Samochodem przez Szwajcarię.

"Uważam, że samochód to zjawisko przejściowe. Wierzę w konia"


– Cesarz Wilhelm II - ostatni niemiecki cesarz.


Powiem wprost, jeżeli dobrzy z Was kierowcy i czerpiecie frajdę z pokonywania zakrętów, a góry i przepaści nie napawają Was lękiem, to przejazd przez Szwajcarię będzie kwintesencją przyjemnej jazdy w czystej postaci.
   Najpiękniejsze drogi znajdują się tam, gdzie mało kto decyduje się zajrzeć, lecz dziś postawiłam na rangę średnio zaawansowaną, czyli już nie autostrady i miasta, ale jeszcze nie dzicz i nie spektakularne przełęcze. Cywilizacja, proszę państwa, maleńkie miejscowości oraz drogi doskonałej jakości, to z pewnością najatrakcyjniejszy sposób na zwiedzanie Szwajcarii przez zmotoryzowanych, a także podróż możliwa do odbycia przez wszystkich.
   Wideo-relacja pochodzi z końca sierpnia, a więc sceneria jest typowo letnia. Niestety przez jakość filmu należałoby mnie pozwać do sądu za nieokazanie kultury należnej moim szanownym czytelnikom, ale mam nadzieję, że mi to wybaczycie. Jest to mój pierwszy taki materiał samochodowy. Sceneria czasami zanika w cieniu, film był nagrywany telefonem, który automatycznie ustalał jasność.
P.S. Następnym razem przed podróżą legnę na masce i wypucuję całą szybę.


12. Pięcioksiąg na mapie – Gdzie leży Midian?

"Gdy faraon usłyszał o sprawie, usiłował zabić Mojżesza. Lecz Mojżesz uciekł przed faraonem i zamieszkał w ziemi Midian. I zatrzymał się tam przy pewnej studni."


– Księga Wyjścia 2:15

wprowadzenie do cyklu.
poprzednia część – Hatszepsut i Totmes II.


Zatrzymaliśmy się w momencie, który ostatnio dosyć długo przeciągam, a mianowicie nadal tkwimy tuż przed Exodusem. Nie wiem co powoduje to bardziej: moje zamiłowanie do starożytnego Egiptu, czy może sam fakt, iż twierdzę, że Midian jest kluczowy w tej historii.
   Zarówno Biblia jak i Józef Flawiusz opierają swą opowieść na tym, iż Mojżesz uciekł do kraju o nazwie Midian. Celem zlokalizowania go, musimy zajrzeć do komentarzy Flawiusza.
   Cytując Pismo, korzystałam z Uwspółcześnionej Biblii Gdańskiej.


Neuenalpspitz (1816 m) – trzy cycki.

Lico jesieni złote w słonecznym lazurze!-
Patrząc na drzewa, rzekłem. – I wszedłem w kałużę...

– Leszek Wierzchowski


na początku października, 2019
Po srebrnej nocy nastał wilgotny poranek, który położył się na ziemi rzadką mgłą. Słońce było już dosyć wysoko kiedy wstępowaliśmy na szlak, przekonani zupełnie o banalności swego planu, że najbliższe godziny żyć będą pod znakiem lekkiego spaceru.
   Bez pośpiechu zatem i bez trwogi, jeszcze nie widząc swego celu, ruszyliśmy ku dróżce naszego przeznaczenia, aby stamtąd udać się na niewysoką górę stojącą w szczycie swego łańcucha. Ten fakt obiecywał nam niezłą panoramę.


"Sarmaci, katolicy, zwycięzcy..." – 8 wybranych.

Dawno temu trafiła w moje ręce bardzo ciekawa książka, która dość długo leżała na półce zbierając kurz. Przywiozłam ją od przyjaciółki z Pragi, a że ja zawsze czekam aż książka mnie zawoła, nie sięgałam po nią aż do teraz.
   Jest to zbiór wnikliwych opracowań, pt. "Sarmaci, katolicy, zwycięzcy. Kłamstwa, przemilczenia i półprawdy w historii Polski". Jej autorem jest Andrzej Zieliński – dziennikarz i historyk, autor licznych książek poświęconych zagadkowym epizodom historii Polski.
   Można śmiało powiedzieć, że badaczom pism, niejedna żyłka w oku pękła od wysilania wzroku nad historycznymi dokumentami. Wiele z nich się pokrywa – co bierzemy za dowód zaistnienia danej sytuacji – lecz równie wiele przeczy sobie wzajem. Autor wymienia kilka z nich, okraszając odpowiednim komentarzem, po przytoczeniu całych zwałów kontr dowodów.
   Możemy myśleć o swoim narodzie cokolwiek chcemy, ale bajdurzono o nim równo. O polskości stworzono wiele chwalebnych mitów, zaś co dziś mówią nam ostatnie badania? Oto zagadnienia, które zaciekawiły mnie najbardziej, a jest to tylko część całej książki. Być może zachęci to Was do sięgnięcia po nią i własnego studium nad historią Ojczyzny. Niech zabrzmią dzwony!


Jak cię widzą, tak cię piszą.

na początku października, 2019
Zdecydowałam się na napisanie tego artykułu po przeczytaniu pewnego wpisu Joanny Lampki, autorki bloga o życiu na emigracji w Szwajcarii, autorki książek o tymże kraju, zawodowej tłumaczki  angielskiego i nauczycielki polskiego dla obcokrajowców. Jednym zdaniem: kobieta sukcesu, niezależna o atrakcyjnej osobowości i fajnym poczuciu humoru.
   Przyznam szczerze, że odbierałam ją przez różowy pryzmat szczęściary i rzecz jasna, zawodu, na który wcześniej zapracowała sobie w Polsce, ucząc się języków. Czasami czytając jej artykuły, pojawiał się we mnie lekki cień zazdrości, który sprawiał, że musiałam na chwilę odejść od komputera i głęboko westchnąć. Gdy wydała drugą książkę, (co mnie może się nie udać), ta chwila nieco się wydłużyła, poczułam też cierniowe wkłucia na moim otwartym mózgu. Jeżeli mam się przyznać kto mi w blogosferze kiedykolwiek zrobił trepanację mózgu, to ona.
   Jezus mówił – nie porównuj się z nikim i nie zazdrość – a ja leżę i obdzieram się ze skóry właśnie z powodu zazdrości. Mózg na wierzchu to było za mało.
   Wspomniany wpis był jednak zupełnie inny. W nim autorka przyznała się, że zmaga się z depresją. SZOKER!! Ona???

Margelchopf (2163 m) – trzecie podejście.



u schyłku września, 2019
Nie ma chyba lepszego sposobu na określenie warunków panujących w górach niż własne oczy. To nawet lepsze niż śledzenie prognoz. Przed zaplanowaniem wędrówki, kiedy wystarczy jedynie wyjść na balkon, można ze śmiałością powiedzieć, że taka wycieczka nie może się nie udać.
   Po raz pierwszy wybraliśmy się na ten masyw w roku 2015. Był to jeden z moich pierwszych szczytów, które bezskutecznie próbowałam zdobyć. Warunki jakie wtedy panowały, były tak powalające, że byłam coraz bliższa zaakceptowania faktu, iż zamieszkałam pośród znienawidzonych gór.
   Tym razem sprawa wyglądała nieco inaczej, zostaliśmy przewodnikami naszych znajomych, którzy zawsze dołączają do naszych wędrówek jesienią. Prawdę mówiąc myślałam o tym szczycie, by sprawdzić po latach jak wielki wpływ ma moje doświadczenie (i treningowe zaawansowanie, co nie jest bez znaczenia na szlaku) na określenie stopnia trudności danego podejścia.

Margelchopf to ten skalisty płaskowyż.
Zdjęcie wykonałam dzień przed wędrówką.

Drań z Werdenbergu.

"Tacy ludzie bywają jak hermetycznie zamykane garnki. Zbiera się w nich para, zbiera, aż pewnego dnia następuje wybuch."


– Camilla Läckberg


1. kartka z nowego dziennika
(prolog nowego życia)

Złota księżna dnia – srebrny książę nocy.

Szlakiem marzeń bezwiednych, tańczących iskier o zachodzie słońca, pod serenadą kończących swój dzień ptaków, przy mruczeniu łaszącego się kota, dobywam z zanadrza ostatnią kartę. A na niej bajkowy Włóczykij niosący na ramieniu swój tobołek.
   Dzień nie był ważny. Ta przygoda dopiero nocą się zacznie, kiedy w lesie obudzą się zwierzęta inicjujące swój niewidzialny taniec.

Sulzfluh (2820 m) – droga radości.

“– Może jest tak jak mówiłeś, pójdziemy własnymi ścieżkami i będzie dobrze.
– A jeśli dobrze to za mało?”

– Hitch


u schyłku września, 2019
Nie ma nic bardziej kuszącego niż spędzenie całego dnia poza domem w dzikiej przyrodzie. Sama podróż jest opcją idealną na spędzanie czasu, jednak miejsce docelowe nie każdego zadowala. Gdybym ten dzień spędziła na plaży pod palmami, prawdopodobnie zalałabym Was setką zdjęć i ani jednym słowem.
   Jestem trochę jak koń, muszę być w ciągłym ruchu i na wolności – która – jest tym po co on żyje. Jestem trochę jak kot, który chodzi własnymi ścieżkami i nie musi się z tego tłumaczyć. Jestem trochę jak wilk, który odczuwa od czasu do czasu zew natury, mimo iż żyje w lesie i migruje aby zasiedlić nowe terytorium, ponieważ jego natura potrzebuje zmian. Jestem trochę jak nietoperz w nocnym przelocie, niemal niezauważalny w swej cichej podróży do zaspokojenia pragnienia.
   Pełnia radości dla mnie zaczyna się tam, gdzie odkrywam, że niebo nie stanowi dla nas limitu, a Ziemia jeszcze tu trochę potrwa – taki obłęd i spokój zarazem.
   Kolejne góry do zdobycia to nie jest cel sam w sobie. Szlak, którego częścią się staję, hartuje ciało, a serce śpiewa. Gdyby ktoś pytał – po to właśnie chodzę w góry – aby śpiewać pieśń bez słów.

Sulzfluh.

Pod jesienną pokrywą świat wydaje się niektórym surowszy. Ja widzę wtedy, że nabrał ciepłych kolorów, co mnie zawsze ożywia. Nie przepadam za monotonią, a niestety tak widzę zielone połacie. Plusem lata jest to, że te połacie czasem kwitną, a wtedy dosłownie nie mogę się napatrzyć.
   Startowaliśmy z przydrożnego parkingu, który wskazuje mapka.

/powiększ
Wędrówka nie wymaga fachowego sprzętu, chyba że planujemy wstąpić na niebieski szlak, który jest królestwem alpinistów. Jeszcze o nim opowiem.
   Nam przydały się buty o twardej podeszwie, bo mieliśmy do zdobycia ogromne, piękne skalisko. I mocny filtr przeciwsłoneczny... choć i on nie uchronił mnie przed spaleniem karku.


etap 1: dziwne muzeum



Trudno jest mi powiedzieć coś więcej o muzeum, które napotkaliśmy przy samej drodze. Drewniana chata i otwarte na oścież drzwi mówiły: wejdźcie i rozgośćcie się, za to dwie izby przekonywały: tutaj możecie stracić umysł. Głębokie zastanowienie nad niektórymi rzeczami jakie tam były, mogło przygnieść ciężarem bezsensu. Jak choćby niepokojąco... pusta Biblia.
   Wewnątrz wisiały futurystyczne grafiki. Dookoła i na stoliku pełno kamieni szlachetnych. Pod samym dachem błyszczące w słońcu pajęczyny. Gwiazda z dzwonkami, która zaczynała obracać się kiedy ktoś obok niej przeszedł. Harfa, dziwny instrument na belce, poczęstunek, gry i albumy.





Było miło i tylko coś subtelnie podważało racjonalizm szklanym, przezroczystym łomem, by dostać się do środka absurdu niezauważenie i wypuścić na wierzch szaleństwo. Na szczęście szkło ma to do siebie, że czasem pęka.
   Mąż stwierdził, że powinnam zapisać tę Biblię. I poczułam nagle, że... mogłabym. Ale pewnie składałaby się z samych psalmów. Nowych – moich – rzecz jasna:



Szlak górski zaczął się za tą restauracją. Opuściliśmy cywilizację i wreszcie można było mówić o radości jaką daje spokój milczących skał i ekscytacja odkrywania. Może tylko te łąki milczeć nie chciały, zamieszkałe przez rozmowne świstaki. I dobrze.

Palec wskazuje cel.

etap 2: Partnunsee

Temu jezioru o ekstremalnej barwie, poświęciłam więcej uwagi kiedy opowiadałam o wyprawie podnóżem góry Sulzfluh.


Do tego momentu można mówić o spacerze. O zapierającym dech w piersiach krajobrazie białych gór, wtopionych w żółte sawanny wpadające gładkim stokiem do jeziora, które bardziej przypomina rozcieńczony płyn do naczyń "Ludwik".
   Woda była tak czysta i przejrzysta, że rybom musiało być głupio będąc cały czas na widoku. Wędkarz doskonale wiedział gdzie zarzucać.



Lustro wody potrafiłoby oszukać niejednego obserwatora. Robiąc zdjęcie samego odbicia, można by je odwrócić i wmówić, że to rzeczywisty pejzaż. Kłamstwo zostało zdradzone przez lekki powiew, pod którego wpływem gładka tafla karbowała się niby cienka bibułka.


Krajobraz jak spod pędzla Podkowińskiego. Jak on pięknie malował te spokojne jeziora zatulone w soczystą zieleń lata... Władziu jest dla mnie inspiracją, której jeszcze nie potrafię dobrze przelać na płótno.





Na płótnie robimy co chcemy. To my decydujemy o kolorze tego, co na nim widnieje. Z fotografią jest trudniej, chyba że preferujemy stare czarno-białe bądź sepię. Kolor wody to kwestia wyczekania odpowiedniego momentu w słoneczny dzień. O wschodzie i zachodzie możemy o "Ludwiku" zapomnieć. Słońce musi padać z wysoka, a woda musi być niczym kryształ, w którym promienie będą mogły się rozgościć. To gdzie my stoimy, również ma znaczenie. Z samego brzegu nie zrobimy zdjęcia o spektakularnym kolorze. Perspektywa to druga najważniejsza rzecz.
   To nie złudzenie, ani nie korekta kolorów na komputerze. Fotografuję realizm. Dzieł Bożych nie potrzeba poprawiać.



etap 3: wstępujemy na szlak górski

Tutaj zatrzymamy się na chwilę, bym mogła opowiedzieć Wam o szlaku niebieskim w Szwajcarii, który tutaj nazywany jest Klettersteige, czyli ścianka naszprycowana ogromną ilością żelastwa. Wymaga to własnego oprzyrządowania, kasku i liny przede wszystkim.

Ta mapa wystarczy nam aż do samego celu.
Przechodziliśmy dokładnie obok tej trasy. Mieliśmy okazję obserwować dwie kobiety przygotowujące się do wspinaczki. Akurat wtedy zrobiłam sobie pauzę na zdjęcia i wypicie soczku z gumijagód, bo mimo że obraliśmy szlak czerwony, zapowiadała się ciekawa zabawa.
   Siadłam więc sobie spokojnie, mając przed sobą taki widok:


Partnunsee teraz wyglądało zwyczajnie, prawda? Nie jak "Ludwik", ale normalne o głębokim kolorze ciemnego granatu, mieniącego się od jaskrawego słońca. Jak mówiłam: perspektywa.
   Słońce tego dnia było bardzo ostre i wykonanie świetnego zdjęcia o szerokim spektrum, nie wychodziło. Raczej zdjęcia wyglądały jak zrobione aparatem zabawką. Niebo wychodziło zielonkawe, a góry jakby nienaturalne. Ustawianie sprzętu, kiedy na wyświetlaczu LCD nic nie widać przez słońce, było jak błądzenie po omacku. Zdałam się więc na intuicję i ustawiłam byle co i byle jak. Przynajmniej niebo wyszło błękitne.

/powiększ
Właśnie żegnał się z nami łysy przyjaciel nocy, który czasami lubił zostać do późnego rana. Bywa on tak natrętny, że niekiedy przez niego nie mogę spać. W dzień wygląda trochę jak widmo albo namalowany obraz. Płaski bez głębi i jakiś taki niedopasowany do reszty. Ładny wg mnie, mimo mojej interpretacji.


Via ferrata to inna nazwa dla tego typu szlaku. Ten konkretny prowadzi z samego końca doliny St. Antönien przez południową ścianę aż na szczyt Sulzfluh.
   Ta ferrata jest dosyć wymagająca, dlatego nazwano ją „Ścianą Płaczu”. Po przekazaniu darowizny na fundusz alimentacyjny, pokonuje się kolejne stopnie, czując wyraźny wzrost poziomu trudności. Znajduje się tam też krótki „most”, lina, po której trzeba przejść, trzymając się drugiej, zaczepionej nad głową.
   750 m ferraty o stopniu trudności K4, częściowo D, głównie C.




Ruszyliśmy dalej aby już wkrótce zaznać własnej rozrywki, gdzie obudzić się miało szczęście niepojęte w komplecie z euforią i pijanym widem. Bo wydawało mi się przez cały czas, że widzę świstaki, po czym odkrywałam (przy pomocy cyber-oka), że to jednak kamienie. Obłędowi towarzyszył wyśmienity nastrój, powiązany lekko z wyobraźnią o jakichś tam morderczych gryzoniach z taniego horroru.


Z tego miejsca łatwo mogliśmy spojrzeć w przyszłość, czyli na szlak, którym planowaliśmy wracać. Rozległa biel intrygującego skaliska zapowiadała nie tylko szczęście niepojęte ale i budziła lekkie niedoczekanie.
   Dróżka miała wieść przez ten biały placek, który tak naprawdę bym monstrualnym obiektem przyszłych i przeszłych westchnień. Wzdycham nadal na samo wspomnienie.



etap 3: wreszcie plac zabaw!

Była kiedyś jakaś "Ania z Zielonego Wzgórza", nie znam jej zbyt dobrze. Teraz jest inna Ania, bo ze Skalistej Góry. To powieść obdarta z ckliwości i romantyczności, surowa i do tego oparta na faktach, bez zbędnego chaosu uczuć. To zostawimy pisarzom dramatu.
   Oczywiście wszystko zależy od klimatu danej powieści, bo np. Stoker potrafił mnie przenieść w romantyczny świat o nieszczęśliwej miłości, a nawet wzruszyć mnie – wyjątki zatem istnieją. Książki, które nawet mnie roztkliwiają. Ale bez nocy, mgły i nietoperzy nie ma szans. "Ania ze Skalistej góry" idzie ostro przed siebie.


Linki i drabinki to zawsze dobra zabawa, ale zgłaszam uwagę, gdyż moim zdaniem te łańcuchy były za luźne. Łatwo się było na nich rozbujać i spaść. Na szczęście nikt przede mną nie szedł, bo rytm drugiej osoby rzeczywiście mógłby wprawić tę machinę katastrof w ruch.
   Łańcuch majtał się szeroko na boki, ale zdołałam wspiąć się bez większych turbulencji.

I znów niepozorne Partnunsee.
Zdjęcie przedstawia fragment ferraty, widziany z bezpiecznej odległości.
Dalej swój kres miały żółte trawy. Wstąpiliśmy na teren białych, gładkich skał, a mieliśmy do pokonania niebanalną wysokość. Uważam, że to podejście jest dla każdego górskiego laika, który przecież może pójść wolniejszym tempem. Sporo osób mijaliśmy, osób które niespiesznie szły noga za nogą, a wszyscy spotkaliśmy się na tym samym szczycie. Kondycję robi się cierpliwie i wolno.


Pasmo górskie Rätikon w dużej części składa się ze skał osadowych (wapieni). Lista ferrat, szlaków dalekobieżnych oraz schronisk, znajduje się tutaj:
   ➤ Wikiratikon.




Jak widać, nic skomplikowanego.


etap 4: ostatnia prosta

Tytułową górę stąd już widać bardzo dobrze, a nawet jej szczytowy krzyż i ludzi. Pejzaż zupełnie nie z tej bajki. Zawodnicy z paralotni czy samolotu mieli nie lada perspektywę, choć... nie mogli bezpośrednio obcować z tym uroczym skaliskiem.
   Wiem, że dla większości z Was to wszystko wygląda jak pustynna martwota, trudno więc przekazać słowami zachwyt nad czymś, co wzbudza raczej wstręt lub przynajmniej brak zainteresowania. Powiem Wam więc tylko, że odczuwałam tam radość.



Z tego miejsca było widać dobrze inne skaliste królestwo, nad którym górował Säntis. Na wysuniętym w przód planie widać też górę Altmann. Obydwa kolosy są dość łatwo rozpoznawalne.

Säntis.
/powiększ
Tu widać podział na partie gór. Wyraźna różnica środowisk.
/powiększ
Zmierzaliśmy oczywiście na Sulzfluh, ale następnym celem była chata górska Tilisunahütte, malowniczo umiejscowiona niedaleko jeziora. Tutaj rozpoczęliśmy wędrówkę dokładnie na granicy Szwajcarii i Austrii. Szlakowskazy zmieniły swoje oblicze, austriackie są srebrne, a napisy na nich nadrukowane i słabo widoczne w pełnym słońcu. W ogóle nie widać znacznika, gdzie staliśmy i ile w tym punkcie ma metrów n. p. m. Niestety musieliśmy się z tymi znakami jeszcze długo pomęczyć.


Podobno kobiecie przystoi zwiewność i eteryczność. Podobno ze wzruszeniem oraz rumienieniem się, jest jej do twarzy. Podobno lepiej jak jest delikatna i oszczędza ciało. Podobno towarzystwo kwiatów jest dla niej odpowiednie.
   Wybaczcie mi, bo rumienię się wyłącznie podczas uprawiania sportu, wzruszam się paskudnie często ale to za sprawą dziczy, a moja delikatność i oszczędny tryb życia, przestały istnieć kiedy pojawił się na moim ciele pierwszy symptom siły. Kwiaty lubię, ale wyłącznie w ziemi. Natomiast bliższe stały mi się... kamienie. I niebo jeszcze. Ono przede wszystkim.


Tymczasem kiedy pokonaliśmy już prawie wszystkie metry włażąc niekiedy na dwóch nogach, a niekiedy na czworakach, szczyt objawił nam prawdę o sobie – ścisk jak na rynku. Niestety.
   Przedział wieku wspinających się na Sulzfluh był ogromny. Dzieciaki, których przecież nie da się zmęczyć, bo ludzie w wersji kieszonkowej wytwarzają energię bez końca. Siwowłosi, a każdy wdrapywał się w dowolnym tempie, większość szybciej od nas. Rówieśnicy i trochę starsi, głównie przychodzili tu całymi ekipami. Może Was zaskoczy, że niektórzy przychodzili tu również z psami.

Musiałam wytrzeć nos, ale mąż (zaznaczony w kółeczku) nie poczekał i sam zaatakował szczyt jak z procy wystrzelony.


etap 5: Sulzfluch – 2820 metrowa góra kamieni.

Fascynująca, śliczna i całkowicie oblężona. A panorama stamtąd niemal zrelaksowała mi umysł. Niemal, bo trochę ciężko wyłączyć umysł albo pomodlić się w myślach, kiedy ze wszech stron docierają do uszu różne rozmowy i szczeka pies, a drugi czworonóg woła jeść.



Mąż z wrażenia otworzył piwo. Ja trochę się porozciągałam, a dopiero później złapałam za aparat. Zdjęcie pod krzyżem zrobiła nam jakaś niewiasta, która nie do końca wierzyła, że jej się udało za pierwszym razem.
   W końcu przyszedł też czas na śniadanie.
   Za naszymi plecami pewien pan zapalił papierosa. A potem drugiego. Poczułam obrzydzenie, jakbym brała do ust śmierdzące jedzenie. Od długiego już czasu nie przebywam wśród palaczy i zaczęło mi to koszmarnie przeszkadzać.


Zwrócenie uwagi byłoby bez sensu, przecież zakazu tutaj nie ma. Z drugiej zaś strony dziwi mnie fakt, że człowiek uprawiający sport, nawet jeśli tylko rekreacyjnie, takie kuku sobie robi. Wydolność oddechowa praktycznie zerowa, musiał się poważnie namęczyć, wchodząc tutaj.



Na polskich plażach to się zowie parawaning. A w górach, kiedy parawany są z kamieni, to jak?
Tam gdzieś bardzo daleko i jeszcze wyżej.
Spojrzałam na palacza dosyć wymownie i zobaczyłam jego żółte, popękane dłonie. Było więc pewne, że zabieg pójdzie na nic, bo człowiek oddał swoje życie nałogowi.
   Dojadłam śmierdzące naleśniki z humusem i serem, nawet nie miałam ochoty na dwa ostatnie na słodko. Odebrał mi pan apetyt.

Pieseł przy słupku granicznym.
Wieszczek.
Swoim zwyczajem mąż przeszedł się jeszcze aby uczynić dwie panoramy w dwie strony świata. Szerokokątny obraz jakoś tak wydaje mi się zawsze lepszy i bardziej dopełniający opowieść, podobnie jak film.

/powiększ
/powiększ
A tam daleko w dole, jezioro, do którego podążyliśmy w kolejnym etapie naszej wędrówki.



etap 6: wędrówka przez śliczne skalisko

Zeszliśmy (jakoś) bezpiecznie tą samą drogą, o dziwo moje kolana nie protestowały zbytnio, ale pojawiły się dwie fantazje. Jedna o koziorożcu (ibex) wielkości konia, którym mogłabym przemierzyć ten niekomfortowy odcinek (nie lubię schodzenia), a druga o oswojonym smoku, który zawsze kołowałby nad głową, oczekując na moje wezwanie.
   I za to właśnie lubię literaturę fantasy. Daje ogrom możliwości i kozackie rozwiązania.


Czułam się jak ryba w wodzie, jak jeleń na rykowisku, jak mszyca na gruszy, jak Chuck Norris w Teksasie, jak... dobra, wystarczy już.


"Radość – stan emocjonalny, który wyraża w świadomości uczucie całkowitego spełnienia. Jest synonimem szczęścia w rozumieniu potocznym towarzyszącym zabawie, zadowoleniu lub satysfakcji z przeżywanych doznań, wykonywanych czynności lub przywoływanych w pamięci wspomnień.
   Jest uczuciem towarzyszącym przy wykonywaniu pracy fizycznej jak i umysłowej, działaniom twórczym lub rekreacyjnym, rozwiązywaniu zadań o umiarkowanym stopniu trudności."
   Tak napisano w Wikipedii. Radość można okazać na wiele sposobów, m. in. mimiką:


Widzieliście kiedyś idealnie trójkątną górę, taką jak rysowaliście jako dzieci? Tak mi się spodobała, że popatrzyłam sobie na nią z uciechą. Nie wiem czy da się na nią wejść. (Krzyż nie jest tego wyznacznikiem.)
   Zauważyłam, że inni ludzie podzielali tę radość, budując pełno małych modeli tej góry. (Widać za plecami męża na powyższym zdjęciu).




/powiększ

etap 7: idziemy na piwo

Mąż co prawda już był po... ale tyle jeszcze było przed nami, że nie odmówiliśmy sobie skorzystania z austriackiej waluty. Oto do czego są potrzebne pieniądze w górach, bo kiedyś ktoś mnie zapytał, po co zawsze mam portfel w plecaku, przecież on waży. Odpowiedź: bo nigdy nie wiadomo. A poza tym przekraczałam granicę.
   Zabawne? Ale to nie jest dowcip. W obliczu ekspansji niechcianych emigrantów, zdarzały się (wiem tylko ze słyszenia), spacerki wojskowych takimi górskimi granicami (podobno częściej na przełęczach).


Gdyby to ode mnie zależało, te kamienie mogłyby trwać aż do samego końca naszej wędrówki. Jednak opuściliśmy białe piękności. Nasz szlak wszedł miękko w urocze, jesienne trawy.



Nie dajcie się zwieść, to jest zdjęcie zdjęcia, które oryginalnie też zostało wykonane jesienią.
Czas zdradza tylko zachmurzenie.

Tilisunahütte (2211  m)

Jest to chata górska należąca do Alpine Club Vorarlberg w PSZ w regionie Montafon / Vorarlberg w Austrii. Montafon to dolina o długości 39 km.

Jakby ktoś pytał, to jest napisane w dialekcie.
Z okna chaty rozciągał się widok na okoliczne, żółte góry oraz na jezioro. Do zbiornika nie podchodziliśmy. Nie oszczędzaliśmy czasu, jednak woleliśmy już pokierować się w kierunku parkingu.


Nie mieli ciemnego piwa. W schroniskach w ogóle nie znają się na tym co dobre. Mówi się trudno, zimny złoty płyn na orzeźwienie też się nadał. Wybraliśmy jak zawsze regionalne, zawsze o takie pytamy, często nawet bez patrzenia w menu.



etap 8: wracamy do Szwajcarii

Szlak wiódł różnorodnie i łagodne, to w górę, to w dół obok mniejszych jezior. Wspomniałam o wojskowych przechadzających się wysokimi granicami, a my napotkaliśmy drewnianą chatę celną, tuż obok przełęczy Gruoben, którą przechodziliśmy do Szwajcarii.

Na pierwszy rzut oka myślałam, że te kolory na kamieniu oznaczają porozumienie polsko-ukraińskie.

Groubenpass

Wspomniałam o chatce celnej. Właściwie jest to stara ruina która wcześniej służyła za schronienie dla straży granicznej.

Chata celna.
Weszliśmy do Szwajcarii.
Szlakowskaz po stronie szwajcarskiej.
Dalej wąski szlak prowadził nas z górki, by potem znów wspiąć się lekko pod górę i tak kilka razy. Ścieżka prowadziła nas przez urocze skalisko upstrzone jeszcze zieloną trawą, zamieszkałą przez milion koników polnych.
   Na drugim zdjęciu zadanie dla spostrzegawczych.


Widzicie schowaną chatkę?


etap 9: jaskinie

Ten region z pewnością przemierzymy kiedyś raz jeszcze z uwagi na liczne jaskinie, które nęcą mnie jak żarówka ćmę. Wtedy wybierzemy szlak prowadzący przez kilka jaskiń, dziś odwiedziliśmy tylko jedną.
   Oprócz dobrze znanych jaskiń Sulzfluh Kirchhöhle (o długości 800 m), Seehöhle (o długości 1500 m), Jaskini Otchłani i Herrenhöhle (Herrenbalme), to także duże systemy jaskiń w Górnej Seehöhle i Apollohöhle (3080 m długości) na wschodnim zboczu góry (między Sulzfluh i Weissplatte). Jak kupię lepszą latarkę to wtedy.




Speleologia to musi być niesamowita dziedzina nauki w praktyce. Zaczynam twierdzić, że bycie grotołazem mogłoby mi się spodobać. Odkąd pamiętam, zawsze intrygowały mnie różne jamy i pieczary. Dodatkowo kręci mnie Chiropterologia. A dokładnie, ta nauka zaczęła mnie kręcić kiedy po raz pierwszy w życiu miałam dzikiego nietoperza w ręce.
   Ja się chyba z powołaniem minęłam... a raczej z licznymi powołaniami. Jednego życia by mi na pewno brakło na te wszystkie studia. Tyle gadam, a w rzeczywistości nie skończyłam niczego.




Ta jaskinia okazała się ślepa i dość płytka, choć z dołu wyglądała bardzo obiecująco. Wydrążone w niej mniejsze jamy były puste, zarówno te na wysokości moich oczu jak i te w wysokim suficie. Nie spodziewałam się innej wersji wydarzeń, szlak do tej jaskini wyglądał na uczęszczany.




etap 10: powrót

Dalsza droga była na początku trochę stroma, prowadziła zygzakiem w dół. Widok później poszerzył się na krajobraz wrzosowisk karłowatych i dzikie łąki. I wreszcie udało mi się wypatrzyć świstaka.
   Zrobiłam jeszcze dwa zdjęcia za siebie, by ogarnąć całość tego, co już przeszliśmy.




Tutaj przydarzyło mi się coś bardzo wyjątkowego. Obok mnie przeszedł podmuch wiatru. Nie umiem tego lepiej opisać, bo ogólnie wiatr w górach to przecież normalne zjawisko. Skumulowany podmuch za moimi plecami przeszedł jakby odrębna cząstka w ogóle wyrwana z tego świata. I automatycznie przypomniał mi się werset "Wtedy usłyszeli głos PANA Boga chodzącego po ogrodzie w powiewie dziennym."


Wyszliśmy prosto na Partnunsee, któremu nie zrobiłam ani jednego więcej zdjęcia, gdyż słońce chyliło się ku zachodowi, a wysoka ściana góry zacieniła taflę, przez co jej obłędny kolor zamienił się w klasyczny, granatowy, a wody nie były tak ekstremalnie przejrzyste.
   Stamtąd zjechaliśmy do parkingu na hulajnogach, które można było wypożyczyć, wrzucając 5 CHF do skarbonki nad skrzynką z kaskami. Tym razem nie dokumentowaliśmy tego.

   Film archiwalny:


Wyprawę zaliczam do jednej z ciekawszych tego roku. Podobna do szlaku na Silberen, słynącego również z długich korytarzy jaskiń.
Obydwu wycieczkom towarzyszył widok na epickiej urody jezioro.
   ➤ Klontalersee.
I obydwie wędrówki wiązały się z jakąś przełęczą.
Gdzież jest więc wyjątkowość Sulzfluch? Myślę, że przekonam się o tym kiedy przyjdę tu jeszcze raz z latarką. Niemniej jednak, radości było co niemiara. I tego żelastwa niby wisienka na torcie.