Diety i dietetycy – czy faktycznie sprzedają nam prawdę?

"Każde zawody wydają się uczciwe, jeśli wszyscy zostali oszukani."


– Richard Bachman "Wielki Marsz"


2019
Dieta, zdrowie i odchudzanie od lat nie opuszczają gazet ani anten telewizyjnych czy radiowych. Te tematy są coraz popularniejsze w naszych rozmowach. Masowo powstają blogi wiodących ekspertów bądź domorosłych dietetyków, bijąc rekordy poczytności. Co chwila naukowcy zmieniają zdanie aby podać nam kolejną sensacyjną wiadomość i już na tabloidy wchodzi następna, "nowa dieta".
   Wczoraj najzdrowszy był olej kokosowy, dzisiaj powinno się go już wyrzucić. Wczoraj najzdrowszy był cukier brązowy, dzisiaj już wiemy, że nie różni się niczym od białego... i tak w kółko i znowu i znowu zmiana. Ale należy się dostosować, bo zdrowie mamy tylko jedno i trzeba żyć na błędach naukowców, motywowani pop-stylem życia... – czy rzeczywiście?

Dobrze, mamy wstęp – świat zwariował. A teraz tytułowy temat.

Na granicy szaleństwa – Gams-Wildhaus / jesień-zima.

"Lepiej jednak skończyć nawet w pięknym szaleństwie niż w szarej, nudnej banalności i marazmie."

– Stanisław Ignacy Witkiewicz


grudzień, 2019
Temperatury spadły, a ja razem z nimi. Rozbiłam się o szklany taras widokowy, a spadając, nawet nie krzyknęłam. Upadłam prosto w nieprzeniknioną czeluść, której bezdenna rzeczywistość obiecywała szczęśliwe zakończenie. Nie pomyliłam się. Było słodko jak w wacie cukrowej, chociaż nie mieniła się purpurą. Było pięknie do szaleństwa.
   Wybrałam się w solową podróż dnia wczorajszego gdy po raz pierwszy po długim czasie w dolinie pojawiło się słońce. Zobaczyłam wyraźnie, że jesień nie powiedziała jeszcze ostatniego słowa. Lecz nogi powiodły mnie do sąsiedniej doliny, gdzie nader wyraźnie zarysowuje dzielący nas próg.
   Tęczą barw wymalowane góry kusiły do ucieczki z doliny, w której pola czarnej już ziemi, upstrzono nieładnie nawozami. Poza tym tliła się głęboko we mnie już od dawna chęć aby samotnie ruszyć przed siebie nie dbając o cel.


Gdzie jesteś?

Chrześcijaństwo, jak mydło, musi być stosowane osobiście, jeśli ma przynieść zmianę życiu.

– Billy Graham


Rozpoczął się grudzień, adwent. Miasta pięknie rozbłysły świątecznymi iluminacjami, rozstawiono stragany jarmarczne, zapachniało wypiekami i grzanym winem. Bardzo lubię wtedy wieczorem wychodzić na ulice, oglądać, wąchać, cieszyć się blaskiem światła.
   W internecie zaczęły pojawiać się tzw. blogmasy, czyli posty na blogach, poświęcone internetowej odmianie adwentu. Kolorowe, przesympatyczne o praktycznych tematach. Prawiące o tym jak ozdobić stół na święta, jaki wybrać prezent, jak fantazyjnie pakować upominki i jak się ubrać w wigilię. A gdzie w tym wszystkim jest Bóg?
   To pytanie przeczytałam też na blogu. ➤ walk with photography.

Schnebelhorn (1202 m) – dla mnie niepogoda nie istnieje.

"Zima jest porą roku dla bogatych. Jeżeli jesteś bogaty, chłód dla ciebie to igraszka, kupujesz sobie futro, płacisz za ogrzewanie, jedziesz na narty. Ale jeżeli jesteś biedny, chłód staje się przekleństwem, a ty potrafisz wręcz znienawidzić ten biały krajobraz pod śniegiem."


– Oriana Fallaci


Listopad, 2019
Jesień tego dnia wyglądała jak żywy truizm, wydarta karta z tuzinkowej księgi o stereotypach, jak spowszedniały obraz, który idzie na spalenie, bo lepiej się nim ogrzewać, niż na niego patrzeć. Lecz czy jesień nawet w swoich bardziej sztampowych odsłonach można nazwać czarującą, skoro większość ludzi skłania się w takie szare dni do odwrócenia twarzy w stronę szklaneczki ze spirytualiami?
   Po spożyciu pysznej kawy mokka (bez prądu) rozpoczęłam krótkie przygotowania do wyjścia w plener. Pogoda, jak to się mówi, nie zachęca; jawiła się zaścielonym niebem, że i człowiekowi w myśl przychodzi jego własna pościel. Macie tak? Ja mam to do siebie, że jak już wstałam, to już wstałam i działam. Najwyższa pora aby wyjąć z szafy cieplejszą bluzę i ochotnie ruszyć na kolejny szlak. Tym razem na cel obraliśmy dolinę Toggenburg.


Libingen
(760 m)

Libingen to wieś w gminie Mosnang. Pierwsze co rzuciło mi się w oczy, to barokowy klasztor pochodzący z XVIII wieku. Ówcześnie mieszkały w nim zakonnice benedyktyńskie. Obecnie sióstr już tutaj nie ma, zostały przewiezione do Glattburga.
  Libingen ma własną parafię katolicką, szkołę podstawową i korporację wiejską zajmującą się zaopatrzeniem w wodę i telewizję kablową. Miejscowość stanowi punkt końcowy autobusu pocztowego z Bütschwil-Mosnang oraz punkt wyjścia do wędrówek w kierunku Chrüzegg, Schnebelhorn i Hulftegg. Obraliśmy jeden z tych celów.
   Oczywiście jak zawsze i wszędzie najpierw należy koniecznie przywitać się z miejscowym kotem.


Polskie wspomnienia – Częstochowa spontanicznie.

"Długoletnia przyjaźń istnieje wtedy, gdy czworo uszu nie ma problemu ze słuchem."

– Kamila Kampa


czerwiec, 2012
Częstochowa leży pomiędzy moim domem, a domem mojej przyjaciółki – tak było te siedem lat temu, lecz przeglądając stare albumy, natknęłam się na nasze ostatnie spotkanie na ojcowiźnie.
   Nie spotykałyśmy się turystycznie, lecz po to aby porozmawiać twarzą w twarz. Odległość zamieniła nasze relacje w bardziej elektroniczne (i papierowe od czasu do czasu). Takie spotkania były na wagę złota w tej pięknie rozwijającej się przyjaźni. Wtedy dziwiłam się mojej przyjaciółce, że od Jasnej Góry trzymała się z daleka. Nasze spacery, ze względu na nią, omijały sanktuarium szerokim łukiem, a przecież podobnie jak ja, jest wierząca. Dziś rozumiem jej awersję, wystarczyło przeczytać Biblię, tam są wszystkie odpowiedzi.
   Bezpośredni pociąg z Łodzi do Częstochowy jechał dwie i pół godziny. Najpierw wspólna kawa, potem obiad, na koniec piwo. Pamiętam smak zielonego, lokal oferował rzekome irlandzkie, ale Dzień Św. Patryka w Irlandii świętuje się pijąc "Dzban św. Patryka", którym jest litr whiskey. Tak czy owak utarło się, że zielone jest irlandzkim tradycyjnym trunkiem. Niemniej – smacznym.
   Ale zacznijmy od początku. Częstochowa jest mi dobrze znanym miastem nie tylko z powodu przyjacielskich spotkań.

13. Pięcioksiąg na mapie – Gdzie jest góra Synaj?

"Nie ma nic tak odległego, by było poza naszym zasięgiem,
ani nic tak ukrytego, by nie dało się odkryć."

– Kartezjusz

wprowadzenie do cyklu.
poprzednia część – Gdzie leży Midian?


Po zlokalizowaniu Midian i wstępnemu wskazaniu położenia góry Bożej, pora przyszła aby poświęcić trochę więcej uwagi dowodom na faktyczną lokalizację tejże właśnie góry.
   Synaj? A może Horeb? Góra Migdałowa o kilku imionach, widnieje dziś na współczesnej mapie. Czy można dowieść, że to właśnie ta, na której Mojżesz rozmawiał w obłoku z Panem?
   Cytując Pismo, korzystałam z Uwspółcześnionej Biblii Gdańskiej.

Góry nad Morzem Czerwonym
/źródło zdjęcia

Ach te moje listopadowe mgły... – Regelstein (1310 m)

"Słońce, które tamtego ranka ukazało się jako chłodny krąg, kryjący się za szarą mazią zimowych chmur, było teraz całkowicie przesłonięte na ołowianym niebie. Niedające cienia światło miało w sobie groźbę – było jak twarz obojętnego wszechświata, zimne jak lód."


– John Verdon "Wyliczanka"


listopad, 2019
Znacie mnie już dosyć dobrze i wiecie, że nie zachwycę się byle czym. Że nawet góra górze nie równa, bo szukam wyjątkowości w rzeczach popularnie brzydkich, czyli aurze jaka powszechnie wprowadza w smutek. Wg mnie listopad, mgły, deszcze, ciemności nocne, kipią romantyzmem i aktualnie ciągle jestem w nastroju. Choć siedzę w ciemnej dziurze – naprawdę mi tam dobrze.
   A jednak zgodnie z przewidywaniami, ostatnie słowa kazały przypuszczać, że trafiła mnie chandra.
Lubię gdy jest ciemno. Lubię znikać we mgle. A jeśli temu towarzyszy krakanie kruków i tym podobne, to już mam (jak to kiedyś w liceum mawialiśmy) orgazm duszy. Choć barwna ze mnie postać, składam się głównie z mroku i horrorów, kiedyś byłam Gothem nawet. Zjawisko tym dziwniejsze, że żyję z uśmiechem, mam się dobrze i cieszę się tym życiem, pomimo, że za oknem już prawie tydzień jest... mniej więcej tak:

Pozdrawiają Was oczy we mgle.

W nocnym przelocie...

"Chociaż było dopiero południe, gęstniejące chmury pochłaniały światło słońca i w dolinie panował nastrój zimowego półmroku."


– John Verdon "Wyliczanka"


Czasami budzi się we mnie przedziwna tęsknota, jakby za czymś, czego nigdy nie było. Smutek z pogranicza mroku, kiedy moja dusza zmierza tam, dokąd ćma w nocnym przelocie. Do źródła mistycznego ciepła.
   I nikt tęsknoty nie zagłuszy, bo żaden człowiek nie ma w sobie tej pierwotnej mocy.


Bergün – Latsch – Cuolm da Latsch (2296 m) – Stugl.

"...miesiąc kurczącego się dnia, niknącego światła i niepewności, która jak sierota błąka się między jesienią a zimą."

– John Verdon, „Wyliczanka”


1 listopada, 2019
Moje rozkochanie w jesieni nie przemija. Jak poznać, że ta miłość jest prawdziwa? Obudzić się w deszczowy dzień, kiedy horyzontu nie widać. Schowaną za ołowianą barierą, dla oczu ludzkich nieprzeniknioną. Uśmiechnąć się wtedy, powiedzieć: już idę, kochana. Spacerować z nią pod ramię, wystawiać twarz do deszczu, oddychać powietrzem czystym jak najdelikatniejsza myśl. Rześkim i wilgotnym jak powiew znad oceanu.
   Ranek był jeszcze ciemny i bardzo zimny. Można już powiedzieć, że ciepło słońca puściło nas na dobre u schyłku października, a to listopadowe ciepło, było odległe jak echo słów. Wiatr zimny, owiewał aż czuło się dreszcze, zaś niebo... ono jest piękne o każdej porze roku.
   Zostały jeszcze kolory. Wszystkie odcienie jesieni nadal obecne, nadal dręczące podświadomość, że jeszcze trochę i wszystko to przeminie. Cykl się zamknie pod skutą lodem mierzeją uczuć. Na wąskim pasie granicznym, naniesiony niby piach przez fale morskie, odcinającym jesień od zimy.
   Zima kołacze kołatką.


Słońcem podpisane.

"Przyrodę ogarnia jesień i jesiennie robi się we mnie i wokół mnie."

– Johann Wolfgang von Goethe, „Cierpienia młodego Wertera”


u schyłku października
Jesień jest porą bardzo zróżnicowaną. Kiedy szukamy jej w galerii Googl, znajdujemy przepięknej urody kasztanowo-żółte zdjęcia, niektóre aż nierealne, jakby podrasowane na komputerze i w niczym nieprzypominające tego, co widzimy za oknami.
   Pamiętam taki moment z mojego dawnego życia, kiedy podążałam szarą ulicą betonowego, wielkiego miasta i tuż przy skrzyżowaniu ujrzałam jedno drzewo, całe w jaskrawo-żółtych liściach. Uśmiechnęłam się na ten widok.
   Wpisałam właśnie w przeglądarkę hasło "jesień w mieście". Nie mieli mi zbyt wiele do zaoferowania. Czuję, że muszę poszperać w swoich starych albumach, bo nie zgadzam się tak do końca z tym faktem.
   A teraz padnie herezja – niestety nie mieszkam już w mieście – koniec herezji, ciąg dalszy wypowiedzi: więc nie mogę stworzyć nowego albumu. Ale mogę Wam za to pokazać jesień w górach. Pamiętacie relację z wioski Ardez?
To będzie ciąg dalszy tamtej wycieczki. Udaliśmy się na spacer wąską górską doliną, bez konkretnego celu, bez zdobywania szczytów oraz bez spektakularnych podejść. Ot miły spacer.
   Mąż się śmieje, że to była trasa do najdalszego znaku i z powrotem. Zapraszam więc na łatwą wędrówkę przez podpisane słońcem krajobrazy.