najlepiej jak dotąd jeździ mi się w agroturystyce, gdzie właścicielka zna swoje konie jak własną kieszeń i nie ma pięciu instruktorów, z których każdy ma inne metody nauki.

      No i w końcu jak poszło z tą hippiką? Wspomniałaś, że chciałaś chodzić na zajęcia dla niepełnosprawnych.

      Usuń
    2. Wow, masz niesamowitą wiedzę, ja to byłam z tym wszystkim w powijakach. Niestety nie byłam w stanie kontynuować dalej jazdy ponieważ moja choroba znów dała o sobie znać i nic by z tego nie było. Przybory do czyszczenia konia wszystkie trzeba było mieć przy sobie, nie wiem, czy to była kwestia szkółki, czy postępującego czasu, bo ja miałam tą swoją przygodę z końmi 25 lat temu :)
      Na hipo nie poszłam, bo w naszej okolicy nie było, a gdzieś dalej byłoby mi ciężko dojeżdżać i w dodatku nie są to tanie zajęcia, ale myślę o nich i może się skuszę i znów zacznę szukać ;)

      Usuń
  9. nie wiedziałam, ze są szkółki uczące stylu westernowego. a on wydaje mi się dużo wygodniejszy dla człowieka i dla konia. (zresztą tak jak napisałaś).
    tego stylu powinni uczyć wszędzie :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Też jestem tego zdania. Albo naturalnej szkoły jazdy, czyli kantar i bez siodła. Zwierzęciu jest jeszcze wygodniej.

      Usuń
  10. Mój epizod z jazdą konną trwał niestety tylko dwa tygodnie, kiedyś obóz jeździecki na Mazurach. Miałam 18 lat i raz czy dwa spadłam z konia, po czym nie bardzo miałam chęć ponownie na niego wsiadać. Ale polubiłam wtedy te zwierzęta, i bez problemu nauczyłam się im czyścić kopyta. Mogłam to robić i po upadku, na tyle strach mnie nie opanował. Po upadku mam też małą bliznę na wierzchniej stronie prawej dłoni. Koń mógł mnie leżącą na ziemi zdeptać, a wyczuwając pewnie moją rękę jedynie musnął kopytem i powstało to pamiętne zadrapanie. Tak. Konie są bardzo mądre. Ale nie miałam pojęcia o tych różnych stylach jazdy, i bardzo się cieszę, że konie mogą jeździć w sposób westernowy, bo to się wydaje bliskie naturze. :) Jak zwykle bardzo ciekawy wpis, masz wiele pasji, a na tej znasz się dobrze, więc tym chętniej czytam o tym u Ciebie. :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Podobno koń raczej nie przejedzie po człowieku... podobno... :D
      Nie wiem ile razy ja spadłam :P

      Usuń
  11. Jeździectwo to piękna pasja. Zawsze podziwiałam osoby jeżdżące konno. Niestety sama nie mam a tyle odwagi :). Ciekawy post :)!!!

    OdpowiedzUsuń