Jazz Hotel – Berno.

– No to po co, według pana, jest jazz?
– Po to, żeby wiedzieć, że życie nie jest ani złe, ani ciężkie, ani krótkie. Jeżeli człowiek zapomni, co w nim ludzkiego, to, żeby słysząc muzykę, sobie przypomniał.


–  Włodzimierz Kowalewski "Excentrycy"


Wrzesień, 2018
Pewne stopnie różnych znajomości mają na celu łączyć ludzi na całym świecie. Początkowo nie zdajemy sobie sprawy ile będą znaczyły nowe relacje, albo co dla kogoś w przyszłości będą znaczyć, ale ta reguła się sprawdza. Bóg stawia na naszej drodze ludzi, abyśmy wlali w ich serca kroplę odświeżenia i opowiedzieli własną historię, na podstawie której wykiełkują rozmaite tematy, na których poruszenie czekał ktoś inny być może od dawna.
   Zaczęło się od złapania kontaktu z pewną kobietą, która z braku czasu skorzystała z uprzejmości tych, którzy go mieli w bród. I tak znaleźliśmy się w Krakowie, po to aby narodzić się na nowo i zacząć wszystko od początku robiąc już tylko to co słuszne. Oni zaś, polecili nam kogoś, kto być może poprowadzi nas dalej. I tak trafiliśmy do Berna.
   O tych znajomościach oraz o tym jak doskonały plan mięliśmy zaszczyt realizować, będę pisać szczegółowiej już niedługo. Tymczasem opowiem Wam o stronie turystycznej.
   Gdzie warto zatrzymać się, chcąc zwiedzać Berno, aby nie przysporzyć sobie zbytnio kłopotu? Wybrać hotel, który znajduje się w naprawdę cichym miejscu z dala od miejskiego gwaru i oferuje darmowy dojazd do pięknej starówki.


Warszawa.

Odbywszy niedługą podróż, wysiadła na peronie kolejowym, pełnym buńczucznych bilbordów głoszących typowe dla wielkich miast herezje. "Bez tego nie uwiedziesz go", "bądź szczupła w miesiąc", "poznaj tajniki zdrowego ciała"... i bez liku więcej sączących się trucizn, otumaniających społeczeństwo. Oto forpoczta pożądliwości rzeczy niepotrzebnych. Oto stolica.
   W szybkim czasie odnalazła wzrokiem osobę, którą marzyła wreszcie spotkać: przyjaciółkę z dawnych lat. Kroczyła właśnie szarym, matowym holem, dłubiąc w telefonie. Obie tutaj nie pasowały, ale ona chyba najbardziej. W zwiewnej, wielokolorowej sukience o włosach płomiennych jak jesienne liście w słońcu.
   – Zamiast "cześć", chciałoby się rzec, "co ty tutaj robisz?"
   – Cześć! – Doskonale wiedziała co Hannah miała na myśli, ale nie skomentowała, padając jej od razu w ramiona.
   – Dobrze cię widzieć, Estera. Idziemy stąd jak najszybciej!
   – Kawa czeka! – Estera odgarnęła rudy włos za ucho i poprowadziła towarzyszkę do wyjścia na miasto.
   W łańcuchu miejskich szczytów, nieopodal dworca górował ten jeden wyjątkowy, niepasujący kompletnie do pejzażu: Pałac Kultury. A może to pejzaż nie pasował do niego?
   Przedarłszy się przez gąszcz szumnego centrum, dotarły do wcale nie cichszej ulicy, lecz secesyjna zabudowa była milsza dla oczu niżeli straszliwe, błyszczące w słońcu molochy.
   Szereg ulicznych stolików i parasoli ustawionych wzdłuż chodnika, kusił kolorowymi menu. Do tego słodkie wonie cukierni, lodziarni i przede wszystkim pijalni kofeiny, nie pozwalały podjąć ostatecznej decyzji – gdzie usiąść? Towarzyszące temu rozmowy zdawały się nie mieć końca. Ile to już lat? Wystarczająco, aby poznać siebie na nowo i uzmysłowić sobie, jak wiele się zmieniło.
   Nie miejsce, a słowa grały istotną rolę i rozkojarzyły na tyle, by na godzinę oderwać się od rzeczywistości i trzeci raz przejść tą samą ulicą, cierpiąc na niemożność podjęcia decyzji. Wreszcie usiadły przy czarnym stoliku na samym brzegu.
   – Przegapiłam kawał Twojego życia i ten kawał wcale nie był nudy – skomentowała Hannah. – Był fascynującą opowieścią o miłości i determinacji, mimo wszystkich trudów czy chwil zwątpienia.
Dziękuję, że zdecydowałaś się na to spotkanie.
   – Mam nieustające poczucie żalu, że jednak powinnam być przy Tobie wcześniej...
   – Niczym się nie przejmuj – przerwała jej. – Nie rozpamiętuj i nie gdybaj. To były momenty, które nijak się nie powtórzą. Teraz na celowniku jest przyszłość. I wtedy będziesz. I ja będę. Choć najczęściej na odległość, ale w tych czasach to niewielki problem. Jesteśmy wszyscy mobilni.
   Estera otworzyła usta, by coś powiedzieć, ale przy ogrodzeniu stanęła kobieta o zmęczonym obliczu i zabrała głos w niewiadomej jeszcze sprawie. Tym razem to Estera przerwała jej w połowie zdania. Nieznajoma zdążyła tylko napomnieć o swojej chorobie, lecz przyjaciółka jasno dała do zrozumienia jak niemile widziane jest towarzystwo obcej, na co kobieta wybuchnęła z wielkim żalem:
   – Jak tak można?! Jak można tak potraktować człowieka niepełnosprawnego?! Przecież przeprosiłam za przeszkodzenie! Każdy teraz pilnuje własnego nosa, żadnej pomocy! Może pani – zwróciła się do Hannah i wreszcie dokończyła tamto przerwane zdanie. – Chciałam serdecznie zaprosić do Klubokawiarni "Pożyteczna" na Nowym Świecie 58, to jest niedaleko stąd. – Niepewnie wręczyła wydrukowaną kartkę z adresem.
   – Dziękuje uprzejmie – rzekła Hannah i przyjęła wizytówkę z najszczerszym uśmiechem, pozwalając kobiecie na dalszy ciąg prezentacji.
   – Jest tam mała wystawa obrazów Anny Szcześniak, zbieramy na leki i rehabilitację.
   – Dziękujemy, to interesujące. Może wpadniemy jak starczy czasu.
   Na to zareagowała nader entuzjastycznie:
   – Takich ludzi jak pani, trzeba cenić! Nie takich – spojrzała z pogardą na Esterę. – Bóg niech pani błogosławi, to Bóg sprowadza takich ludzi...
   – Dziękuję, ale nie, proszę pani! – Hannah przerwała jej stanowczo. – Nie mnie należy cenić, tylko tego u góry. – Kiwnęła głową ku niebu.
   Obca kobieta była mocno zszokowana takim obrotem sprawy. Uśmiechnęła się po raz pierwszy, powtórzyła błogosławieństwo i jeszcze raz zaprosiła do kawiarni. Odeszła oglądając się raz po raz.
   – Czujesz niesmak. – Hannah odgadła w lot jej myśli.
   – Nie lubię takich ludzi... – przyznała.
   – Czemu nie? Spodziewałaś się żebraczki, prawda? Takim ludziom szczególnie trzeba wlewać światło w serca. Są traktowani przeważnie negatywnie. Czy nie wiesz jak to jest być źle traktowanym bez powodu? Ale dajmy już temu spokój – postanowiła zmienić temat.
   Kolejnych opowieści były przecież całe stosy. To jak przetrzymywać niewysłane listy i pewnego dnia, móc je wreszcie dostarczyć... nie czas na takie wynurzenia. Filiżanki dawno już zaschły po ostatnim łyku kawy. Pora zmienić lokal i spróbować czegoś innego.
   Po krótkim spacerze zupełnym przypadkiem zauważyły szyld z napisem Klubokawiarnia "Pożyteczna".
   – Wchodzimy! – zawołały jednomyślnie.
   Po przekroczeniu progu już jednak Estera nie była taka pewna siebie. Hannah weszła pierwsza i zaczęła się rozglądać. Odniosła wrażenie, że weszła do czyjegoś mieszkania.
   – Tędy. – Estera nabrała odwagi, albo wyczuła zapach palonych ziaren i prędko trafiły na piętro gdzie stał w pełni wyposażony bar.
   Zamówiły dwie różne kawy, a Estera wzięła jeszcze ciasto. Zostały zaprowadzone przez przemiłą panią do chyba najlepszego stolika w całej kawiarni. Skromny, niewielki, stał na wąskim balkonie pełnym kwiatów, a przy nim dwa krzesła.
   – Lubię dotykać płatki kwiatów. – przyznała Hannah. Przesunęła czerwony płatek między palcami.
   Znów wróciły do opowieści, którym zdawało się nie być końca.
   Niedługo po tym jak przyniesiono zamówienie, pojawiła się ta sama obca kobieta z ulicy. Spojrzała z daleka na Esterę, potem na Hannah i właśnie wtedy podeszła do stolika aby zaprezentować nową ofertę. Estera pokornie milczała.
   – Sprzedaję pocztówki, to są obrazy namalowane przez Annę Szcześniak, a cały dochód idzie na leki i rehabilitację. – Podała plik kartek do wyciągającej się już ręki Hannah.
   – Są bardzo ładne – oceniła po krótkich oględzinach. – Czym są malowane? Jaką techniką?
   – Ja tego nie wiem – przyznała niechętnie. – Tylko sprzedaję te kartki. Mam jeszcze zakładki do książek. – Od razu położyła na stoliku kolorowy, wąski pasek tekturki, upstrzony łowickim wzorem.
   – Masz drobne? – Hannah wyrwała tym pytaniem Esterę z letargu.
   – Coś tam mam...
   – Ta mi się podoba. – wybrała.
   – Do tego jest zakładka. – Obca, nie oczekując niczego więcej odeszła do swoich spraw. Obróciła się raz tylko aby spojrzeć raz jeszcze na szczęśliwy stolik na balkonie, z widokiem na stare kamienice, gdzie dwie kobiety odcinały się na jaskrawym tle słonecznego dnia.
   Hannah schowała kartkę i zakładkę, reagując przewrotnymi słowami na wyciągniętą rękę Estery:
   – Troszkę przerobię i wyślę ci.
   Estera nie mogła powstrzymać śmiechu.
   – Ja sobie kupiłam, a ty mi wyślesz?!
   – W końcu ja wybrałam! Mam już pomysł. Spodoba ci się. – Mrugnęła porozumiewawczo.
   Nim wyszły z lokalu, kobieta, która poprzednio zaprowadziła je na uroczy balkon, zaproponowała oprowadzenie po całej klubokawiarni. Było jeszcze jedno, o wiele ciekawsze piętro. Niczym w mieszkaniu na starym poddaszu, wszystko urządzone jakby ktoś tu mieszkał w skromnym ale artystycznym stylu. W rogu stało nawet dwuosobowe łóżko, pościelone jakby nigdy nic, tylko położyć się i rozmarzyć... Łóżko ze specjalnie dostosowanym stolikiem na kawę, wyglądało zachęcająco.
   – Zimą do ciebie przyjadę – rzekła Hannah. – I obowiązkowo zajmujemy to łóżko.
   – Tak jest! – podjęła z entuzjazmem.
   Pani z obsługi, przeurocza kobieta, jeszcze przez chwilę zatrzymywała je rozmową. Żal było wychodzić, ale czas przyszedł, aby znów zmienić lokal.
   Tym razem padło na pijalnię czekolady. I tutaj prym wiodła ciekawość. Czekolada chilli, dobrze znana z tabliczek Lind, miała się nijak do tej konkretnej czekolady. Postawienie obok filiżanki, dodatkowej szklaneczki wody, było swego rodzaju przestrogą... Na powierzchni czekolady pływały płatki suszonej papryczki. I rzeczywiście wypicie tego było wyzwaniem... Moja rada – najpierw czekolada, potem woda. Popijając w trakcie, nie dacie rady.
   Można by jeszcze długo opowiadać o tym pięknym spotkaniu, wszak dopiero było popołudnie, ale nie chcąc zdradzać niczego z korpulentnych rozmów, bliższych sercu niż najczulsze dźwięki Bluesa, zakończę ją właśnie tutaj. Prawdziwa przyjaźń ma to do siebie, że może milczeć długie lata, ale nigdy nie umiera.
   Estera znaczy "gwiazda", której blask zaświecił przepięknie w kolejnym etapie życia Hannah, której łaskawa osobowość wyszła w tej historii na prowadzenie. Niechcący, bo bardzo nie lubi zbierać laurów. Przez jakiś czas martwiła się nawet, czy nie pozostawiła po sobie niepotrzebnego wrażenia popisowej gry.
   Do wieczora zmieniły lokal jeszcze dwa razy, a opuściwszy stare uliczki, idąc w kierunku dworca, miały okazję oglądać dziwy nad dziwami. Czy Warszawiaków już nie dziwi, że sam biustonosz staje się codzienną garderobą kobiet? Ponętne to i zachęcające... i tak potrzebne jak piórko kowalowi. Centrum stolicy niczym Korynt, jawiło się nagością i pokusą.
   – Perfumy Chanel – zagaił pan przy przejściu podziemnym.
   – Dziękuję, nie używam perfum. – odparła Hannah, zresztą zgodnie z prawdą. Zdążyła złowić kątem oka, malującą się na twarzy sprzedawcy wątpliwego pochodzenia, zdziwioną minę numer pięć co najmniej.
   Nie czekały długo. Hannah wsiadała do pociągu, rzuciwszy tylko za siebie słowa:
   – Czyli następnym razem idziemy do łóżka?
   – Tak jest!
   Miny ludzi dookoła były nieocenione i z nimi Estera została na peronie dworca kolejowego w Warszawie. Hannah miała spory tupet... Klubokawiarnia stała się jej ulubionym miejscem w stolicy, a o obcej kobiecie, mimo wszystko będzie miło wspominać i nie raz szepnie słówko Bogu, aby wejrzał na nią łaskawym wzrokiem. Niech i ja się do tego dołożę, niech się tej kobiecie szczęści, Panie Boże.


Jak myślicie, czy ta opowieść może być prawdziwa? Czy takie sytuacje jeszcze się zdarzają? Czy ludzie pokroju Hannah w ogóle istnieją? A może to już archetyp, który dawno wyginął?
   Co w ogóle w tejże historii może być prawdziwe? Zapraszam do komentowania.

Skansen Domów Drewnianych.

 „Aby zdobyć wielkość, człowiek musi tworzyć, a nie odtwarzać.” 

– Antoine de Saint-Exupéry


Sierpień, 2018
Jak pamięcią sięgnąć, był to jedyny dzień spędzony w Łodzi, w miarę swobodny. I tak naprawdę znaleźliśmy się tu przy okazji załatwiania jednej sprawy niedaleko, więc może lepiej byłoby powiedzieć, że był to jedyny dzień, podczas którego nigdzie się nie spieszyliśmy.
   Skansen Domów Drewnianych otrzymał wyróżnienie w konkursie na najlepiej zagospodarowaną przestrzeń publiczną w województwie łódzkim. Uznano go też za pomnik historii.
   Nie obiecujcie sobie za wiele. Domów jest tylko kilka. Nie ma żadnych aranżacji wnętrz, w ogóle nie wchodzi się do środka. Zwiedzanie całości, choćby nie wiem jak wnikliwe, nie trwa dłużej niż dziesięć minut.

Powiększ.

Kraków – priorytety zostały objawione.

"I dam wam jedno serce, i włożę nowego ducha w wasze wnętrze;
usunę z ich ciała serce kamienne, a dam im serce mięsiste."


– Ez 11:19


Sierpień 2018
Spędziliśmy tu zaledwie parę dni. Jawią się one w mojej pamięci dosyć mglisto, jeśli chodzi o poznawanie uroków tego miasta, ale celem nie była tym razem turystyka.
   Pierwszy raz byłam w Krakowie za czasów liceum w ramach zielonej szkoły. Znaleźliśmy się na starym rynku, a klasa (niestety przeważały w niej dziewczyny), uznała że jest zmęczona i chcą posiedzieć. To była już druga rzecz, której na tym wyjeździe nie zwiedziłam, bo jaśnie panienki chciały posiedzieć. Chłopaki nie mięli wtedy nic do gadania, jako mniejszość, a byli mojego zdania, przyjechali i chcieli coś zobaczyć. Zatem Krakowską starówkę znam z pozycji siedzącej z murku na starym rynku. A zła byłam tamtego dnia jak osa, podczas gdy dziewczyny zajmowały się swą wzajemną adoracją.
   Lata minęły, a tym razem – jak już wspomniałam – mięliśmy inną misję, więc zwiedziliśmy jedynie to, co było nieopodal naszego hostelu.
   Padał deszcz. Powędrowaliśmy w jego strugach na spacer do Bielańsko-Tynieckiego Parku. Polecam na takie pogody wodoodporne kapelusze z szerokim rondem.
   Wszystkie zdjęcia w Krakowie zostały zrobione telefonem przez męża, bo szczerze przyznaję, nie planowałam wtedy żadnej fotorelacji. Mięliśmy nadmiar czasu, który grzechem byłoby przesiedzieć w hostelu.

Powiększ.

Kętrzyn.

"Znowu stoję na tej świętej ziemi
najukochańszej ziemi
moich ojców
znowu patrzę na jej
siwe niebo
na jej wzgórza
z zielonymi lasami
i na jezior
oblicza lustrzane"


– W. Kętrzyński "W Ojczyźnie"


Sierpień, 2018
Tymi słowami przywitało nas miasto Kętrzyn, leżące na terenie historycznego terytorium Prus Dolnych. Rastenburg – tą oto nazwą posługiwali się dawni mieszkańcy, kiedy cały teren był pod panowaniem Zakonu Niemieckiego.
   Jeszcze przed XIII wiekiem, nim Niemcy wtargnęli na te ziemie, żyło tutaj plemię Bartów określające swoje terytorium jako Barcja. Bronili swojej ojczyzny wytrwale przez długie lata, wraz z pomocnym ramieniem Jaćwingów – plemieniem z północnej Polski; lecz czarny krzyż okazał się silniejszym przeciwnikiem niż to przewidywali.
   I tak, w XIV wieku komtur bałgijski ustawił strażnicę i odtąd rozpoczęła się budowa osady. Kętrzyn stał się siedzibą prokuratora, historia zna również zamieszkałych tu dwóch wielkich mistrzów krzyżackich.
   Posłuszeństwo zostało krzyżakom wypowiedziane dopiero w XV wieku. Wówczas zamek przejęli mieszczanie, a prokurator zakonny Wolfgang Sauer stał się ich więźniem. Krótko później utopiono go w Stawie Młyńskim.
   To tyle słowem najstarszej historii. Miasto posiada kilka cennych zabytków, m. in. potężny zamek gotycki, który był w remoncie i nie mogliśmy go zwiedzić.

Ratusz.

Wilczy Szaniec – testament Hitlera.

"Nie wiem jaka broń będzie użyta w trzeciej wojnie światowej,
ale czwarta będzie na kije i kamienie."


– Albert Einstein


Sierpień, 2018
Była wojenna kwatera Adolfa Hitlera raczej nie będzie wymarzonym miejscem do zwiedzania, biorąc pod uwagę zło jakie było stąd rozsiewane. Wspomnienia pobudzone przez to miejsce, nie pozostawią miłego wrażenia.
   Oto wczesną jesienią 1940 roku, podjęto decyzję o budowie w lesie gierłowskim, głównej kwatery Hitlera. Las dziś lokalizowany niedaleko Kętrzyna, przylega do jezior: Tuchel, Siercze, Kwiedzina i Moj. Co zdecydowało o powstaniu kwatery akurat tutaj?

  • Bliskość z granicą Związku Radzieckiego;
  • Najbardziej ufortyfikowany okręg III Rzeszy (rejony umocnione okopami przeciwpancernymi i zasiekami z drutu kolczastego);
  • Znaczne oddalenie od dróg, oraz naturalna, całoroczna osłona lasu mieszanego;
  • Okalające las jeziora, stanowiące naturalną przeszkodę przed penetracją wojsk lądowych.

Hitler właśnie stąd kierował operacjami na froncie. Czasami naczelny wódz przenosił się do tzw. "kwatery ruchomej", będącej niczym innym jak prywatnym wagonem kolejowym. Umożliwił tym sobie sprawne poruszanie się do wybranych odcinków frontu.

Słówko ode mnie: Okoliczności dla fotografa (zwłaszcza laika) były, krótko mówiąc, przytłaczające, dlatego jakość zdjęć nie jest perfekcyjna, ale na wszystkich widać to, co miało być widać. Nie opuszczało mnie wrażenie chodzenia po przytułku diabła. Istnieją badania na dosyć ciekawy temat, iż najważniejsi decydujący operacji wojennych, byli okultystami. Zdarzyło Wam się trafić na takie wieści? Niektórzy badacze tej historii, właśnie tym tłumaczą holokaust – składanie ofiar. Pisał o tym m. in. Eric Kurlander (amerykański uczony).


Park w Kadzidłowie – dziki rezerwat. Czy powinno wpuszczać się tu ludzi?

"Czasami człowiek sądzi, że ujrzał już dno studni ludzkiej głupoty, ale spotyka kogoś, dzięki komu dowiaduje się, że ta studnia jednak nie ma dna."


– Stephen King, "Stukostrachy"


Sierpień, 2018

Pamiętam park jeszcze z czasów, kiedy dosłownie każda zagroda mieściła jakąś grupę zwierząt. To tam zdarzyło mi się pogłaskać żubra, wziąć na ręce wilcze szczenię, oraz zobaczyć w naturze jaka. Zwierząt było naprawdę dużo, a ogromny teren zdawał się nie mieć końca. Mocno mnie zaskoczyło, że teraz z tego wszystkiego została zaledwie taka garstka. Garść ciekawych wspomnień.
   Podczas oczekiwania na przewodnika, grupujący się ludzie zdołali rozsierdzić moje serce na resztę dnia. Wybaczcie rasistowskie stwierdzenie, ale Polacy mają permanentną inklinację do robienia burdy, celem pokazania kto tu rządzi. Czekały z nami grupy rodzin z dziećmi, nazwałam ich "ważniacy". Była jeszcze jedna młoda para i druga chyba w naszym wieku bądź odrobinę starsza.
   Przyszła instruktorka, a wtedy zaczęło się prawdziwe pandemonium. Rodziny z małymi dziećmi w wózkach podniosły larum, bo jak to nie wolno wprowadzać wózków? Jedna z rodzin miała małego pieska. Przecież był na smyczy, on nie szczeka.
   W internecie można zapoznać się ze szczegółowym opisem terenu, regulaminem, oraz obejrzeć zdjęcia, jeśli komuś nie chce się czytać. Przy wejściu gdzie czekaliśmy, stała ogromna tablica z przepisami, wystarczyło przeczytać i się upewnić, czy my rzeczywiście się tutaj nadajemy.
   Park składa się z wielu terenów ogrodzonych wysokimi płotami, przez które przechodzi się po drabinach. Jest ich osiem na całej tracie wycieczkowej. Wózek? Serio jeszcze trzeba było pytać, czy można wejść z wózkiem? W tym parku zwierzęta chodzą wolne, czasem podchodzą do ludzi, więc wprowadzenie psa wydało mi się oczywistym zakazem. Ale to nie wszystko z zakresu bałwaństwa.


Pasym – plener marzeń.

"Życie (...) komu i jak się powiedzie, to sprawa każdego z nas – z osobna. Byle się nie bać zmian, nie zatopić w niechęci i fochach. Szkoda życia na złość. A na miłość... aż go za mało."


– Małgorzata Kalicińska "Dom nad rozlewiskiem"


Sierpień, 2018
Są takie książki, które czytam dlatego, że coś konkretnego mnie do nich przyciąga. Nie są dziełami literatury, do których warto się przyznawać i reklamować, będę konsekwentna – przyciągnęło mnie "Domu nad rozlewiskiem" tylko miejsce akcji, a właściwie sentyment jaki mam do tego miasteczka. Rozlewisko już Wam pokazałam, teraz czas na Pasym.
   Dowiadujemy się z książki, że jego mieszkańcy czerpią wiedzę jedynie z kościoła i telewizji, oraz że pracownicy Urzędu Miasta w Pasymiu, utrudniają życie petentom, wyraźnie sugerując łapówkę. Książka niby jest lekka i stanowi miłą odmianę treści, ale rażą w oczy opinie, które choć należą do osoby fikcyjnej, trudno się oprzeć wrażeniu, że są po prostu obraźliwe.
   Pasym był plenerem nie tylko adaptacji filmowej tej powieści, ale i moim planem niedoszłych marzeń.
   Dziś piszę od serca, bo o historii miejscowości opowiadałam kilka lat temu.

Tak wygląda mój ziemski Raj.

"Świat przyrody jest jedynie powielonym obrazem Raju. Sam fakt, że ten świat istnieje, jest dowodem na to, że istnieje też świat doskonalszy. Bóg go stworzył, aby za pośrednictwem rzeczy widzialnych ludzie mogli pojąć jego nauki duchowe i dojrzeć objawienia jego mądrości. To właśnie nazywam Działaniem."


– Paulo Coelho "Alchemik"


Sierpień, skraj lata

Są takie miejsca na Ziemi, gdzie ból i smutek, zdaje się znikać, a oczy i serce, przepełnia radość i wola istnienia. Dla mnie są to Mazury – doznanie na tyle głębokie, że często płaczę z zachwytu nad rajskimi widziadłami. Wydawało mi się zawsze, że na Mazurach musiałam być sama, bo nikt nie umiał takiej mnie –wzruszonej – pojąć.
   Ta kraina mnie odmieniła, stało się bowiem kiedyś coś niewyjaśnionego. Zbliżyło mnie do natury, która bytuje ponad ludzki zgiełk. To nie góry, nie alpejskie szlaki, nie dzika Szwajcaria. To klangor żurawi ciągnący się w przelocie, niedościgły. To moje konie. Moje wspomnienia z dzieciństwa. Tu są moje łzy, których nigdzie indziej nie wylewam. Tutaj są moje sekrety spowite mgiełką tajemnicy, unoszącą się nad bagniskami. Tu spoczywają moje modlitwy, cichutko na zapomnianym cmentarzu głęboko w lesie, ukrytym pod bluszczem i mchem. Tu są moje lasy. Tu są moje deszcze i wiatr. Moje burze i tęcze.

Miejskie perypetie.

Ci, co rzeczywiście szukają samotności, zostają w domu.
Tam na pewno nic się nie wydarzy.


– Francesc Miralles, „Miłość przez małe m.”


Sierpień, Łódź
Pod koniec sierpnia pojawiłam się w Ojczyźnie lecz z planem niezwyczajowym, bo zwykle czas poświęcałam swojemu "grajdołkowi". Tym razem zamierzyłam odwiedzić pobratymców z daleka, a także nawiązać realny kontakt z istotami zwiastującymi obiecujące relacje. To wiązało się opuszczeniem rodzinnych włości na kilka dni. Ciągnęły się za mną opary wyrzutów o brak poświęconego czasu, jednak może pora zrozumieć, że ja i mąż jesteśmy już dorośli?
   Swoje perypetie zacznę od tego, że po całodniowej podróży, obudziłam się we własnym łóżku w domu rodzinnym i że w dzień powszedni – pierwszy i całkowicie przeznaczony na obowiązki – zetknęłam się z miejską rzeczywistością i oto co mi się przydarzyło: