Czysta woń wolności.

"oczyść mnie hyzopem a stanę się czysty
obmyj mnie a nad śnieg wybieleję
spraw bym odczuł radość i wesele"


– Psalm 51


Złote godziny są syntezą dnia. Fuzją myśli zebranych od samego rana. Konsolidacją wydarzeń i wszystkich emocji. Nadeszła chwila wytchnienia. Świat też poczuł ulgę. Ziemia zaczęła stygnąć, lasy cichnąć.
   Prąd rzeczny weseli mnie. Ptactwo układające się do snu weseli mnie. Łagodne światło weseli mnie. Nadchodząca noc weseli... Jak często Ciebie coś weseli?


Kerenzerberg – Fronalppass

"Długa jest droga do raju skarbie, więc nie przejmuj się drobiazgami."


– Stephen King "Bezsenność"


Pogoda rozłożyła się na świecie błękitem i gorącem. Miasta w płaskich dolinach, wystawione jak na patelni o zakrzywionych na zewnątrz krawędziach, dopominały się o zmniejszenie ognia. Słońce aż przejaskrawiało niektóre barwy, mitrężąc wszelkie starania fotograficzne.
   Kerenzerberg jest płaskowyżem nad jeziorem Walen (Walensee). Składa się z rozproszonych osiedli wiejskich. Droga przez Kerenzerberg tworzy historyczną przełęcz między Mollis i Mühlehorn na wysokości 743 m n. p. m.
   Kerenzerberg jest górą bardzo wszechstronną. Prócz tradycyjnej ścieżki pieszej, można przebyć trasę kolejką górską oraz cieszyć się spokojem i naturą na stanowisku grillowym, albo w restauracji Habergschwänd, znajdującej się tuż obok wyciągu na wysokości 1280 metrów n. p. m.
   Od wiosny do jesieni trasy sportowe oferują dostęp do wspaniałego obszaru wędrownych tortur, które sięgają aż do samych, najwyższych szczytów.
    Tajemnicza dolina Mürtschen i Murg to najciekawsza moim zdaniem gratka. Raj na ziemi, z którego można wracać hulajnogami, cieszy się powszechną popularnością.
   Szlak Schabziger prowadzi przez dziewicze, naturalne krajobrazy z niezrównanym widokiem na wpisaną na listę światowego dziedzictwa UNESCO Tektonikarena Sardona. I to właśnie skłoniło nas do przyjechania w to miejsce.


Juf – Najwyżej położona miejscowość w Europie.

„Za dwadzieścia lat bardziej będziesz żałował tego, czego nie zrobiłeś, niż tego, co zrobiłeś. Więc odwiąż liny, opuść bezpieczną przystań. Złap w żagle pomyślne wiatry. Podróżuj, śnij, odkrywaj.”


– Mark Twain


↩ Poprzednia część wyprawy.

Włoskie słońce na szlaku porządnie nas wymęczyło. Poszukaliśmy więc chłodu w innym miejscu, do którego już dawno mięliśmy pojechać. Jest to nie lada ciekawostka. Z łatwością można dostać się tam samochodem jak i komunikacją, więc jest to wyprawa dla każdego odwiedzającego Szwajcarię.
   Przyjemny byt zagwarantowały nam wysokie zbocza pomiędzy którymi na wąskim pasie ziemi, uchowały się wioski wybudowane w pobliżu rzeki Averser Ren, która doskonale nawadniała cały teren, sprawiając, że pastwiska nie usychały.
   Wody prawie wszystkich strumieni tej doliny i doliny Madris są wyprowadzane ponad 1950 m przez tunele w zbiorniku Lago di Lei, które leży na terytorium Włoch, zaś tama stoi w Szwajcarii. (Poprzednia opowieść.)

Powiększ.

Lago di Lei (Avers) – Benvenuto Italia!

„Jeśli naszym przeznaczeniem byłoby być w jednym miejscu,
mielibyśmy korzenie zamiast stóp.”


– Rachel Wolchin


Obiecano mi, że zmarznę, więc ufna zapewnieniu, zdecydowałam się wyjść na cały dzień z domu. Bojaźń o własne zdrowie sprawia, że w dobie nieustającej suszy, czuję się niekiedy jak zbrązowiałe, martwe źdźbło zboża, targane gorącym wiatrem, o którym nie dawno poinformowali mnie moi rodzice. Plon w naszym rodzinnym regionie, niniejszym umarł. A my, tacy wysunięci na południe, doglądamy umierania pastwisk i drzew szwajcarskich.
   Tymczasem, ostatniego dnia czerwiego miesiąca, obiecano mi zmarznąć. I tym ciekawsze wydało mi się owo zapewnienie, że nasz azymut wskazywał na jeszcze dalsze południe. Benvenuto Italia!

Katastrofa klimatyczna w Europie.

Gdy układałam ten tekst, była godz. 17:46.
37 stp. C
Lipiec 2018 roku.


Pierwsza fala upałów przyszła do nas już w kwietniu, na szczęście nie była nadzwyczaj forsowna. Raczej szokująca... Przeciągła gorączka rozpoczęła swój niekończący się do dziś seans w maju. Czerwiec przyniósł odrobinę ochłody, choć oszczędnie... aby skwar mógł powrócić z mocą pod koniec miesiąca i trwać, i trwać...
   Zapewne urlopowicze upodobali sobie owe fakty, co nie wprawia mnie wcale w zdumienie. Atoli spróbujmy przyjrzeć się temu bliżej i zważmy wszelkie koniunktury.
   (Tak, zdjęcia są aktualne.)


Karmazynowe noce.

Potem rzekł Bóg: Niech powstaną światła na sklepieniu niebios,
aby oddzielały dzień od nocy i były znakami dla oznaczania pór, dni i lat!
Niech będą światłami na sklepieniu niebios,
aby świecić nad ziemią! I tak się stało.
I uczynił Bóg dwa wielkie światła: większe światło,
aby rządziło dniem, i mniejsze światło, aby rządziło nocą, oraz gwiazdy.
I umieścił je Bóg na sklepieniu niebios, aby świeciły nad ziemią.
I rządziły dniem i nocą oraz aby oddzielały światłość od ciemności.
I widział Bóg, że to było dobre.


– I Mojżeszowa. 1:14-18


Patrzymy w niebo i antycypujemy jego wygląd, choć nikt z nas tak naprawdę nie doświadczył go przez bliższe poznanie. Wierzymy słowom kosmicznych wędrowców, którzy pokazują nam zdjęcia przez owalną soczewkę zniekształceń i sami się przyznają do zakrzywiania obrazu. Do zakrzywiania myśli, poglądu i nauki też?
   Prosta matematyka podaje inne wartości. Odległość, masa, kształt? A za tymi liczbami cała oranżeria argumentów gna na swych rydwanach, wyściełanych zamszem. W nich zaś, stoją możni tego świata. A konie rżą.
   Antagonizm życia i wiedzy ludzkiej. Nigdy dotąd niepotwierdzony, nigdy dotąd prawdziwie nie poświadczony.


Weisshorn (Arosa).

"Życie bez radości jest jak długa podróż bez gospody."


– Demokryt z Abdery


Alpy Plessur to pasmo górskie w szwajcarskiej Gryzonii, której najwyższym szczytem jest Arosa Rothorn (2980  m.). W środku gór figuruje miasteczko uzdrowiskowe Arosa, będące ośrodkiem wypoczynkowym, osadzonym nad jeziorem Obersee, gdzie podobno żyje złota rybka. Istnieje tu rozbudowany ośrodek narciarski "Arosa Lenzerheide", mający 225 km tras.
   Znana jest historia Arosy począwszy od wieku XIII. W tym czasie istniały tu osady zajmujące się popasem bydła. Dopiero w latach XIX wieku, ziemie te zaczęto sprzedawać bogatym, którzy bardzo szybko zainwestowali w pierwsze hotele i SPA. Wystrój samego miasta przykuwa uwagę swą unikalną kompozycją barw. Tu wszystko ma przyciągać oko turysty.


Drogą w dół.

"Piękno życia jest w każdym cennym momencie.
Zatrzymaj się, aby to dostrzec."


– nie wiem kto


Jak się zdaje, ptaki latają, bo brały wzór z samych chmur. Jak się zdaje, gepard biega najszybciej, bo brał wzór z samego wiatru. Jak się zdaje, płetwal jest największy, bo brał wzór z góry lodowej. Dziś elegijny sen wynurzył się na Twe zbolałe lico. Z kogo brałeś przykład nim zasnąłeś?
   Gdy złamane drzewo upada, uciekasz. Gdy straszy burza, chowasz się. Gdy pędzi rozhulały byk, umykasz z jego pola widzenia. Gdy masz anturaż przykrej złości krzykiem karmiące, dlaczego przyzwalasz na ten ton wobec siebie i Twój gniew?
   Kochasz – więc śpiewasz. Śmiejesz się – więc płaczesz z radości. Wygrywasz – więc triumfujesz. Smucisz się – więc... bagrujesz to uczucie jak dołek w glebie...
   Twoje serce nie jest warte nienawiści, gniewu i smutku.


Mystery Blogger Award

Nawet na zabawach można nauczyć się życia – myślała. – Nie tylko uniwersytet uczy nas żyć.


– Lucy Maud Montgomery "Ania na uniwersytecie"


Zazwyczaj wszelkiego typu konkursy powodują u mnie katatonię, ale w dalszej perspektywie, już po tyradzie umysłowej zdałam sobie sprawę, że skoro jotka za coś się bierze, to nie jest nigdy głupie. Z tego miejsca uprzejmie dziękuję jotce za nominację w tymże wyzwaniu, którego postanowiłam się podjąć.
   Pomysłodawcą konkursu jest tajemnicza Okoto Enigma, której słowami, pozwolę sobie wyjaśnić o co chodzi.

Trójmiasto – interesy i wczasy zarazem.

"Rozstawieni wokoło całego miasta jak milczące szyldwachy, tkwią tysiącami i tysiącami śmiertelnicy zatopieni w oceanicznych marzeniach. Jedni wsparli się o pale, drudzy zasiedli na skrajach pomostów(...) inni wdrapali się wysoko na olinowanie, jak gdyby usiłując zyskać jeszcze lepszy widok na morze. Ale przecie to wszystko ludzie lądu,w powrzedni dzień uwięzieni wśród desek i tynku – przywiązani do kontuarów, przygwożdżeni do ław, przytwierdzeni do biurek."


– Herman Melville "Moby Dick"


Pewnego czerwcowego dnia z przyczyny bardzo konkretnej, opuściłam Szwajcarię – kreśliłam swe warunki dopiero co, w wędrownej opowieści na Ojcowiźnie. Wcielając się znów w poszukiwacza przygód, proponuję nie oddzielać tego wątku, który bardzo dokładnie chcę opowiedzieć i uchylić rąbka wszelkiej tajemnicy; od ilustrowanej części przygody, w której nie zabraknie nawet próby odtworzenia wiatru i morskich fal.
   Jak wiecie, ze mnie jest katon. Osoba pryncypialna i śmiała w swej Ojczyźnie, bardziej niźli emigrancka rzeczywistość na to wskazuje. Jest taka zasada, której hołduję od dawien dawna, że mając podpisać jakąś ważną umowę (np. o pracę), staram się pozytywnie zapaść w pamięć, aby oczywistym było, że zatrudniają śmiałego i kreatywnego pracownika.
   Chcąc wszelkie swe wątpliwości rozwiać i uwierzyć, że TO SIĘ NAPRAWDĘ DZIEJE, udałam się w miłą podróż celem uściśnięcia dłoni pełniącemu służbę w oficynie, skąd wywołano do zaistnienia moje dzieło życia. Tak oto wpadłam jak perszing, tyle że z włosem rozwianym, bo wiadomo, iż pociski są zrobione na glacę i...


Gdynia

Do Trójmiasta przywiózł mnie pojazd o tak intensywnym kolorze, że zrazu skojarzył mi się z łuską zielonego pytona. Rozweselał wszystkie półmroczne dworce przystankowe, sycząc na wszystkich czekających, bawiących się z nudów we wnikliwe obserwacje niezbyt interesującego otoczenia. I tak znalazłam się w Gdańsku.
   Trójmiasto posiada ułatwiającą życie i niedrogą koncepcję podróżowania międzymiejską koleją, do której bilet łatwo nabyć (także za gotówkę) w automatach rozstawionych bogato na każdym dworcu. Jako nowicjusz, nie myślcie sobie, że wiedziałam co robię. Najpierw, wysiadłszy z pytona, musiałam się rozejrzeć – jeszcze nim zaczęłam pytać gdzie pójść – słowa jednak uwięzły w nicości zapomnienia, kiedy zobaczyłam swój kierunek – masywny dworzec PKP z brunatnej cegły. W podziemiu przywitały mnie żółciutkie maszyny o nieskomplikowanym interfejsie i tak stałam się posiadaczką biletu, bardzo przypominającego te, na których jeździ się w Szwajcarii. Łatwo odnalazłam peron, a pociągi jeżdżące w krótkich odstępach czasu nie pozwoliły mi długo oczekiwać w kompletnej tępocie umysłu, w bezruchu i zapatrzeniu w jeden martwy punkt. Dobrze, że nie jestem paląca, wówczas straciłabym prawie całego szluga.
   Za pół godziny wysiadywania welurowego krzesełka w pakiecie z możliwością obserwowania pejzażu za oknem, zapłaciłam ledwie kilka złotych. Widok momentami był skąpy, a momentami pozwalał podziwiać architekturę miejską, wielce mnie uzależniającą jako gapia. W Gdyni zaczęłam wypatrywać kawiarni. Znalazłam ją po drugiej stronie ulicy Dworcowej.
   Skusił mnie wyraz "kawa", a potem podłużny stolik zwrócony do okna. Dopiero później zauważyłam prefiks "bio" i wszelkie inne reklamodawcze hasła obiecujące zdrowie. Nabyłam więc sobie drogą kupna najidealniejszy moim zdaniem wybór z krótkiej listy kawowych rozmaitości i zasiadłam na stołku barowym, twarzą w twarz z ogromnym światem zza wielkiej szyby. I uwaga! Po raz pierwszy miałam możliwość w kawiarni wybrać sobie nie tylko rodzaj cukru, ale i dodać według własnego uznania rozmaite przyprawy korzenne, które podporządkowały mnie sobie wiele lat temu na resztę życia. Czas zwolnił, a ja rozsmakowywałam się w kawie z cynamonem, imbirem i kardamonem. Jak w domu – to był smak jak w domu! Wzmocniona energią z palonych ziaren, prostą drogą udałam się do właściwej lokalizacji – głównego celu tej wyprawy.
   I oto ukazał się moim oczom gmach nieprzeciętnej architektury pośród przeciętnych bloków mieszkalnych. Zdjęcie żywcem wyrwane z "Google Map Street View", więc wybaczcie mi jakość. W Gdyni ani razu nie wyjęłam z torby aparatu. Znalazłam właściwe drzwi, bez namysłu wcisnęłam guzik domofonu i rozpoczęłam wspinaczkę po wysokich schodach, myśląc sobie, że wyjechałam na urlop, a tu znowu góry...