Legendarne ruiny Obertagstein. – By tam dotrzeć, należy wyjść ze strefy komfortu.

"Tu, na wysokościach,
wszystko wbrew pozorom jest uporządkowane
i zaczyna się prawdziwe życie."


– Marek Owczarz

Nasz cel spoczywał cicho, otulony w szmaragdowy aksamit lasów. Wybraliśmy okrężną drogę, aby inną i znacznie krótszą, móc spokojnie zejść w dolinę, odpoczywając i zasilając ciało wodą źródlaną (bo butelkowa w gorące dni ma zwyczaj się kończyć) i napawając się zapachem ziół.
   Mogłabym nadmienić w tytule, że to podróż/poradnik jak przetrwać upał w Szwajcarii, a robi się to tak: rankiem, póki nasza planeta w tym miejscu nie zamieni się w patelnię, a my w jajka sadzone,  na spokojnie przechodzimy odkryty odcinek słoneczny, co kawałek mocząc całe ręce w zimnych studzienkach. Tych na szwajcarskich szlakach nie brakuje. I co ważne – naprawdę nie ma co gnać pod słońcem, nikt nie chodzi po górach na czas.
   Wysmarowana najmocniejszym filtrem UV jaki znalazłam w sklepie, mogłam słońcu pokazać środkowy palec, a nawet dwa. Nie śmiejcie się ze mnie teraz. Mam po prostu takie życiowe doświadczenia z tą ognistą kulką, że niekiedy moje zachowanie zakrawa o paranoję (niestety konieczną).
   Z radością pragnę przedstawić Wam nowego członka wędrownej załogi. Człowiek to pogodny, o niewybrednym poczuciu humoru z domieszką sarkazmu.

   Ruszaliśmy z miejscowości Thusis.

Pierwsze zdjęcie już na wyższych partiach.

Na przegranej pozycji.

Lepiej bez celu iść naprzód niż bez celu stać w miejscu,
a z pewnością o niebo lepiej, niż bez celu się cofać.

– Emiel Regis Terzief–Rohellec Godefroy


Start w nieznane zrosił deszczem łez alabastrowe policzki, napięte przejęciem, nieco zmęczone już czasem. W gładkich jeziorach karmazynowych oczu, drzemała radość wznosząca się wraz ze słońcem o czwartej godzinie nowego dnia. Nad tą łagodną twarzą, piętrzyły się niesforne loki, pośród których tańcowały pierwsze promienie jutrzenki. W nich skrywały się czarcie atuty, łagodnie wykręcone do tyłu, niczym najpiękniejsza ozdoba. Czy znajdzie się ktoś kto zechce tę kobietę wziąć za rękę?
   Wkrótce miała odmienić swe życie. Trudno więc dziwić się powadze zachowanej na jej słodkim licu. Serce łomotało z podniety i niedoczekania.
   Start w nieznane to jakby droga ku nicości. Nie sposób niczego przewidzieć, trudno zawrócić. Przeszłość pukała do niej już nie jeden raz. Nie reagowała. Nie chciała nawet spojrzeć przez wizjer, bojąc się, że jej otworzy. Ona przecież musi iść dalej. Zawsze do przodu, zawsze z mottem na ustach, że cofać się jej nie przystoi. Zawsze z czołem podniesionym ku problemom, zawsze z hartem ducha, zawsze wojownicza.

Źródło zdjęcia.

Ober Bogmen (1383 m) – przegnani przez burzę.

Grzesznik leży, pokutnik dźwiga się na nogi,
A święty stoi prosto, gotowy do drogi.
– Adam Mickiewicz


Świat pełen jest cudownych miejsc, niezależnie od granic jakie postawił swym narodom człowiek. W moim świecie idealnym, granic nie ma. Jest jedna planeta i Jeden Bóg. Żadnych wojen o wyższość religijną, żadnych zwad głów narodów. Każdy żyje tam, gdzie mu najwygodniej i każdy wreszcie rozumie, że nie ma ras – jest jeden człowiek. (Zdaję sobie sprawę że to Utopia.)
   Swymi opowieściami znów kieruję Was na ziemię Helvecką, choć to nie powinno mieć znaczenia. Znów zaczynam podawać obco brzmiące nazwy, choć to nie powinno mieć znaczenia. Znów zobaczycie teren odległy o tysiąc kilometrów od Was, choć każdy człowiek jest mobilny i nie ma to znaczenia. Zdaję sobie sprawę że wiara w to, czyni człowieka wolnym.
   Jakże to zajeżdża Anarchią... Wędrówkę rozpoczynamy od miejscowości Kaltbrunn.


Ujazd – idylliczne przedzamcze.

"Nie myśl o tym, czego nie możesz zmienić. Odpoczywaj, kiedy możesz,
abyś była gotowa na nadchodzące bitwy."

– Richelle Mead "Ostatnie poświęcenie"


Wizyty w ojczyźnie dla imigranta to czasami trudny orzech do zgryzienia. Choćby się upierać, zarzekać i warczeć, nic nie dadzą sensowne argumenty, zazwyczaj taki przyjazd to same obowiązki z odwiedzaniem konsyliarzy specjalizacji różnorakich na czele.
   Ilekroć planuję taki wyjazd, obiecuję sobie, że plan swój prywatny również wypełnię, jednak od czterech lat nie udało się ani razu. Niniejszym nastał moment, że przez dni dwa robiłam to co uważałam za słuszne i byłam tam, gdzie uważałam to za przyjemne – dla samej siebie. Najważniejsi w tym wszystkim są ludzie. Ja jestem ważna przez resztę dni w roku. Niemniej jednak samodzielnie i oficjalnie uciekłam z miasta.


Na działce

W pierwszych chwilach do wykonania było zadanie, w którym miałam się okazać współsprawcą ubarwienia działki. Wraz z mateczką chrzestną wybrałyśmy się do okolicznego mini-targowiska roślin ogrodowych, gdzie skomponowałyśmy plejadę barw i zapachów.
   Znalazłam też roślinę, którą kiedyś miałam w swojej balkonowej kompozycji, a wyglądała ona tak:

Surfinia "Czarna mamba".

Besiekiery, Koło, Borysławice Zamkowe – w ceglanych murach.

"W życiu nic się nie powtarza i trzeba korzystać z tego,
co jest nam dane, i to z całą mocą."


– Radosław Lewandowski
"Wikingowie. Wilcze dziedzictwo".


O Województwie łódzkim bardzo mało się mówi. Nikt raczej nie pomyślałby o wakacjach pod Łodzią, dlatego przypuszczam, że niektóre moje wędrówki mogą być nowinką.
   Łódź jest moim rodzinnym miastem, a dookoła niej stoją same perły średniowiecza. Ją samą można nazwać taką czarną perłą turystyki, o której mówi się zarówno dobrze, jak i źle.

Zacznijmy od tego, że ze względu na moje pochodzenie, istnieje bardzo duże prawdopodobieństwo, iż jakaś moja pra - ... - pra babka, poszła sobie na figo-fago z wikingiem.
   Niedaleko Łodzi (Lutomiersk) znajduje się wielkie cmentarzysko oddziałów normańskich-wikingów. 133 groby, a w nich topory, groty i miecze zdobione na modłę skandynawską. W Besiekierach mięli nawet swoją osadę. Może stąd właśnie w moich żyłach krew podróżnika i zimnoluba? W tym miejscu muszę nadmienić, że wikingowie-blondaski to mit.

"Jak na przełom pierwszego i drugiego millennium ludy północy były faktycznie stosunkowo rosłe. Średnią wzrostu antropolodzy szacują na około 171 cm u mężczyzn i 158 cm u kobiet. W kwestii uczesania królowały ponoć wypielęgnowane brody – krótsze bądź dłuższe – i równie zadbane fryzury. Potwierdzają to zarówno badania archeologiczne (m.in. z Oseberg) jak i źródła pisane (np. staroangielskie). Odnośnie koloru włosów to przyznać trzeba, że o ile dawni mieszkańcy obecnej Szwecji w przeważającej części byli rzeczywiście blondynami, o tyle wikingowie pochodzący z Norwegii czy Danii mieli zwykle włosy czarne bądź rude. Jeśli doda się do tego fakt, że z wypraw w różne części Europy z wikingami wracali niewolnicy, to nie ma możliwości utrzymania teorii o hegemonii blondynów w erze wikingów."
– info z kanału "History", link do artykułu

W 1332 roku istniała Łodzia, immunitetowa miejscowość pod płaszczem biskupów kujawskich. Była to wówczas ledwie wioseczka ukryta w puszczy. Nim otrzymała swoją pierwotną nazwę, życie toczyło się zwyczajowo i spokojnie, pomimo buszujących w buszu wikingów.
   Z tego co mi wiadomo, ludzie północy trzymali raczej sztamę z wioską. Nie rabowali ani nie gwałcili, kobiety same szły. A potem chłopcy nawet całkiem niedaleko osiedlili się na dłużej.


Matka Polka w Szwajcarii.

"...dużo dzieci mieć
jak namawia słusznie państwo,
by na starość żywił ktoś
i nie zalało nas pogaństwo..."
– Closterkeller "Król jest nagi"


Wydawałoby się, że na emigracji nic tylko rodzić. Że ekspiatki głównie taką wybierają drogę i że oferta Szwajcarii dla matek jest o niebo lepsza od tej, jaką daje nam ojczyzna. I tak i nie.
   Tym krótkim słowem wstępu chcem powiedzieć, że w kraju mlekiem i czekoladą płynącym, idealnie wcale nie jest.

Alpstein – góra w czterech smakach.

„Nieważne, jak wyrafinowany i obyty jesteś – z wielką granitową górą nie ma dyskusji: ona przemawia w ciszy do samego sedna twojego istnienia”
– Ansel Adams.


Na Alpstein odbyłam swój pierwszy samouczek górski. Na nim też otrzymałam ciężką lekcję pokory. Na nim odkryłam, że chodzenie szlakami jest fajne. Od nienawiści aż po miłość, czyli jak z przeciwniczki gór, stałam się ich miłośniczką.
   Alpstein – góra, która zasłania mi cały widok z okna, przez którą wcześniej zachodzi u mnie słońce i która miażdży swym obliczem. Od samego początku zamieszkania w Szwajcarii, brakowało mi akceptacji względem krajobrazu. Musicie wiedzieć, że swoje serce zostawiłam w dziki dolinach północno-wschodniej Polski. To nie była łatwa zmiana.
   Pokonywaliśmy się nawzajem każdego dnia. Ja i on. Kusił, by powiedzieć coś o nim pięknie, a jednocześnie przytłaczał swą wielkością... Nawet nie pytajcie, jak o nim naprawdę mówię... Wierzyłam od dawien dawna, że wszystko ma swój sens i cel. Wiedziałam, że kiedyś zmierzymy się ale nie na muskuły, choć te będą nieocenione. Na hart ducha się zmierzymy. Bo nie udałaby się ta walka, jeżeli nie spojrzałabym na Alpstein innym okiem.
   Zdjęcia pochodzą z różnych lat i różnych aparatów.


Stauberen
1751 m

Powiększ.


Muchołówka – historia zagłady.

"Rośli­ny są bar­dziej "hu­mani­tar­ne", gdyż by żyć, nie muszą mordować."


– Antoni Kępiński,
nasz polski psychiatra, naukowiec, humanista i filozof,
bardzo się pomylił wymawiając te słowa.


O zamiłowaniu do egzotyki, można by napisać niejedną książkę. Gama tego zagadnienia jest niezwykle bogata w gatunki oraz ich formy, co tyczy nie tylko zwierząt, ale i roślin. Egzotyczne – a więc niezwykle piękne i niestety, nie proste w utrzymaniu.
   Od pustyń po tropiki... jakim cudem nastąpiło tak wielkie przekierowanie moich zainteresowań? Wzięło się to głównie ze zmiany klimatycznej jaka nastąpiła po przeprowadzce. Rośliny, które kiedyś u mnie rozwijały się jak na drożdżach (suche powietrze polskiego blokowiska), obecnie dość są w uprawie bardzo opornie. I choć mieszkam w sumie znaczniej bliżej ich gorącej ojczyzny i jest tutaj goręcej, mogę powiedzieć, że jakoś to znoszą. Teoria potwierdzona jest tym, iż wszystkie tropikalne i subtropikalne rośliny, rosną nieokiełznane.
   Myśląc, że Muchołówka jest rośliną tropikalną, podjęłam się jeszcze jednej próby jej utrzymania.

Zdj. zrobione niedługo po zakupie.

Górski klif – Niezgodnie z planem.

Podróże mają magiczną moc uzdrawiania duszy i zdecydowanie pomagają zdystansować się do problemów dnia codziennego. Nie rozwiązują ich bezpośrednio, jednak pomagają przewartościować i spojrzeć na nie jakby z drugiego brzegu rzeki.
– Martyna Wojciechowska


Koniec kwietnia.
Drugą rzeczą jaką w górach bardzo lubię, (zaraz po wędrowaniu granią) jest marsz nad przepaścią, czyli szlakiem wzdłuż klifu. Zazwyczaj takie dróżki są oddalone od samej krawędzi i nie odczuwamy szczególnego efektu. Na masywie w kantonie Gryzonia, który polecono nam całkiem niedawno, wnosi się odpowiedni teren dla tego typu przebieżek. Znajomy [Szwajcar, alpinista i pasjonat jazdy górskiej MTB], traktuje tę górę jak ogródek przed domem. Bywa tam często, więc poczuliśmy, że możemy mu zaufać. Skoro powiedział, że można tam iść wiosną, to poszliśmy.
    Zostawiliśmy samochód na parkingu pod centrum handlowym w Landquart, (jest to miejscowość okryta sławą przez miłośników konsumpcjonizmu). Ów znajomy zapewniał, że śniegu na szlakach już nie ma, więc widok dość dużej, białej warstwy zbił nas nieco z pantałyku... Na to nie byliśmy absolutnie przygotowani. To skłoniło nas do skrócenia drogi celem ominięcia najwyższego szczytu, gdzie śnieg zalegał nadal grubą warstwą.
   Stamtąd pojechaliśmy autobusem do miejscowości wcześniejszej niż początkowo planowaliśmy, do Zizers. Udaliśmy się na szlak, który miał nas wyprowadzić w góry. Po wspinaczce czekała nas widokowa, piękna ścieżka klifem, a na koniec zejście prosto do miejscowości Landquart, na parking.
   I można powiedzieć, że wraz z pierwszą, konieczną zmianą planu, otworzyła się puszka Pandory. Myśleliśmy, patrząc na mapę, że wędrówka zajmie nam pół dnia, a zajęła cały. Jakim cudem? Czytajcie dalej.


Niezgodnie ze wspomnieniami.

Ludzie się nie zmieniają (...). Po prostu z większą precyzją ukrywają swoje prawdziwe ja.
– Ruth Ware, "W ciemnym, mrocznym lesie"


O wizytach w Polsce z pogranicza wędrówek pisałam z rzadka, a coś jednak tym razem zapragnęło wyfrunąć ze środka mnie na zewnątrz. Liczne spotkania w ojcowiźnie, wymiany myśli, afiliacja – to wszystko ma swoje osobne konkluzje. Jest też i morał.
   Chodzą różne słuchy o ludziach, z którymi utraciłam kontakt. Pewnego jegomościa wyrachowanie pozbawiło mnie kilku cennych dóbr materialnych, tym uważniej przysłuchuję się wszystkim informacjom mogącym przybliżyć mi jego bytowanie. Ze zgrozą stwierdzam, że ów pan stał się mobilny bardziej niż ja.
   Gdy go żegnałam, zostawiłam człowieka pełnego nadziei, silnego ducha, objętego pewnością jutra – człowieka, który budził wrażenie zwycięzcy. A tymczasem nieznana historia stworzyła z niego hybrydę. Zaniepokojenie rosło gdy słuchałam opowieści dalej.